Blog J.B.

Archiwum: 'moja praca' Kategorie

Święta, święta…

Autor: admin o 27. grudnia 2011

„Jest w moim kraju zwyczaj,

że w wieczór wigilijny

przy wejściu pierwszej gwiazdy

wieczornej na niebie

ludzie gniazda wspólnego

łamią chleb biblijny

najtkliwsze przekazując uczucia

w tym chlebie…” (C.K.Norwid)

Po 4-tygodniowym przygotowaniu i ostatecznej organizacji parafii (i chałupy) w końcu przyszedł czas na świętowanie jednego z dwóch najważniejszych wydarzeń naszej wiary i tradycji – Bożego Narodzenia. Od 4 lat obchód tego uroczystego czasu rozpoczyna się w tutejszej parafii nieco wcześniej – tradycję tę zapoczątkowały spotkania wigilijne Scholi Parafialnej i Służby Liturgicznej (do dziś z nostalgią wspominam tę „niepewność” – cóż też zgotuje nam „szeryf”?). Z czasem termin spotkania wigilijnego został przesunięty na styczeń – zmieniła się także jego konwencja (w miejsce spotkań grupowych zaczęliśmy organizować jeden „mega-opłatek” dla wszystkich grup [tu wielki ukłon i podziękowanie dla Dyrekcji Gimnazjum nr 1, która gościnnie udostępnia nam na te spotkania swoją szkołę]).

Od ubiegłego roku do grafiku naszych wigilijnych spotkań doszła wigilia organizowana przez szczególną grupę – Lubańskie Stowarzyszenie Abstynentów ODNOWA. Ci, poranieni przez życie, a jednocześnie tak silni trzeźwą codziennością ludzie, włączyli naszą Scholę (i mnie) do grona osób, z którymi chcą przeżywać radość Narodzenia Pańskiego.

Ubiegłoroczne, pierwsze spotkanie było dla mnie drugą okazją (po lipcowej mszy św.) spotkania z tą grupą. Było więc jeszcze bardzo oficjalnie. Tym razem jednak „zapuściłem już tutaj korzenie” – wakacyjna msza św., udział w obchodach Jubileuszu działalności grupy [podczas której otrzymałem „nominację” na… dziekana], no i wreszcie to spotkanie… Można by rzec, że tym razem (w odróżnieniu od roku minionego) znalazłem się między „swojakami”. Tegoroczne spotkanie 916.12.2011 r.) miało bardzo bogaty przebieg. Siedzibą był oczywiście – jak zawsze gościnny Miejski Dom Kultury w Lubaniu. Wśród Gości znaleźli się reprezentanci władz miasta (z Burmistrzem, p. Arkadiuszem Słowińskim, na czele), powiatu oraz przedstawiciele władz zaprzyjaźnionych miejscowości i gmin, grup abstynenckich z naszego regionu, a także… z Niemiec. W ubiegłym roku gośćmi była także nasza Schola – w tym roku przebieg uroczystości ubogaciła pięknym śpiewem zarębiańska Grupa od Anioła i Chór Parafialny. Piękny, klasyczny i profesjonalny śpiew wprowadziły nas w klimat modlitwy, która rozpoczęła naszą wigilię. Po zakończeniu części oficjalnej (której miałem przyjemność przewodniczyć) rozpoczął się czas „dzielenia opłatkiem i dobrocią”. W wielu instytucjach jest to także praktykowane, ale życzenia… hmmm… często mają charakter „pro forma” – jednak nie tutaj. Ludzie złączeni wspólnym doświadczeniem i „radością zwycięstwa nad słabością” mówili do siebie „na tej samej fali” – życzenia nie były „dopieszczone stylistycznie”, za to (co uważam za dużo ważniejsze) płynęły z samego serca i były po prostu szczere. Mimo, iż byłem osobą niejako z zewnątrz, nie czułem dystansu – nawet nieznajomi zdobywali się wobec „księgińskiego dziekana” na serdeczność i szczere, dobre słowa. W tej chwili opłatek nie był tylko tradycją – stał się elementem trudnej, ale zwycięskiej codzienności.

Kiedy w końcu opadły nieco „opłatkowe emocje”, a przy stołach zaczął się „konsumpcyjny ruch”, my zaczęliśmy się przygotowywać do naszego występu kolędowego. O jego charakterze – zdecydowanie innym niż poprzednie tego wieczoru – zdecydowały dwie kwestie: wspomniany wcześniej brak „dystansu” oraz specyfika naszej grupy. Rolę „konferansjera” przyjąłem ja [ku „przerażeniu” moich Scholistek – ale… zgodnie z „przesłaniem” tegorocznych imienin: SZERYF JEST TYLKO JEDEN!!!] – i ku zaskoczeniu grupy zaczęliśmy od… nie, nie od kolęd, ale od wspomnienia ubiegłorocznej mszy św. kończącej Przegląd Piosenki Abstynenckiej. Zaproszeni do „spalenia nadmiaru kalorii” uczestnicy wigilii z ochotą włączyli się w śpiewany dialog „Hej Jezu”. Wyszło nieźle, więc… czas zacząć kolędowanie. Po dwóch pierwszych zaczęła się „jazda” – wpadłszy w odpowiedni nastrój postanowiłem w podobny klimat wprawić pozostałych uczestników i obserwatorów naszego kolędowania. I tak najpierw wielkie i gromkie brawa zebrała Anetka, która – mimo, że nasza najmłodsza gitarzystka – „wymiata” na równi ze starymi wyjadaczami. Po kolejnej kolędzie owację zebrała „połówka” Martynki [połówka – bo „nówka ledwo śmigana” gitarka została w domu], która od tej pory oficjalnie wzmocniła (i tak potężne) siły scholkowego instrumentarium.

Szło nieźle, choć mniej więcej w połowie rozpoczął się swoisty „kryzys” – ustalanie kolejnych punktów koncertu zaczęło przypominać „licytację” {7 zwrotek… nie!!! Pięć… No dobra, niech będzie – sześć!!!}. Co więcej, nasze Dziewuszki musiały co pewien czas „uzupełniać poziom płynów” – zaczęły się więc „sprinty” do stołów i kubeczków. Jako, że zjawisko to zaczęło się nasilać „poprosiliśmy o pomoc” i… STAŁO SIĘ!!! Najpierw dołączyły do nas Panie z Grupy od Anioła i Pani Bożenka, potem z drugiej strony w nasz włączyły się głosy męskie. W miejscu naszego koncertowania zaczęło się robić tłoczno. I wtedy wpadliśmy na „szalony” pomysł – wspólnego pokolędowania z grupą z Goerlitz. Po krótkich ustaleniach otworzyliśmy oryginalny tekst „Cichej Nocy” (czyli w języku niemieckim) i wspólnie zaśpiewaliśmy. Może „szał” to zbyt mocne określenie, ale w tym momencie nasze śpiewania utraciło resztę rangi koncertu – po prostu zaczęliśmy wspólne kolędowanie, pełne radości i bez różnic wiekowych czy językowych.

Trwało to trochę. W końcu musiał przyjść finał – podobnie jak początek „przywłaszczyłem” go sobie. Może to trochę nie ten klimat, ale zaproponowałem wspomnienie tegorocznego Przeglądu Piosenki Abstynenckiej i wspólne odśpiewanie „Przeżyj to sam” (oczywiście, znowu o mało co nie złapałem „choroby morskiej”) i zadedykowałem przeróbkę „Ojca chrzestnego”. Napiszę tak: NAWET GDYBY W RAMACH OSZCZĘDNOŚCI SALA NIE BYŁABY OGRZEWANA, POD KONIEC NASZEGO KOLĘDOWANIA TEMPERATURA SPOTKANIA I TAK „TRĄCIŁA BY” TROPIKAMI.

Życie idzie jednak dalej, a że świąteczny czas zbliżał się coraz szybciej, więc przyszedł czas na ostatnie przygotowania do jego obchodu. Z jednej strony o przygotowanie serc zadbał nasz rekolekcjonista, ks. Adam Konobrodzki [wikariusz dziekańskiej parafii św. Jadwigi Śląskiej w Lubaniu], z drugiej zaś nasza wieloosobowa „grupa dekoratorska” rozpoczęła przygotowania do świątecznej dekoracji kościoła (a w naszym przypadku mikro-szopka to robota dla prawdziwych „macho”).

W tym rytmie przygotowań nie mogło oczywiście zabraknąć wigilijnych spotkań szkolnych. Dla mnie pierwszym były jasełka w szkole, w której uczę – w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2. Szkoła ma swoją specyfikę (przede wszystkim brać uczniowską stanowi młodzież), która daje się zauważyć także w klimacie prezentacji jasełek. Są dosyć luźne (choć jak się wsłuchać, to znajdzie się to i owo do przemyślenia). Podobnie, jak w przypadku Święta Niepodległości, dużą niespodziankę sprawiły nam dziewczęta z „klas policyjnych”, które zadbały o oprawę wokalną i ciekawe teksty przybliżające nam taj historię, jak i zwyczaje i tradycje świąteczne.

Ostatni przedświąteczny dzień „nauki” był bardzo pracowity i napięty czasowo. Zaraz po zakończeniu jasełek szkolnych w ZSP nr 2 odwiedziłem „moje” Gimnazjum nr 1 – szkołę o wieloletniej tradycji „aktorskiej”. Tu jasełka miały charakter poważniejszy, dostarczając wielu treści do przemyślenia. Uczniowie (jak zawsze) stanęli na wysokości zadania, prezentując bardzo wysoki poziom „warsztatu artystycznego”.

Można powiedzieć, że „w biegu” zdążyłem „na styk” na kolejną wigilię – znowu w ZSP nr 2, ale tym razem w gronie Nauczycieli, Obsługi i Emerytów uczelni. Jak zwykle niezawodna „Matka Przełożona”, Pani Ewa, odczytała fragment Ewangelii; wszyscy włączyli się w część modlitewną oraz wysłuchali ciepłych życzeń naszego Burmistrza, który zaszczycił nas swoją obecnością. Utkwił mi szczególnie w pamięci cytat: „Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które dech zapierają” – można je spokojnie potraktować jako przesłanie na te święta.

W końcu nadeszły święta. Pasterkę przeżyliśmy w bardzo ciepłej atmosferze (i w przenośni, i dosłownie – „tylko” 14 stopni) – ciekawym zjawiskiem towarzyszącym nocnej modlitwie stało się „szukanie szatni”. Od zakończenia Ewangelii co rusz ktoś szukał miejsca na złożenie „doczesnych szczątków… zimowych ciuchów”. Nie będę wytykał nikomu ziewania (bo i sam miałem „momenty słabości”) – choć magdzine określenie „atmosfera pogrzebowa” trąci sporą przesadą. Było po prostu spokojnie. Tegoroczna Pasterka miała zabarwienie nostalgiczne i wspomnieniowe – jako, że przeżywająca „drewniany jubileusz” [to moja piąta w tej parafii], stała się okazją do „powrotu do korzeni”… czyli włączenia w rozważanie śpiewu „Znak pokoju” (tu wielkie dzięki dla grupy Scholistek, które wsparły mnie podczas śpiewu). Dodam jeszcze, że na atmosferę pasterskiego czuwania duży wpływ wywarła także dekoracja kościoła – wewnątrz wystarczył nam blask rozświetlonych choinek, zaś na zewnątrz „bił w oczy” wielki neon głoszący chwałę Nowonarodzonego.

Dni świąteczne stały się okazją do spotkania z ciepłej atmosferze, ale… podczas mszy św. z udziałem dzieciaków… także do stwierdzenia, że niewielu spożyło naprawdę 12 potraw (ze mną włącznie – „parafialny barszcz z uszkami” wystarczył mi całkowicie) – śpiew był na poziomie „niemowlaków” (być może chodziło o to, że w tych dnia sprawdzała się zasada: „Usta milczą… żołądek śpiewa” – o to nie te tonacje, o które chodziło).

W pierwszym roku pobytu na parafii zostałem zaskoczony tradycją, z którą do tej pory (przynajmniej w taki sposób) nie miałem do czynienia – chodzi o KOLĘDNIKÓW. Byli oczywiście wcześniej śpiewacy, którzy zakolędowali przy drzwiach, ale KSIĘGIŃSCY KOLĘDNICY – to już „inna bajka”. Pierwsze dwa spotkania były dosyć skromne – przy plebanii kolędowały Natalia, Magda i Kasia (w drugim, bardzo mroźnym, roku dały się nawet „skusić” na herbatkę). Jednak od 2009 roku kolędująca grupa zaczęła nabierać charakteru grupowego – i do parafialnej tradycji weszło goszczenie się na plebanii w wieczór drugiego dnia Świąt.

Kolędnicy 2011

Naciskając tę ikonkę można wejść w galerię ze zdjęciami do pobrania.
Tak było i w tym roku – tym razem grupa kolędników liczyła 12 osób (norrrrrmalnie… apostolska liczba). Po kilkakrotnym niecierpliwym dzwonku (to chyba „nosiło” Pawła) gospodarza (tym razem w 100% przygotowanego) powitała radosna „kolęda plenerowa”. Trwała jednak krótko, bo w tym roku niebo wciąż „płakało” – zaproszeni Goście nie dali się więc prosić, aby kontynuować kolędowanie w proboszczowskim zaciszu. Nasze „ochroniarki” [p.Małgosia i p.Bożenka] zadbały o przygotowanie stołu, przy którym tymczasem rozpoczęło się przekomarzanie „co zaśpiewamy” – inauguracja „kolędowego szaleństwa” odbyła się w języku… chyba hiszpańskim /!!!/. Później zdecydowano się na formułę „świątecznej szansy na sukces” – każdy typował losowo numerek ze śpiewnika i… śpiewaliśmy to, co pod nim było [forma „my” jest nieco na wyrost, bo ja akurat robiłem za… „świątecznego paparazzi”]. Mimo ilości typów repertuar nie został wyczerpany – w odróżnieniu od stanu części wykonawców… ale czemu się dziwić: „renifery” [Joasia, Kasia i Paweł] wolą śnieg (a nie prawie 20 stopni w cieniu); kołysanie w ramionach Martynki uśpiło nie tylko naszą małpkę, a chowające się za kartami śpiewnika „wesołe duchy” (nasza „ochrona”) straciły więcej sił na łapanie „śmiechooddechu” niż na kolędy. Do tego doszedł jeszcze – uprawiający świeczkowe „czary-mary” Paweł i zasypiający po każdej półnucie Michał oraz trzymająca naprzeciw dzielnie pion Gabrysia i nasz „generał”.

Nie brakowało oczywiście „dramatów” – gitara Magdy okazała się… wampirem – spuszczając swojej właścicielce trochę krwi [auauauau….!!!], zaś Pan Paweł i Pani Halina dzielnie walczyli z opadającymi na oczy „czapeczkami krasnali z czarodziejskiego lasu”. To wszystko było oczywiście rejestrowane, co „pozytywnie” wpływało na luzik atmosfery – szczytem luzu stała się… 3-minutowa idealna cisza (najpierw nakręcona, ale potem skasowana na rzecz ciekawszych ujęć) zakończona w końcu tekstem Magdy: „Ale nudno na tej plebanii” (nudno czy nie, ale Was przetrzymałem – paparazzi górą!!!!!).

Każdy śpiewnik ma swoją ostatnią stronę – nasz scholkowy nie jest tu wyjątkiem. Odśpiewanie ostatniej kolędy nie oznacza jednak, że zapadło milczenie. Nic z tych rzeczy – wtedy, kiedy zaczęła mi się kończyć rejestrująca spotkanie pamięć, rozpoczęło się najciekawsze. Niepoświęcona jeszcze „gitara-wampir” zaczęła wydawać dziwne dźwięki, przy stole zaczęły powstawać mega-składanki… jakby nieco nieświąteczne (Ale miłe dla ucha), a kiedy Kolędnicy zdecydowali, że już pora wracać do domu… śpiewy przeniosły się na ulicę. Trwając dzielnie przy drzwiach słyszałem zamierające echo… hmmm… śpiewów… jeszcze z 10 minut po zakończeniu kolędowego spotkania.

Jeśli ktoś czytający ten tekst nabierze jakichś podejrzeń czy wątpliwości, śpieszę je uspokoić – spotkanie było super i mieściło się w konwencji, a że proboszcza „przemianowano” w listopadzie na „szeryfa”… to skutki – westernowska wersja dostojnej tradycji kolędowej. Pozostaje mieć nadzieję, że rozpoczynająca się dzisiaj kolęda parafialna będzie miała bardziej standardową formę. Z tą nadzieję pozdrawiam serdecznie, dziękuję za uwagę i gratuluję… ale tylko tym, którzy zaczęli od początku (a nie jak mój znajomy – od ostatniego rozdziału).

Napisany w moja praca | 5 komentarzy »

„Listopadowe szaleństwa”

Autor: admin o 23. listopada 2011

Niniejszy opis jest kontynuacją pierwszej części, którą można znaleźć w tym miejscu STRONY PARAFIALNEJ . Tam podjąłem się próby oddania klimatu koncertu, który odbył się z racji wspomnienia św. Cecylii. Teraz stoi przede mną dużo trudniejsze wyzwanie – opis spotkania popołudniowego, którego najlepszą kwintesencją będzie określenie „Boże szaleństwo”.
A skoro nawiązuję do opisu mszy i konkursu, to muszę jeszcze dodać, że – poświęcone różnicom między królestwem ziemskim i Bożym – kazanie miało charakter wybitnie integracyjny. Oto podczas spontanicznych odpowiedzi dzieci znalazło się jedno, które można nazwać „bratnią duszą” naszej Pani Beaty – parafialnego autorytetu w kwestii obuwia. To teraz będziemy mówili: „Co 4 buty to nie para”.

Czas na drugą odsłonę łączonej uroczystości patronalno-imieninowej. Podjęcie się opisania jej jest swoistym „szaleństwem” – ale tylko tak rozumując można spróbować opisać „szaleństwo” (bo to określenie – w jego najbardziej pozytywnym znaczeniu – najlepiej pasuje do tego, co działo się po południu na plebanii.

Po koncercie i sumie parafialnej atmosfera nieco się wytonowała. Imieninowi Goście (przedstawiciele Wałbrzycha, Świebodzic, Polkowic i Jeleniej Góry) spokojnie się gościli; ja poznałem „smak posiadania zdecydowanej gosposi” [tu ukłon w stronę Iwonki] – zaczęło być przytulnie, ale…

…już wkrótce przybyła „ekipa balangowa”, która przystąpiła niezwłocznie do czynności przystosowania plebanii do „najazdu” Scholi. Zaczęło się „rzucanie” szkłem, skończyła się „czajnikowa laba”, na stole pojawiło się ciasto – taaaaak… świętowania ciąg dalszy czas zacząć.

Już przed 15:00 na placu zrobiło się gwarno i tłoczno (jak ta trzynastka potrafi zapełnić taki duży plac… rozmnożenie czy jak?) – w końcu ktoś „zdobył się na odwagę” uruchomienia „piekielnego urządzenia stawiającego właściciela na nogi” (czytaj dzwonek). I… stało się…

Główna kanapa zaczęła się uginać pod ciężarem wierzchnich ciuchów, przy stole zaczęło się dużo dziać, ciasta zaczęły dostawać „drgawek” (nie z racji „wieku”, tylko dzięki „młodym konsumentkom”). Na żądanie moich Dziewczyn przyjąłem godność „szeryfa” (ta koszulka jest rewelacyjna: „Szeryf jest JEDEN”). W centrum zainteresowania znalazła się oczywiście tradycyjna mega-pizza – w końcu zanim zaczniemy śpiewać, trzeba zebrać siły.

Nie wiem, czy tak wyszło, czy też nieświadomie to zaplanowałem (sorka za ten logiczny lapsus), ale w jadalni pozostała w tym dniu moja „weteranka” (czyli gitara). Początek drugiego w tym dniu scholkowego koncertu był mimo to spokojny, ale… coś było w atmosferze tego popołudnia, i – po kilkunastu minutach „bawienia” ogółu Gości – w końcu coś „pękło”… wziąłem się za nią. Najbardziej poszkodowanym był chyba pan Krystian, który znalazł się tuż przy niej – tak, tak, nawet na balandze można zostać „męczennikiem”.

Początek koncertowania zdominowały oczywiście – prezentowane podczas pierwszego występu – newsy. Wyszły jeszcze lepiej niż przy ołtarzu [tym bardziej, że tym razem „śpiewacze wygibasy” prezentowało dużo więcej Scholistek]. Każdy utwór był nagradzany brawami reszty Gości, oraz muczeniem „krówki” i chichotem „małpy” (dodam – ta „krówka” to prezent Scholi sprzed 2 lat). Kiedy jednak doszliśmy do „starej” części śpiewnika, powstał dylemat: kończymy, powtarzamy repertuar czy też… lecimy do samego początku. „Szeryf” zdecydował się na to ostatnie, więc cóż – z westchnieniem „rezygnacji” otworzyliśmy zakurzone stronice naszej scholkowej „prehistorii”.

Jako że największa część śpiewnika powstała w pierwszym roku naszego istnienia, więc wkrótce zabrzmiały dźwięki takich „antyk-hitów” jak „Hej Jezu” czy „Tyś jak skała”. Ciągłe jednak korciło nas, aby jeszcze raz wrócić do nowości – i tak, po prawie dwugodzinnym „maratonie” znowu zaczęliśmy śpiew „Zaufaj Panu” i „Chwalę Cię”. Tym razem jednak nie dało się usiedzieć – część z nas zaczęła „pląsać” (starając się tylko oszczędzić „proboszczowską zastawę” – udało się, szkło pozostało całe; trochę gorzej z tymi, którzy nadziali się na stołowe narożniki). Jakoś w tym czasie zaczęli się rozjeżdżać Goście spoza Lubania [oczywiście wierzymy, że to nie efekt „tanecznych popisów”] – dla nas stało się to sygnałem wzmożenia wysiłków taneczno-wokalnych. Nie da się ukryć – mimo dużej kubatury pomieszczenia i wyłączenia ogrzewania w pewnym momencie zaczęło być duszno i gorąco. W końcu trzeba było zwolnić i znowu zająć się… „walką z zawartością stołu” [tu niestety musimy się przyznać do „totalnej klęski” – daliśmy radę tylko jednej (z dwóch zakupionych) pizzy… kurczę, zawsze coś zostawało, ale przeważnie były to… pudełka].

W końcu, gdzieś koło 18:00 zaczęło się „zwijanie żagli” – ktoś wspomniał o nauce; ktoś inny, że trzeba odpocząć… i tak oto dobiegł końca ten wyjątkowy dzień. Na początku tego opisu użyłem słowa „szaleństwo” – jego zwieńczeniem niech staną się inne, użyte przez zaskoczonych ciszą Państwo Jackiewicz: „Tak szybko?!?!?!”.

Już od 3 lat łączymy święto Scholi z moim – zawsze jest ciekawie, ale tym razem… chyba „przeszliśmy samych siebie”. Za wspaniałą atmosferę obu odsłon świętowania dziękuję naszym „Gwiazdom” i „rodzynkowi”, Panu Pawłowi. Dziękuję za wielką pomoc i świetny humor wszystkim Gościom – szczególnie zaś Rodzicom, którzy pomogli zorganizować „stół biesiadny”. Ten dzień wpisał się na trwałe w moją pamięć i za to SERDECZNIE DZIĘKUJĘ!!!


Napisany w moja praca | 3 komentarze »

Msza św. o uzdrowienie

Autor: admin o 4. października 2011

Msza św. z modlitwą o uzdrowienie – sprawowana u nas już po raz drugi – to ważne wydarzenie. Tym razem udało się zarejestrować jej część tak w wersji foto, jako i wideo. Poniżej prezentuję dokumentację fotograficzną, którą dedykuję szczególnie uczestnikom liturgii. Zainteresowanych szerszym opisem przebiegu uroczystej mszy św. serdecznie zapraszam W TO MIEJSCE STRONY PARAFIALNEJ      ks. Janusz

  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg

Napisany w moja praca | 1 Komentarz »

Zapusta 2011

Autor: admin o 23. lipca 2011

Zdjęcia z MAFM LEŚNA 2011można znaleźć W TYM MIEJSCU (Stąd pochodzą zdjęcia umieszczone w relacji – dziękuję ich twórcom)


„Przeżyj to sam…” – te wciąż znane i chętnie śpiewane słowa „hiciora” moich młodzieńczych lat tym razem stały się zwieńczeniem szczególnej mszy św., odprawionej w Zapuście w niedzielę 17.07.2011 roku. Dlaczego szczególnej?

Od 2 lat mam przyjemność i zaszczyt być zapraszanym na liturgiczne spotkanie organizowane przez LSA „Odnowa” w Lubaniu. Za każdym razem wspólna modlitwa kończy kolejny Abstynencki Festiwal Muzyczny. W ubiegłym roku miejscem spotkania był Ośrodek Wczasowy w pobliżu Czochy; w tym roku – Rajko-Zapusta, gdzie odbył się tegoroczny, XVII Międzynarodowy Abstynencki Festiwal Muzyczny oraz Zlot Rodzin Abstynenckich (14-17.07.2011 r.).

W ubiegłym roku, celebrując Eucharystię w specyficznym gronie uczestników Festiwalu, zostałem bardzo mile zaskoczony otwartą i bardzo ciepłą atmosferą spotkania. Fakt – ubiegłoroczne spotkanie pozostawiło po sobie także wspomnienie „gitarowego łamańca”, kiedy próbowałem coś zagrać na gitarze bez pasa (dobrze, że nie było to aż tak widoczne na filmiku w You Tube) – ale…

… to pozwoliło lepiej przygotować się na spotkanie tegoroczne. Przede wszystkim byłem już świadomy otwartości i spontaniczności uczestników Zlotu. Zdawałem sobie sprawę, że tu można przeżyć Eucharystię dużo bardziej emocjonalnie (mam nadzieję, że to zdanie także jej uczestników). Oczywiście, tym razem pojechała ze mną moja „duża czarna” (czyli gitara) – „poszarpię struny” na czymś stabilniejszym, niż rok temu – i [co było novum mszy wyjazdowych] Adrian, pełniący nie tylko rolę przedstawiciela Służby Liturgicznej, ale także „pilota”.

Sam wyjazd poprzedziła poranna msza św. w parafii – i tu co niektórzy przeżyli szok. Nie, żebym prowadził „tasiemcowe” rozważania, ale… tym razem rzeczywiście udało się zaskoczyć moich stałych słuchaczy. Homilia, poświęcona „nastrojeniu serca na poznanie Chrystusa” trwała tak „długo”, że na tradycyjne „Amen” zobaczyłem na niektórych twarzach scenki rodem z filmu „Maska”. Nawet ogłoszenia tym razem nie trwały długo – tak więc tę mszę udało się poprowadzić sprawnie i szybko [czego proszę nie mylić z pośpiechem].

Zapusty leżą w pobliżu Biedrzychowic – dojazd tam więc zajął trochę czasu, ale dojechaliśmy z „zapasem” wystarczającym do spokojnego ustalenia obsługi liturgii słowa i śpiewów oraz niektórych pomysłów z mojej strony”. „Męczennik czarnej” (czyli regularnie walczący z jej nastrojeniem p.Paweł – którego nawiasem mówiąc „błogosławiłem” za ostatni odcinek drogi) dostroił instrument; dogadaliśmy się odnośnie porządku liturgii i… zaczęło się.

Najpierw postanowiłem sprawdzić ilu uczestników było świadkami ubiegłorocznego „łamańca gitarowego” – niestety/na szczęście /???/ przynajmniej 2/3 osób brało w tym udział. Skoro tak, to trzeba się było sprężyć – proponując dialogowane wyśpiewane zaproszenie Ducha Świętego starałem się, aby tym razem stanąć z gitarą na wystarczającym poziomie (w końcu grałem dla profesjonalistów). Tym razem nie było szoku (jak rok temu) – większość podjęła śpiew wprowadzający nas w przeżycie Tajemnicy Ciała i Krwi Chrystusa.

W ubiegłym roku rolę lektorów podjęli druhowie; w tym roku odpowiedzialności za proklamowanie Słowa Bożego podjęli się: nasz Burmistrz i Adrian. Po Ewangelii (o chwaście wśród zboża) rozpoczęła się bardzo ważna część tej wyjątkowej liturgii: świadectwo. Zawsze (kiedy spotykam się z oporami wystąpień przy ołtarzu – brak odwagi, emocje, etc.) powtarzam, że ta emocjonalność nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie – podkreśla autentyzm przeżyć osób stających przed innymi. To samo podkreślił stający przed nami „świadek swojego trzeźwienia”. Nie ukrywał emocji, ale… najważniejsze było to, co chciał przekazać – ŻYĆ W TRZEŹWOŚCI JEST DOBRZE I PIĘKNIE.

Kiedy, nagrodzony rzęsistymi brawami, opuścił nasze „prezbiterium” rozpoczęła się (po wyznaniu wiary) kolejna „niespodzianka” przygotowana przeze mnie – wzorem naszej parafialnej mszy z udziałem dzieci zaproponowałem spontaniczną modlitwę wiernych. Nawet w tak zgranej społeczności do takich rzeczy trzeba „rozruszać” – tak więc pierwsze intencje podali Ci, którzy byli już do tego przyzwyczajeni (Magda, p.Paweł, Adrian – no i p.Bożenka… która w tym momencie tak pięknie się „zarumieniła”). Potem nastała chwila ciszy – i kiedy już sądziłem, że pomysł był zbyt śmiały „zaczęło się”. Intencje było proste, ale piękne tym, że płynęły z serca” – gdyby nie konieczność pilnowania czasu, kto wie ile intencji by padło.

Liturgia mszy św. z udziałem dzieci [w naszej parafii] ma także jeszcze jeden moment integrujący – „Modlitwę Pańską”, której słowa odmawiamy tworząc „łańcuch złączonych rąk” (tworzymy wszak jedną rodzinę „ludzi wiary”). O ile przy modlitwie wiernych była chwila wahania, o tyle w tym momencie, na propozycję odpowiedź była natychmiastowa – cały „kościół polowy” stał się wspólnotą złączoną „kręgiem serdecznie wspierających dłoni”.

Oprócz Magdy i p.Pawła o oprawę muzyczną zadbał także jeden z uczestników, który – po wcześniejszych ustaleniach – przygotował swoją dedykację wyśpiewaną podczas komunii. Może mam i „gumowe ucho”, ale to było coś naprawdę super – „od serca i dla serca”. Brawa kończące drugi utwór były całkowicie zasłużone.

Jeśli organizatorzy Zlotu sądzili, że to koniec „niespodzianek”, to przeżyli szok [mam nadzieję, że przyjemny] słysząc prośbę o zgodę na „ogłoszenia parafialne”. Po lekkim zamieszaniu otrzymałem takową i zaczęła się… ostatnia „mega-odsłona” naszego spotkania.

Oczywiście, nie zamierzałem czytać ogłoszeń. Pierwszym było wspomnienie sprzed roku i powtórka śpiewu „Hej Jezu”. Odzew był natychmiastowy i spontaniczny – ledwie się słyszałem. Kiedy już się „rozochociliśmy” padło drugie ogłoszenie – tym razem dedykacja dla wszystkich, religijna wersja „Ojca chrzestnego”. W odróżnieniu od pierwszego utworu dedykacja została wysłuchana w skupieniu i ciszy. No, a kiedy już umilkły (całkiem niezasłużone) brawa pozwoliłem sobie zaproponować trzecie „ogłoszenie” – do wyboru były: „Przeżyj to sam” i „Tyś jak skała”. Alternatywy tak naprawdę chyba nie było – wszyscy „jak jeden mąż” zadecydowali o wyborze pierwszej propozycji [oczywiście także w wersji religijnej]. Dobrze, że nie cierpię na „chorobę morską”, bo to, co działo się przez kolejne minuty mogło co słabszych doprowadzić do zawrotów – ponowny „łańcuch rąk” i… jedna wielka „fala” (bałtycki sztorm to przy tym betka).

Nie da się ukryć, że w tym momencie stwierdziłem, że nadchodzi „moment kryzysu” – z jednej strony luz i spontaniczność, a z drugiej zegarek „wołający o pomstę do…” i przypominający, że trzeba zdążyć na sumę parafialną. Wprawdzie fajnie się grało i śpiewało, ale – po błogosławieństwie – ostatni śpiew, „Barkę” odśpiewano już beze mnie [żal duszę ściska].

Dobrze, że nie powtórzyła się ubiegłoroczna sytuacja „poślizgu czasowego” – tym razem brakowało bowiem „tonujących nastroje” Panów Kościelnych. Udało się dojechać na czas i rozpocząć zgodnie z grafikiem sumę – tyle tylko, że w ser duchu wciąż coś „śpiewało”: PRZEŻYJ TO SAM…

Czas kończyć [znowu, kurczę, się rozpisałem]. Pragnę gorąco podziękować Organizatorom Festiwalu i Zlotu za zaproszenie mnie na to modlitewne spotkanie. Gratuluję wspaniałej atmosfery i – życząc dalszych tak pięknych spotkań – mam nadzieję, że już niedługo znowu spotkamy się w tak wspaniałym gronie.

Napisany w moja praca | 3 komentarze »

Sezon letnich spotkań rozpoczęty…

Autor: admin o 8. maja 2011

Nadszedł miesiąc maj – nie tylko jeden z najpiękniejszym miesięcy w życiu i formacji modlitwy, ale także czas przejścia w letni rytm życia. To pierwsze to oczywiście nabożeństwa majowe – popularne „majówki” odbywają się u nas od 3 lat w miejscu szczególnym: przy grocie NMP, wybudowanej zbiorowym wysiłkiem naszych Parafian. To drugie natomiast nie oznacza wcale zwolnienia tempa codziennego życia – wręcz przeciwnie – ale zmianę jego priorytetów.

  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg

Nie jestem może maniakalnym fascynatem zieleni (jak moja siostra – no, może z pominięciem „maniakalnym”), ale… co za dużo, to niezdrowo… trawka nie może sobie rosnąć w samopas. To zaś uwidacznia potrzebę stałego „dotleniania się” i aktywnego opalania na trawnikach – chodzi oczywiście o ich „strzyżenie na jeża” (które – z racji decybeli – szkodzi tylko słuchowi). Fakt realizacji tej konieczności dedykuję tym, którzy ostatnio trochę za często „gratulują mi dobrej kucharki”.

Myślę, że dla wielu z nas miesiąc maj będzie się od tego roku kojarzył z jego „papieską inauguracją” – wyniesienie do chwały ołtarzy bł. Jana Pawła II było i jest ważnym i bardzo głęboko sięgającym wydarzeniem, które – mam nadzieję – pozostanie w naszej świadomości na bardzo długo.

  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg
  • Beatyfikacja.jpg

Niestety, w rytm majowy nie weszliśmy jednak w tym roku bezboleśnie – poranek 3 maja przyniósł nam regionalną odmianę filmu „Nazajutrz”. Najpierw grado-deszcz, a od godz. 7:00… normalnie szok… śnieg!!! W sumie lubię zimę, ale chyba tym razem dołączyłem do spontanicznego jęku wszystkich: NIEEEE!!!!! WYSTARCZY!!!!! Śnieżyca wyglądała groźnie – może nie dla nas (zawsze można było zejść do piwnicy albo na strych po kożuszek), ale na pewno dla rozkwitających roślin, które „majowy śnieg” przygiął aż do ziemi. Widok przy bramę dla wchodzących na poranną mszę św. był po prostu „kosmiczny”.

  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg

Wyszło jednak na to, że śnieżyca i ochłodzenie było chwilowym kaprysem pogody. Po 2 dniach niskich temperatur, zaczęły one wracać do majowej normy. I w ten sposób – mimo, iż 3 maja brakowało wiary w to (przynajmniej mnie) – pierwsze letnie spotkanie formacyjne odbyło się w plenerze.

W każdą I sobotę miesiąca odbywa się msza św. ze zmianą tajemnic różańcowych, którą wieńczy spotkanie Żywego Różańca, Rycerstwa Niepokalanej i Parafialnego Zespołu Synodalnego. Odbywa się ono przeważnie w świetlicy parafialnej im. Jana Pawła II. Jednak czasami odchodzimy od tej normy, proponując spotkania o charakterze luźniejszym – w plenerze. Mimo, że altana jeszcze nie jest wykończona, teren pozwala nam wykorzystywać w ten sposób piękną pogodę – i tak właśnie stało się w sobotę, 7 maja.

Mimo pięknej pogody i związanych z nią „działkowych obowiązków” we mszy wzięła udział spora część członkiń i członków naszych grup modlitewnych. Można by rzec, że liturgia stała się kwintesencją rozwijającej się praktyki włączania się w nią osób świeckich. Czytanie w wykonaniu ministranckim (Sebastian), psalm podjęty przez Kościelnego (p. Jan) oraz modlitwa wiernych, poprowadzona przez Radę Parafialną (reprezentowaną przez jej przewodniczącą, p.Małgosię) – tak, tak… tak tu teraz jest.

Po zakończeniu mszy i zmianie tajemnic wyszliśmy przed grotę, aby odśpiewać Litanię Loretańską (prowadzoną – jak zwykle b.profesjonalnie – przez naszego „kapelmistrza”, p. Marię). No, a kiedy skończyła się „majówka”, wtedy… ruszyliśmy do przygotowanych stołów.

Po kilkunastu minutach rozmów zapłonęło ognisko – bardzo ważny element dnia dzisiejszego (czekaliśmy na owo wychwalane „pieczyste”). Trochę groźnie wyglądał nasz „Don Camillo” z siekierką (czy to aby nie na nas), ale kiedy pojawiła się w rękach p.Ryszarda druga, uspokoiliśmy się – wyszło na to, że nasi chłopcy chcą odtańczyć „taniec harnasi”.

Atmosfera spotkania była oczywiście dostosowana do warunków – a więc luźna i bardzo serdeczna (tym bardziej, że – antycypując obchód – wyśpiewaliśmy nasze życzenia obecnej wśród nas p. Stanisławie Elminowskiej, obchodzącej jutro swoje Imieniny). Wkrótce okazało się, że nie przewidzieliśmy popularności naszego dzisiejszego spotkania – dochodzący zapełnili resztę wolnych miejsc, ale spoko… pieczystego wystarczyło.

Miejsc nie zabrakło, jako że nasza Młodzież (Schola Parafialna i Służba Liturgiczna) wybrały miejsca i zajęcia nieco oddalone od nas – piłka siatkowa i „trawnikowe ballady gitarowe”. Tak więc każdy znalazł coś dla siebie.

Spotkanie trwało do godz. 20:00 – w usunięciu jego „skutków” (stoły, ławki i te sprawy – o czym rzadko się wspomina – przeniosła z powrotem Młodzież), a recyclingiem zajęła się „Sance trinitate” („święta trójca” – dodam bowiem, że na ten jeden dzień „święty duecik” znów przybrał starą formę trzech osób; nasze spotkanie zaszczyciła swoją obecnością p.Krystyna, do niedawna główna animatorka Żywego Różańca). Myślę, że wspomnienie dzisiejszego wieczoru pozostanie miłe i żywe na długo.

Wypada więc zaprosić na „ogniskowe poprawiny” oraz zakończyć zgodnie z konwencją: I ja tam byłem, sok bananowy piłem, a com widział i com przeżył… na fotkach utrwaliłem.

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »