Blog J.B.

„Górskie zawody” 20.06.2009 r.

Autor: admin o niedziela 21. czerwca 2009

Od kilku dni, tak zwane „szkolne ostatki” zdominowały przygotowania do „próby wytrzymałości materiału ludzkiego”. Próbką miałem być ja, zaś pomysłodawcami – moi „kardynałowie” czyli ministranci. Zostałem zaproszony na wspólny wypad w górki, który miał się odbyć w sobotę, 20.06.2009 roku. Nie będę ukrywał, obawy były…
… moi „kardynałowie” prezentują dobrą kondycję
… są młodsi
… no i ta ambicja – „dać w kość wapniakowi”.
Ale nic to, zaryzykowałem. W ramach treningu w poprzedzającą wypad niedzielę zrobiłem sobie małą trasę rowerową, żeby „rozruszać stare kości”. Trasa była fajna, ale niestety… nieco trudna. Do Leśnej jechało się spokojnie i nawet w dobrym czasie. Gorzej w samej Leśnej na podjeździe w kierunku Czochy. Tam, trochę wyżej od „feralnego miejsca ubiegłorocznej katastrofy rowerowej” (zerwany łańcuch i wyłamany mechanizm przerzutowy – czego świadkiem była Natalia) musiałem… o zgrozo!!!… zejść i poprowadzić rower na piechotkę. To też niby jakaś forma sportu, ale… siara to siara. W końcu teren trochę się wyrównał i mogłem znowu „pocisnąć po pedałach”. Minąłem Czochę, ale ciąg dalszy trasy (w planach był Gryfów) nie wyglądał najlepiej, więc – na wyraźne żądanie pewnej części ciała – zawróciłem. Tu już było dużo lepiej – po prostym albo z górki jedzie się fantastycznie. W sumie zrobiłem 35 km – i uważam to za nie najgorszy wynik jak na pierwszy wypad po ponad rocznej przerwie.
Sportowe przygotowania do „kardynalskiej konfrontacji” trwały nadal także w poniedziałek. Tym razem postanowiłem spróbować się z górami. Szlak w zasadzie miał być standardowy: wejście na zielono, potem kawałek turystycznego, zejście na niebieski i zejście (w zależności od samopoczucia czarnym lub żółtym). Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planami.
Po pierwsze, gdzieś około 12:00 ogłoszono na szlaku zielonym stan zagrożenia – turyści donieśli o „CZYMŚ STRASZNIE SAPIĄCYM”. Oczywiście, nie był to miś-kolabor czy Yeti, tylko ja, ale… pod górkę spotkałem tylko 3 pary turystów, którzy na wszelki wypadek omijali mnie szerokim łukiem (to oczywiście żart).
Kiedy już doczłapałem do szlaku turystycznego, powstał dylemat: iść dalej czy zawrócić. Kondycja jednak nie domagała. W końcu jednak zwyciężyła determinacja i (tak często niezdrowa) ambicja – idę dalej. Wkrótce okazało się, że ze szlaku niebieskiego muszę zrezygnować – jego część od „Domku Myśliwskiego” do „Samotni” szlak był niestety zamknięty.
Trudno, pozostało więc piąć się w górkę szlakiem turystycznym. Po kilku „kryzysach” doczołgałem się w końcu do „Strzechy Akademickiej”. Tu ostatnie łyki „dopalacza” i twarda decyzja – idę do Białego Jaru.
Nawet przy bolących kończynach polecam każdemu ten kawałek (no, może za wyjątkiem uwielbiającej wysokości „Pani Rubik”) – widoki są super, zejście zresztą też.
Jako, że moje serducho wołało „help”, po dojściu do szlaku czarnego pozostało już tylko jedno – zacząć schodzić. Mimo, że szlak został „odpicowany na ganc egal”, zejście nie było najłatwiejsze (co dało mi trochę do myślenia, jak to będzie w sobotę z moimi wyczynowcami). No, ale jakoś dotarłem do samochodu i bezkolizyjnie dojechałem do Lubania.

  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg

Kolejne dni tygodnia nie pozwoliły na szlifowanie kondycji z bardzo prostego powodu – pogoda była „pod psem”: nic tylko lało. Tak więc oczekiwanie na sobotnie zmagania budziły pewne niepokoje, ale… zawsze jest szansa.

Sobotę rozpocząłem… o zgrozo… już o 7 rano!!! (to już chyba oznaki starości). Prawie o ustalonym czasie „granatowa strzała” wyjechała z garażu, gdzie już oczekiwali: Jarek, Adrian, Kamil i Piotrek. To właśnie oni postanowili przynieść zawiadomienie: potrzebujemy nowego proboszcza… stary padł…
Trasa do Karpacza była standardem, choć kilkakrotnie musiałem odwracać uwagę chłopaków od prędkościomierza (nie wiem, co oni takiego widzieli w tych cyferkach – matematycy czy co?). W Karpaczu jeszcze małe zakupy – „dopalacze” i odrobina magnezu (czyli trochę słodkości) – i gdzieś około 11:00 padło hasło: „No to ruszamy z buta”.
Początek był dosyć prosty: zejście do wodospadu koło wyciągu (po drodze punkt anomalii magnetycznej). Tam zdecydowaliśmy, że wchodzimy szlakiem żółtym (wcześniej planowaliśmy czerwony). Początek był spokojny, szliśmy równym tempem. Im wyżej jednak, tym coraz bardziej zaczęły się pojawiać „omamy słuchowe” – a nie, to moje „sapanie naszej szkapy”. Niestety, wtarganie moich lilipucich gabarytów kosztuje trochę więcej niż te „dekagramy” Adriana czy Piotrka (poza tym okazało się, że Adrian posługiwał się zakazanym przez wszystkie konwencje „dopalaczem” – kręconą razem z dziadkiem czekoladą. Nie wiem, co w niej było, ale… po jej zażyciu ruszał na „górskim biegu”). Sapanie czy nie, ale w końcu udało się dojść na wysokość „Strzechy” – tu zrobiliśmy mały postój, podczas którego zaproponowałem chłopakom „trasę eksperymentalną” (no, trochę dziwnie na mnie popatrzyli, ale… Adrian miał jeszcze sporo czekolady).
Kiedy przestało z nas parować, jak z …, ruszyliśmy zaplanowanym szlakiem – a więc żółtym szlakiem do Białego Jaru. Tu kilka fotek i (zadane oczywiście bez sarkazmu) pytanie: „Chłopaki, widzicie ten szlak przed nami idący pod górkę? Tam właśnie idziemy”. Chodziło oczywiście o szlak czarny, którym postanowiliśmy podejść do Schroniska pod Śnieżką. Mimo oporów kończyn dolnych do stacji wyciągu dotarliśmy w nawet niezłym czasie. Tu trzeba się było cieplej ubrać – zwłaszcza po dostrzeżenia pani schodzącej w szpilkach (ciekawe, na jak długo będą one długie…??? a może to powtórka reklamy „Mentosa”?). Ten odcinek trasy dał nam też okazję do snucia planów przejęcia „luksusowych środków transportu” (do wyboru były 3 spychy, 2 koparki i jeden mega-luksusowy Kamaz). Niestety, chłopcy uparli się, że nie będą korzystali z takich ułatwień i resztę trasy pokonają „z buta”.
Trzeba przyznać, że im bliżej Schroniska pod Śnieżką, tym bardziej zaczął się zagęszczać szlak – sporo grup (w tym także w wieku przedemerytalnym). Ciekawe, jak tu doszli?
Skoro w pierwotnych planach było podejście szlakiem czerwonym, nie omieszkaliśmy zerknąć, jak on wygląda z góry… hmmm… czy tu wszystko musi mieć takie mega-depresyjne rozmiary??? Kiedy już zaspokoiliśmy naszą ciekawość, ruszyliśmy dalej – na czeską stronę. Tu kilka fotek i decyzja: Śnieżkę zostawiamy na inną okazję.
Ładny kawałek szlaku turystycznego pokonaliśmy w tempie godnym Formuły 1 (to dlatego, że Adrian zdecydował się w końcu podzielić z nami cud-czekoladą). Po drodze spotkaliśmy kilku „górskich morsów” (brrrr….) i bardzo rozrywkowe towarzystwo. Po jakichś 15 minutach doszliśmy do miejsca „męskich decyzji”. Chodziło o wybór dalszego ciągu trasy – znanej naszemu przewodnikowi, czy tej „wysokościowej”. Zdecydowaliśmy się na tę drugą.
Początek nie był zły – szlak był oddalony od krawędzi zbocza. W sumie niewiele było widać, a sam szlak (czerwony) był bardzo sympatyczny. „Schody” zaczęły się, kiedy szlak (w wielu miejscach nie zabezpieczony poręczami) zaczął dochodzić do samej krawędzi (oj, „Pani Rubik”, nie wiem, czy tu pomogły by nawet te „klapki”). Fakt, zrobione w tych miejscach fotki są rewelacyjne, ale… pozostawało trochę obawy o bezpieczeństwo chłopaków.
W końcu jednak doszliśmy do miejsca, gdzie można było wydać głośne „uff” – nareszcie schodzimy. Nikt jednak nie powiedział, że zejście koło „wiszących torfowisk” jest takie strome i śliskie. Wprawdzie nikt nie zaliczył „gleby”, ale… kilka razy niewiele brakowało. I wtedy po raz pierwszy na trasie pojawił się element filmowy – słynne pytanie osła: „Daleko jeszcze?” (nie będę ukrywał, czas podawałem z dokładnością do dziesiątych sekundy, co nieco deprymowało moich podopiecznych, którzy podejrzewali, że to jakiś „szwindel”). W końcu padł okrzyk: „Chłopaki! Cywilizacja!!!” – to na widok pełnej ludzi Starej Polany, na której zrobiliśmy sobie trochę dłuższy postój. Był konieczny, bo trzeba było zdecydować, czy schodzimy „na skróty” (szlakiem zielonym”) czy też trochę dłuższym turystycznym. Ponieważ decyzja „kardynałów” szła w kierunku zieleni (koloru szlaku), więc zdecydowałem, że pójdziemy… do Wangu. Cóż, gdyby wzrok mógł zabijać… drodzy parafianie, mielibyście już nowego proboszcza!!!
Adrian znalazł jeszcze trochę swojego „eliksiru mocy” i w chwilę później ruszyliśmy „na biegu górskim” w stronę Wangu. Im bliżej dochodziliśmy, tym rosła szybkość – to dlatego, że zaproponowałem, aby przy tamtejszej sadzawce pomarzyli o swoich wybrankach. W końcu, na ostatnim zejściu „zwijały się za nimi kamienie” (tu przestroga: „Kobiety mnie zgubią” – rzekł kogut wypadając przekupce z koszyka).
Reszta zejścia to już była „bułka z masełkiem” – z górki i do tego po równej kostce. Kiedy już wsiedliśmy do „granatowej strzały” i myśleliśmy, że najgorsze za nami, padła propozycja: „To może teraz przetrzemy szlak przygotowany dla Scholi?”. Chwila ciszy, która zapanowała po tych słowach była bardzo wymowna, a gdyby ktoś był niedomyślny, to Kamil dodał: „Może jednak nie”. No cóż, trudno.
Cóż mogę napisać o trasie powrotnej? Była „zabójczym doświadczeniem i próbą woli” – regularne ziewanie (z kierowcą włącznie) i przysypianie co niektórych (dobrze, że bez chrapania) mogły skończyć się rozmaicie, gdyby nie ożywiające atmosferę komunikaty CB. To pomogło dojechać cało i zdrowo (choć nie bezboleśnie).

No a niedziela? Krok sztywnej kaczki, przymulony wzrok i jedno wielkie marzenie: SPAAAAĆĆĆĆ!!!! Jakoś wytrzymaliśmy, ale… na następną wyprawę wybierzemy się jednak chyba w innym (nie sobotnim) terminie.

  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg

Pozdrawiając wszystkich czytającym pragnę wyrazić podziw dla wytrwałości, no i zastrzec, że wszystkie postaci fabuły tej opowieści są… autentyczne.
Osoby zainteresowane opisywanym szlakiem zapraszam tutaj

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Pielgrzymka do Hejnic 25.04.2009 r.

Autor: admin o niedziela 26. kwietnia 2009

hejnice8.jpg„Istota Chrześcijaństwa – umieć dawać siebie innym i przyjmować ich obecność w naszym życiu” – dzisiaj, kiedy jedną z „chorób-znaków czasu” jest samotność w tłumie ta otwartość jest podstawą zachowania normalności w każdej formie i na każdej płaszczyźnie aktywnego życia. Dotyczy to także osób duchownych, które działając we wspólnotach muszą zachować pewną formę „samotności”. Aby nie stała się ona rzeczywistością przygniatającą, co pewien czas są organizowane spotkania: dekanalne, kondekanalne lub diecezjalne. W tym roku takie spotkanie – diecezjalny dzień skupienia – odbył się 25.04.2009 roku w Czechach, w Międzynarodowym Centrum Odnowy Duchowej w Hejnicach.
Kilka słów o tym miejscu. Czeska Mariazell – w ten sposób nazywa się sanktuarium znajdujące się na Hejnice_1.jpggranicy trzech państw, Republiki Czeskiej, Polski i Niemiec, w dolinie Gór Izerskich. Powstanie tego miejsca związane jest z legendą o biednym rzemieślniku, który pewnego razu udał się w poszukiwaniu drewna potrzebnego mu do pracy i zostawił w domu chorą żonę i malutką córkę. W drodze powrotnej przystanął na chwilę, by odpocząć pod drzewem i bardzo szybko zasnął. Śnił się mu niezwykły sen. Drzewo było całe oświetlone, a w jego koronie siedziały dwa anioły, które przemawiały do niego: „Jesteś w przepięknym miejscu, które spodobało się Bogu. Idź i przynieś figurkę Matki Boskiej, aby każdy, kto kiedykolwiek przejdzie tędy, zatrzymał się i oddał Bogu podziękowania.” Mężczyzna obudził się i bez wahania postanowił udać się do najbliższego miasta, aby kupić figurkę. Wykonał dokładnie to, co usłyszał w śnie. Nabył figurkę Marii Panny od żytawskiego rzeźbiarza i przymocował ją do lipy. Później przyprowadził w to miejsce swoją żonę i córkę na wspólną modlitwę – jego rodzina w cudowny sposób została uzdrowiona. Wieści o cudzie rozeszły się bardzo szybko na całą okolicę. W miejscu starej lipy wbudowano drewnianą kapliczkę, na której cieśla wyrył rok jej powstania 1211.
hejnice_2.jpgW miarę upływu czasu kapliczka przestała wystarczać licznie przybywającym tam pielgrzymom, dlatego w 1472 roku przebudowana została na kościół w stylu gotyckim. Pod koniec XVII wieku hrabia Franciszek Ferdynand Gallas postanowił zbudować przy kościele klasztor franciszkański. Dzisiejszy kościół Nawiedzenia Marii Panny został postawiony w latach 1722 – 1729 przez Tomasza Haffenckera. Świątynia w Hejnicach to jednonawowa budowla zbudowana na planie krzyża łacińskiego z kaplicami bocznymi. Ołtarz główny zdobi figurka Madonny z lipowego drewna o wysokości 39 centymetrów, pochodząca z osiemdziesiątych lat XIV wieku. Nazywa się ją Mater formosa (Wspaniała matka), w lewej ręce trzyma małe dzieciątko Jezus, natomiast w prawej jabłko. Losy tutejszego kościoła i klasztoru związane są z wieloma dramatycznymi przeżyciami ludzi nie tylko z tego regionu, ale również całych Czech. Między innymi wysiedlanie Czechów w 1939 roku do centralnej części kraju, a w 1945 usuwanie z hejnice_3.JPGtych terenów obywateli niemieckich. W lutym 1948 roku internowano do Hejnic członków niektórych zakonów i kongregacji. Powstało tutaj Międzynarodowe Centrum Odnowy Duchowej, gdzie co roku wierni odbywają tzw. „drogę pojednania”. Kościół odwiedzają wierzący nie tylko z Czech, ale również z Polski i Niemiec, aby przypomnieć sobie, iż zgodnie z wiarą, wspólną drogę można odnaleźć nawet pomimo odmienności językowej.

  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg

Spotkaniu przewodniczył Biskup Legnicki Ks. Stefan Cichy. W gronie 268 uczestników do Hejnic przybył także dzisiejszy Solenizant, Ks. Biskup Marek Mendyk. Dzień skupienia rozpoczęła adoracja Najświętszego Sakramentu – w pięknej scenerii odnowionej Bazyliki Nawiedzenia NMP mieliśmy okazję wypowiedzieć Bogu te trzy słowa: dziękuję, przepraszam, proszę. Po jej zakończeniu mieliśmy okazję wysłuchać konferencji ascetycznej, wygłoszonej przez ks. prof. dr hab. Mariusza Rosika, poświęconej wydarzeniu nawrócenia św. Pawła. Nie da się ukryć, że prowadzony ze swadą wykład był bardzo interesujący. Sam dowiedziałem się kilku rzeczy (które być może podczas studiów „przespałem”) – np. o tym, że hejnice_4.JPGdzisiejsi rabini to dawniejsi faryzeusze, którzy po zniszczeniu Świątyni Jerozolimskiej oparcia swoich dogmatów szukali w dosłownym wypełnianiu Prawa czy o powtarzanych codziennie żydowskich błogosławieństwach, z których dwunasty jest de facto potępieniem i odrzuceniem chrześcijan.
Po zakończeniu konferencji rozpoczęła się Msza św., której przewodniczył Biskup Legnicki, w asyście m.in. Solenizanta dnia, Ks. Biskupa Marka Mendyka. Dla nas była to okazja zjednoczenia przez modlitwę; dla wielu obecnych turystów byliśmy jednak chyba sporą „atrakcją” – w końcu rzadko można zobaczyć Bazylikę wypełnioną niemal w całości kapłanami i klerykami. Ten punkt stanowił zakończenie oficjalnej części pielgrzymki…
… Piszę „oficjalnej”, bo znając trochę ten teren, postanowiłem odwiedzić kilka ciekawych miejsc – przede wszystkim przełęcz na Smedavie. Tam zawsze można było znaleźć interesujące tematy fotograficzne (a aparat oczywiście dzisiaj „pielgrzymował” razem ze mną). Początek trasy do Bitego Potoku minął spokojnie. Upał (23 stopnie) hejnice_5.JPGkazał uważać na drodze, ale… kiedy już zacząłem podjeżdżać wyżej, sceneria zaczęła stawać się coraz bardziej interesująca.
Pierwszy postój zrobiłem na 1/3 wysokości podjazdu – kilka ciekawych fotek strumyka i okolicy. Potem podjechałem na sam szczyt, gdzie… normalnie szok!!!… wciąż jeszcze leżał śnieg!!! Może nie tyle, żeby uprawiać „białe szaleństwo”, ale… ta kombinacja: śnieg i temperatura 23-25 stopni – była niesamowita.

  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg
  • Smedava.jpg

Zjeżdżając zrobiłem jeszcze jeden postój w lesie przy strumieniu, który w tym akurat miejscu musiał się „przebijać” przez „skalne miasteczko”. Widoczki były super, więc aparat oczywiście nie próżnował.
hejnice_6.JPGNo, a na koniec, kiedy wjechałem ponownie do Hejnic postanowiłem zaryzykować i… zrobić kilka autorskich fotek (no, bo w środku to takie jakby… hmmm… zabronione…). Nikt mnie specjalnie nie „pogonił”, więc udało się uwiecznić kilka ciekawych ujęć, które /mam nadzieję/ przypadną do gustu oglądającym.
Na tym koniec. Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytających i serdecznie polecam odwiedzenie Hejnic oraz pobliskiego Frydlantu (zamek).

Napisany w moja praca | 1 Komentarz »

Karkonoska wiosna 20.04.2009 r.

Autor: admin o wtorek 21. kwietnia 2009

    Ostatnio odebrałem trochę sygnałów, że wystarczy już tekstów o górach i fotek w kolorystyce czarno-białej. Mnie tam zima nie nuży, ale… „czytelnik – nasz pan” – więc pójdźmy na kompromis. Primo – tekst będzie o górach; secundo – będzie krótki; tertio – fotki będą już kolorowe.
Tuż przed świętami przeżyłem mały szok, kiedy w Górnym Karpaczu jeszcze znalazłem trochę śniegu. Wczoraj ponownie wybrałem się… może nie w góry, ale „podgórze”, i tym razem sytuacja była zupełnie inna. Temperatura w słońcu 22-24 stopnie; w cieniu 16-17 stopni. Wszędzie zielono. Czuć wiosnę. Dobrze, że (jak zwykle) miałem ze sobą aparat, więc kilka widoczków uwieczniłem. Mam nadzieję, że się spodobają. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do oglądania (przypominając, że klikając napis „Pokaż następne” przechodzimy od zdjęcia do zdjęcia).

  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg

Napisany w wycieczki | 3 komentarze »

Życzenia świąteczne

Autor: admin o sobota 11. kwietnia 2009

wielkanoc01.jpgGdy byłeś dzieckiem, w Wielkanoc niebo musiało być fantastycznie niebieskie. I dużo słońca. I zielona trawa. Mama, choć było zimno, wkładała najcieńsze pończochy. Tatuś, gdy skończył się golić, przeciągał dłonią po policzkach, uśmiechał się do lustra i powiadał: „No, człowiek nie jest jeszcze taki stary” i wiązał najbardziej kolorowy krawat. Szedłeś do kościoła w najnowszym ubraniu. Kolega miał nowe buty, a koleżanka nowy płaszcz wiosenny i niebieskie wstążki w warkoczach. Stół był nakryty białym obrusem. We flakonie sterczały bazie. Mama stawiała na środku stołu wielką, kolorową babę. Takie zostały Ci wspomnienia z uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego w latach dziecinnych.
A potem, gdy byłeś młody, gdy Cię roznosiło życie i wierzyłeś w swoją siłę i swoje osiągnięcia – jeszcze było za wcześnie na to, żebyś zrozumiał, czym jest Zmartwychwstanie.
Ale wyobraź sobie, że przeżyłeś wiele lat. Przyjdzie Wielkanoc z bladym słońcem i wypłowiałym niebem. W lustrze przestraszy Cię twarz ze zmarszczkami i siwym zarostem. Nie wychodzisz z mieszkania, bo nie starczyło Ci sił. Stoisz w oknie i patrzysz, jak spod brudnych płacht śniegu ciekną strużki wody i już zielenieje trawa. Pąki na gałęziach kasztana błyszczą. Na suchych płytach chodnika dzieci grają w klasy – tak jak Ty nie tak dawno…
Może wtedy zrozumiesz, czym jest Zmartwychwstanie.
Siłą Chrześcijaństwa jest to, że Tobie, że każdemu pochylającemu się w rozpad zapewnia życie…

{Ks. M.Maliński}

wielkanoc02.jpg

Wszystkim moim Przyjaciołom, Znajomym, Osobom odwiedzającym moją stronę pragnę życzyć spokojnych, radosnych i błogosławionych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Radość przeżycia Tajemnicy Pustego Grobu niech będzie źródłem siły do kroczenia za Tym, który jest „Drogą, Prawdą            i Życiem”. 

wielkanoc.jpgNie życzę Ci
noszenia krzyża
dla samego noszenia go.

Nie życzę Ci
radości z życia
dla samej radości.

Nie życzę Ci
wytrwałości w cierpieniu
dla samego cierpienia.

Ale życzę Ci spotkania ze Zmartwychwstałym,
choć także nie dla samego spotkania,
lecz dla zmartwychwstania w Jezusie Chrystusie!

Alle_1.jpg

Napisany w moja praca | 1 Komentarz »

„Cicho wszędzie, głucho wszędzie…”

Autor: admin o środa 18. lutego 2009

pan1.jpg

„Cicho wszędzie, głucho wszędzie…” – te, skądinąd złowrogo brzmiące słowa, tym razem (w poniedziałek, 16.02.2009 roku) oznaczały jedno: pełną, totalną ciszę wędrowania po górkach. Tych, którzy mają już dosyć tematyki górskiej przepraszam, ale… po tak długim czasie trzeba było trochę przewietrzyć płuca.
Początek był jedną wielką niewiadomą – niepewna pogoda, zasypane trasy, no i (podobno) alarm w górach. Ale… mam jednak trochę gór we krwi (oprócz tego są oczywiście także czerwone krwinki etc.), więc… mimo późnej pory (gdzieś około 12:00) prysnąłem w stronę Karpacza.
Jechało się nieźle, choć ciśnienie podniosły 3 kolejne stłuczki (z których jednej byłem świadkiem). Nikomu nic się nie stało, ale… noga na pedale gazu jakoś nie chciała wchodzić za głęboko. Nic to – przed 14:00 byłem już w Karpaczu, gdzie okazało się, że: primo – pada śnieg!!! (to nie mogło tak być podczas zimowiska?!?!?!); secundo – temperatura jest dosyć łaskawa (zaledwie 2-3 stopnie poniżej kreski); wreszcie tertio – trasy są do przejścia.
Parking znalazłem tuż pod Wangiem (co – jak się później okazało – nie było wcale najszczęśliwszym wyborem). Zmiana „skóry” na zimową i… czas ruszyć. Początek, jak zwykle, był nieco wyczynowy (to w ramach odparowywania nadmiaru płynów w organizmie). W stosunkowo niezłym czasie przeszedłem pierwsze podejścia (gubiąc przy okazji hektolitry „tego czegoś”). To, co było novum tego podejścia to absolutna cisza (niestety, zapomniałem słuchawek) i niewielka (jak na czas ferii zimowych) liczba turystów. Do tego wszyscy napotkani szli w drugą stronę (do Karpacza) – co to ma być?!?! Szlak turystyczny stał się drogą jednokierunkową??? – i co tu kryć… patrzyli na mnie jakoś dziwnie…
Ponieważ w sumie niedawno tę samą trasę pokonałem ze Scholą, więc nie zabrakło i wspomnień: tu po raz pierwszy usłyszałem „Ja już nie mogę”; tu Rysiu klęczał przed aparatem; etc. Oczywiście nie zabrakło nieśmiertelnego „świeżego oddechu naszej szkapy”, który mogli podziwiać moi rozmówcy telefoniczni (Tato zaproponował nawet podrzucenie aparatu tlenowego) oraz „niecenzuralnych epitetów”, którymi zostałem przez nich obrzucony za „robienie apetytu na górskie wędrowanie” w czasie wykonywania przez nich obowiązków służbowych.
Nie da się ukryć, że warunki wędrowania zmieniały się co chwila (i to diametralnie) – od przejrzystego powietrza aż do pasów mgieł, gdzie widać było na kilka-kilkanaście kroków. To jednak dodawało uroku temu „spacerowi”. I to chyba ten „urok” sprawił, że zamiast – kierując się roztropnością – skierować się na trasę Bronka Czecha (co dosyć szybko doprowadziło by mnie do Karpacza) postanowiłem iść dalej i wyżej. Jako, że – po dojściu do Polany – okazało się, że zielony szlak jest raczej nie przetarty, postanowiłem, iść dalej trasą turystyczną. „Nieszczęśnicy”, którzy zaliczyli ze mną ostatnio tę trasę, pamiętają z pewnością zejście ze szlaku i „masochistyczną trasę kamieni”. Dzisiaj niestety była ona nie do przejścia (no, chyba, że wziąłbym ze sobą odśnieżarkę) – zaspy były do pasa (a może nawet głębsze). Zapewniam jednak, że marsz po szlaku niebieskim wcale nie był łatwy – udowodnił mi to „twardy zawodnik”, który tam właśnie dogonił mnie i za chwilę pozostawił po sobie tylko… wspomnienie. Taaaaaaaaaaaa… nie da się ukryć – tu zacząłem walczyć z narastającą pokusą zawrócenia. Ambicja (ta przyczyna tak wielu kataklizmów) nie pozwoliła jednak na to i efektem było dalsze targanie moich lilipucich gabarytów w górę (a mówią, że im wyżej tym mniejsze przyciąganie ziemskie).

  • Karpacz.jpgNo to czas ruszać…
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpgPierwszy pas mgły na trasie
  • Karpacz.jpgDrzewka wyglądały super
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpgKolejne podejście za mną
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpgKrótki postój przy (zasypanej) Polanie
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg”Księżycowe widoczki” czyli… potok w zimowej szacie
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpgDylemat “naszej szkapy”: iść prosto czy skręcić?
  • Karpacz.jpg”Samotnia” w zimowej szacie
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg”Droga przez mękę” czyli… podejście do Strzechy Akademickiej
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg”Strzecha” za zasłoną mgły
  • Karpacz.jpg”Lodowe drzewko”
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg
  • Karpacz.jpg

Kolejnego wyboru musiałem dokonać po dojściu do krzyżówki i odbicia w stronę Samotni. Niby nic nowego, ale… może warto. Zdecydowałem pójść naokoło (czyli koło Samotni) – i opłaciło się. Jak widać na fotkach, widoczki (rodem z produkcji katastroficznych) były niesamowite. Tę chwilową radość szybko ostudziło podejście do Strzechy Akademickiej (nie wiem, czy to tylko złudzenie, ale wydawało mi się, że w październiku wchodziło się jakby łatwiej) – było ślisko, stromo i… jakoś inaczej. Wprawdzie wdrapałem się w końcu, ale – po raz 1485,23 – obiecałem sobie: „Nigdy więcej”.
Po dojściu do Strzechy Akademickiej pomyślałem o powtórzeniu przejścia przez Biały Jar, ale (co jest bardzo, ale to bardzo niepokojące) zwyciężyła roztropność – szlak był niewidoczny, a śnieg bardzo głęboki. Po kilkakrotnym „zakopaniu się” postanowiłem jednak wrócić na „szlaki cywilizowane” i zejść starym dobrym szlakiem żółtym. Nie, żeby to było takie proste – grawitacja, połączona ze stromizną części odcinków, groziła niespodziewanym przyjęciem „pozycji horyzontalnej” (w języku potocznym „śnieżny dupniak”) – udało się jednak do samego końca zachować „pion”.
I kiedy już doszedłem do końca górskich szlaków okazało się, że czeka mnie najtrudniejsze – ponowne wdrapanie się do wysokości Wangu, aby wsiąść do samochodu. Nie będę opisywał (z szacunku dla języka ojczystego) kłębiących się „na stryszku” myśli – były one jednak dalekie od pacyfizmu (zwłaszcza, kiedy widziałem wygodne autokary lub inne dwuślady). W końcu jednak doszedłem… co tu będę krył, kilka pierwszych minut to było prawie „całowanie po oponach”.
Swój epilog dzisiejsze wędrowanie znalazło jednak nie w Karpaczu, ale na trasie powrotnej. W Chmieleniu trafiłem na „szosowe lodowisko” – dosłownie, kiedy wysiadłem z bryczki, o mało co nie zaliczyłem „salto mortadele”. Trudno się dziwić, że w takich warunkach na dosyć stromym podjeździe utknęło kilkanaście samochodów (w tym 2 TIR-y). Mając do wyboru czekanie na nasze „bezradne” siły drogowe albo objechanie zatoru przez Lubomierz, zdecydowałem się (wzorem kilku innych kierowców) na to drugie. Objazd nie był za ciekawy, ale… w końcu dojechałem do Gryfowa i stąd dalszy ciąg trasy był już spokojny.

pan2.jpgpan2a.jpg

Reasumując: pomysł wypadu w góry był bardzo udany. Fakt, dałem sobie ostro „w kość” (tydzień temu skończyłem kurację antybiotykową) i jutro będzie pewnie „dniem połamańca”, ale… było warto. Zachęcam do podobnego „szaleństwa” każdego, kto ma w pobliżu mniejsze bądź większe górki – naprawdę warto!!!

Napisany w wycieczki | 3 komentarze »