Blog J.B.

„Dziecko, trzymam cię mocno” czyli… z aktualizacją da się przeżyć

Autor: admin o sobota 20. Czerwiec 2015

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu naszego spaceru. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Zdaję sobie sprawę, że podtytuł już samym słowem „aktualizacja” budzi w niektórych ambiwalentne emocje (od niepokoju i paniki po rezygnację), ale… bez tej postawy ciągłego szukania „lepszego” szlaku nie byłoby przynajmniej części frajdy naszego „górskiego szaleństwa”. Oczywiście, jak zwykle w tego typu wpisach pojawi się nasz „wędrówkowy” żargon, nawiązujący do tego, co dane nam było przeżyć podczas kolejnego górskiego wypadu, który odbył się w sobotę (20.06.2015 roku). Miał on mieć charakter nieco odmienny od kilku ostatnich – zaplanowany został bowiem jako wyjazd całej Scholi „Dzieciaki z Bożej Paki”. Okazało się jednak, że poranna pogoda spowodowała, że wymiękli prawie wszyscy – z naszych „gwiazd” pozostały tylko Weronika, Julia i Klaudiusz oraz Państwo Anna i Ryszard (plus osoba piszącego tę relację). Była także „nowicjuszka” naszych wędrówek – pani Joasia. Mizerny odzew reszty dzieciaków oczywiście nas rozczarował, ale… patrzymy zawsze na jakość, nie na ilość.
Już sam wyjazd napawał pewnym niepokojem. W górach miało padać, do tego pewne wydarzenie parafialne (i nie chodziło o fascynację pewnym „gabinetem ludzkiej ulgi”) opóźniło wyjazd prawie o godzinę. W końcu jednak ruszyliśmy.
Naszym pierwszym celem stał się wodospad Kamieńczyk w Szklarskiej Porębie (a raczej miał się stać… ale o tym za chwilę). Jechaliśmy GPS-ową „drogą najszybszą” (czyli przez Mirsk) i tu p.Ryszard podjął funkcję „rzecznika medialnego prezesowej Anny”: „Czy my dobrze jedziemy? /…/ A dlaczego tak?, etc – to pytania, na które musiał od razu udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. I tak robił. Fakt, trasa była trochę „niepokojąca” (z racji ciągłego deszczu), ale jechaliśmy do przodu.
Do Szklarskiej wjechaliśmy jak do „krainy deszczowców” – w strugach „łez z nieba”. Dojechaliśmy do parkingu i tu Kadra zaczęła naradę… co dalej?… w tych strugach deszczu daleko przecież nie zajdziemy… W końcu „szeryf znalazł satelitkę” (to z Czesia) i padła propozycja: spróbujmy w Karpaczu. OK – my wytrzymamy, tylko oby potem w komentarzach nie pojawiły się wpisy, że „bolały mnie inne niż normalnie części ciała”.
Wyjazd ze Szklarskiej przebiegł bez przygód, choć wciąż ten deszcz… budził prawdziwy niepokój jak to będzie z dzisiejszym wędrowaniem. Okazał się on nietrwały – zaczął znikać wraz ze stopniową poprawą pogody. Szybko jednak wrócił, kiedy w Piechowicach zaczęliśmy trochę błądzić na objazdach – pojawiło się „czarnowidztwo” w postaci stwierdzenia: „Coś nam się dzisiaj nie układa”. I wtedy właśnie „Czesiu” znowu „znalazł satelitkę”: „Mam aktualizację!!!… Wiem, gdzie pojedziemy…” – zaniepokojony wzrok to najdelikatniejsze określenie reakcji pilota „srebrnej strzały”. Podobnie zachowała się zresztą, kierująca „dziecięcą karetką” pani Ania. Wprawdzie posłusznie włączyła za nami kierunkowskaz i pojechała „w las”, ale komentarz wskazywał na potrzebę wykonania telefonu do „instancji domózgowych”.
Okazało się jednak, że aktualizacja była potrzebna – widok chwiejących się Dzieciaków (spokojnie, to nie cukierki czy kadzidło, ale… przyśnięcie w wygodnej „bryce”) spowodował, że nam, „traperom” zagotowała się krew i padło hasło: „Do boju!!!… to znaczy… sorka… do przodu!!!”. Trasa była widoczna, choć jakby wąska i nierówna (Klaudiusz próbował trafić w jakiś kamień „na śpiąco”, ale te… jakby usuwał się sprzed jego buciorów – nie zaliczył więc zapowiadanej „gleby”). Trasa do Cichej Doliny i żółtym szlakiem przez skałki nie była oczywiście zasadniczym celem dzisiejszej wędrówki – po prostu trzeba było rozprostować kości i trochę się wybudzić. Udało się to znakomicie – 800 metrów (tyle wyliczył GPS pana Ryszarda) to nie maraton, ale… spać już się nie dało. I o to chodziło.
Po dojściu do parkingu ruszyliśmy do Karpacza, cały czas obserwując zmiany pogody – niektórzy podjęli się nawet roli meteo: „Dzisiaj nie będzie już padało” – stwierdziła pani Joasia [no, może nie była to 100%-owa przepowiednia /bo jednak trochę popadało/, ale dodało nam to odwagi].
Odwaga byłą potrzebna, bo zaparkowaliśmy w miejsce, z którego rozpoczęliśmy w ubiegłym roku naszą pierwszą „lightową” (wtedy po raz ostatni uwierzyliśmy z podstawowe znaczenie tego słowa) wędrówkę górską. Pamiętając o zakwasach, „etapie bólu” i „fazie rezygnacji” pani Ania stwierdziła, że ona „schodzi w drugą stronę” (czyli na dół), a Julia, Weronika i Klaudiusz zaczęli się „stroić” na „foszki”. Okazało się jednak, że i dzisiaj udało się nas zaskoczyć – może niewiele, ale jednak…
Wydawało się, że najpierw dojdziemy do zerwanego mostku, a tymczasem, puszczając dzieciaki nieco przodem „szeryf” skręcił w prawo. Narrrmalnie… totalne zaskoczenie – czy my aby znamy ten szlak? Okazało się, ze owszem, ale… z drugiej strony – dawniej staczaliśmy się po nim (tracąc „kontakt z grawitacją” – vide Martynka), teraz trzeba było wejść… ale nie do nas z takimi surprisami… Podeszliśmy w całkiem niezłym tempie. Potem stwierdziliśmy, że nasz „szeryf” potrzebuje resetu „twardego dysku” [jak można pamiętać szczegóły z wypadu sprzed 7 miesięcy?!?!?!] – pan Ryszard stwierdził jednak, że według zasad informatyki to nieetyczne i odmówił „przyłożenia do tego ręki”.
Tak więc Weronika, Julka i Klaudiusz przypominali sobie fragmenty trasy na zasadzie: „Pamiętacie…??? Krok pingwina??? Zjazd pingwinów??? I oczywiście rekordy „kontaktów trzeciego stopnia ze śnieżnym podłożem” naszej Julci???. Nie brakowało zmyłek, ale uczestnicy wędrówki uczyli się bardzo szybko – trójca „młodych duchem” pozostała w bezpiecznym oddaleniu (unikając przez to konieczności dokonywania poprawek w marszrucie), zaś „młodzież”… zaczęła odczytywać sugestie „szeryfa” na wspak (prawie zawsze odkrywając ukryty w nich podstęp)
Jako, że ta część trasy nie zaowocowała jakimś „górskim dramatem”, stąd trasa została wydłużona – o „niewielki kawałek z górki na pazurki” [a poważniej na całkiem solidny górski kilometraż pod górkę, do wysokości skoczni narciarskiej]. Ta część naszego wypadu została kiedyś nazwana „trasą rozklejonego trampka” – nie brakowało więc wspomnień o Sebastianie i dramacie poszukiwań „taśmy Mc Gavera”. Tu właśnie w pewnym momencie Werka sapnęła do pani Ani „Trzymaj mnie, Mamo” i w odpowiedzi padły słowa zacytowane w tytule wpisu. Było „słodko”… do momentu ostatniego podejścia do skoczni. Tu pani Ania przypomniała sobie, że tu potrzebowała „holownika” i dopychała do asfaltu Weronikę. „A może dzisiaj popchniemy szeryfa” – no nie wiem, co miały znaczyć te słowa [tym bardziej, że w pobliżu nie było „cudownych cukiereczków” ani „kadzidła”]. Do tego padły słowa „samokrytyki”: „Teraz rozumiem co czuliście, gdy komplementowałem Was z przodu” – to oczywiście słowa „szeryfa” wypowiedziane na „szarżę Joasi”, która minęła nas z „prędkością lawiny” (tylko od kiedy lawiny schodzą… pod górkę?!?!?).
Ufff… doszliśmy i ku naszemu „zdziwku” poszliśmy nie w górę, ale… w dół… Wszystko byłoby OK, tylko że wciąż pamiętaliśmy „mądrość Ducha Gór”: „Jeśli idziemy w dół to znaczy, że… zaraz zaczniemy się wspinać” – a że zejście było spore już teraz z niepokojem myśleliśmy, co nas czeka przy „fazie wznoszenia”. Nie było może aż tak strasznie – wprawdzie nie biegliśmy (jak podczas jednego z wypadów „górska kozica Dominika”), ale tempo było całkiem całkiem… Trohę zziajani doszliśmy do schroniska, gdzie z tyłu padło sakramentalne „pod górkę” pana Ryszarda. Niestety, „szeryf” chyba dał się ubłagać „mrugającym powiekom” Werki i zdecydował pójść „na kreskę” (czyli skrótem). Z jednej strony to dobrze, z drugiej… pani Ania nastawiała się najpierw na „zmęczenie”, a tu… nic… Ponowne zejście do Wilczej Polany i… tu zaczął się „etap osła” – nie, nie… nie żebym dogadywał naszym dziewuszkom, ale… zaczęły mnie „brać na przetrzymanie”: „Daleko jeszcze???” – spróbujcie to wytrzymać non stop przez kilka minut… „Droga przez mękę” skruszyła chyba serca dorosłych, bo w końcu „spacyfikowali pytające osiołki” – „No to nie będzie basenu”… i cud… dalszych pytań nie było (widzę, że jeszcze muszę się trochę poduczyć „pedagogiki stosowanej”).
Oczywiście, nawet nie myśleliśmy o rezygnacji z odwiedzin „Gołębiewskiego” – to za duża frajda. Tego, co tam się działo nie trzeba opisywać – wie o tym chyba każdy rodzic, który zaprowadzi tam swoją pociechę. Poza tym czas minął bardzo szybko… jaka szkoda (używając ulubionego epitetu mojego kolegi, ks. Piotra)…
Tyle tylko, że nasza „młódź” podczas wodnych harców dojrzała do walki o kolejne ustępstwo – o odwiedzenie Mc Donald’s-a. Niby jedzenie nie najzdrowsze, ale… niedawno był Dzień Dziecka – OK… tym razem ustępujemy… ale żeby to było… przedostatni raz!!! Efekty… po dojechaniu do Jeleniej pan Ryszard wyskoczył z wozu małżonki jak „oparzony” i stwierdził: „Dalej jadę z księdzem” – po czym pani Ania dodała… „Ja też” (chyba tylko my zrozumiemy, co to znaczyło) – norrrrmalnie… „sodomja i gomorja”…
Sama „obiadokolacja” zszokowała nas totalnie – wydawało się, że największą porcję – ze zrozumiałych, choć z gruntu fałszywych przesłanek – zamówi „szeryf”. Tymczasem rekord „zawartości tacy” ustanowiła… Julka. Na widok tego, co przyniosła do stolika zrozumieliśmy, że określenie „Je jak wróbelek” nie jest wcale komplementem. No, a potem „szeryf” stwierdził, że zamówienie jest wyrazem fascynacji (zapewniam – wizualnej) „lilipucimi gabarytami szeryfa” i że Julka chce zmienić „transzę klasyfikacji z wagi muszej na wagę… sumo”. Taaaaaaaaaaaa… działo się…
Sam powrót w „srebrnej strzale” przebiegał w atmosferze „refleksyjno-technicznych dysput”, ale co działa się w „karetce małolata”… tego nie wiem… Wystarczy tylko fakt, że na zakończenie wypadu pani Ania podjechała pod plebanię z jedną prośbą: „Potrzebuję trochę kadzidła”.

Jak łatwo zauważyć było super, mimo niesprzyjającej pogody. To zasługa stałego zespołu „męczenników gór” i osób towarzyszących. W sumie dzisiaj przeszliśmy prawie 6 km – co w przeliczeniu z „licznika górskiego” na nizinny daje nam… ile, panie Ryszardzie…??? Wszystkim uczestnikom dzisiejszego wypadu gorąco dziękuje za wspaniałą atmosferę… i oczywiście zapraszam na kolejny szlak – pewnie już niedługo.        „szeryf”

2 komentarze do “„Dziecko, trzymam cię mocno” czyli… z aktualizacją da się przeżyć”

  1. wera napisał(a):

    Dziękujemy za kolejny wypad, szkoda tylko, że reszta scho!i nie chciała lub nie mogła zabawić się w „męczenników gór” (zapewniam, że warto).Atmosfera była jak zwykle super,nie przeszkadzała nawet zmienna pogoda (podobno mżawka świetnie wpływa na cerę). Liczymy na więcej i częściej – a kilometrów lepiej nie liczmy, pod górkę to chyba razy dwa?

  2. Aśka napisał(a):

    Nie będę się rozpisywać.
    Było superowo 🙂 🙂
    Dowód -już teraz chcę jeszcze i zapisuję się na dalsze górskie szaleństwa (no i ważne, muszę „odciąć“ tytuł „nowicjuszka“). A tak na marginesie nie czułam się jako „nowicjuszka“ ale jako „celebrytka“. Dlaczego? Drodzy czytelnicy to pytanie kierujcie do Szeryfa. 🙂

    Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom wyprawy za wspólnie spędzony mile czas.

    Pozdrawiam Aśka jeszcze „nowicjuszka“
    PS
    ukłony dla Szeryfa, za odpowiedni program w nawigacji i aktualizację co kilkaset metrów. Byłam pewna, że nie zabłądzimy

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyć następujących tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>