Blog J.B.

Archiwum dla Listopad, 2008

GÓRSKIE NIESPODZIANKI

Autor: admin o 3. listopada 2008

Dobiegły końca dwa dni poświęcone rozważaniu tajemnicy Obcowania Świętych. Jak to usłyszałem w kazaniu na cmentarzu: „Dni, w których żywi odwiedzają zmarłych, a zmarli wchodzą w życie żywych”. Konfrontacja z rzeczywistością Kościoła Triumfującego (1.XI) oraz refleksja nad tajemnicą śmierci i naszą relacją z Kościołem Oczyszczającym się (2.XI) „prostują” nasze spojrzenie na nas samych – Kościół Pielgrzymujący.
01.jpgTo ostatnie obejmuje nie tylko potrzebę spojrzenia na konieczność oparcia swojej codzienności na trwałym fundamencie, ale także pozwala na dostrzeżenie wartości spotykanych na co dzień drobnych radości – „okruchów uśmiechu Boga”. Czasem pojawiają się one samorzutnie, czasem… trzeba nad nimi trochę popracować. Tak właśnie stało się wczoraj, 2.XI. Po dopołudniowej liturgii i odwiedzinach cmentarzy, nasza „górska grupa – Panie: Bożenka, Janina, Małgosia, Patrycja i Gabrysia; Panowie: Andrzej, Mirosław, no i ja – postanowiła spędzić resztę dzisiejszego dnia aktywnie. A że najbliższym punktem naszej aktywności są Karkonosze, więc wybór był oczywisty: JEDZIEMY W GÓRY!!!02_1.jpg
Pogoda w Lubaniu nie zachęcała do tego – chłodno, do tego silne zamglenie. Nic to jednak – postanowienie z 1.XI było nie do podważenia. O 13:00 (punkt!!!) wyjechaliśmy. Sama trasa była spokojna – szczyt powrotów z cmentarzy mieliśmy dopiero przed sobą. Nasze plany były alternatywne – w zależności od pogody planowaliśmy wejść szlakiem zielonym, albo zaliczyć odkrytą ostatnią „trasę rekreacyjną”. Ponieważ p.Andrzej (jako drugi mega-kierowca) zostawił wybór mnie, więc… podjechaliśmy pod szlak zielony. Początki podejścia – jak to zwykle bywa – były bardzo ambitne. Tempo podchodzenia spodobało by się naszemu Kubicy (tylko on woli wtedy siedzieć… za kierownicą). Nie da się ukryć, że po 20 minutach trochę mi się „zebrało” od pozostałych uczestników – pamiętając bowiem ostatnie podejście, zaleciłem ubranie się „na cebulkę” i wzięcie grubszych ciuchów. Tymczasem pogoda zaskoczyła nas wszystkich – było 5-6 stopni cieplej niż w Lubaniu. „No, w końcu górale zaczną do nas przyjeżdżać po śnieg” – skomentowała to p.Gosia.
10.jpgPunktem pierwszego odpoczynku był taras widokowy – trochę szokowała otaczająca nas zieleń, no i ta cisza, przerywana „oddechem naszej szkapy” niektórych z nas (z pewnością piszącego te słowa) i kulturalnym „dzień dobry” na widok schodzących w dół [jakoś nie zdarzył nam się nikt podchodzący do góry?!?!]. Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej. Pani Bożenka, jak najlepszy GPS, z dokładnością do 0,00 mm wskazała miejsce „górskiej załamki” p.Janiny (patrz wpis z 11.08): „To tu, ale teraz jestem silniejsza” – skomentowała to sama zainteresowana. Skoro tak, to… idźmy dalej.
W miarę zbliżania się do szlaku niebieskiego fragmenty trasy zaczęły przypominać scenki ze „Shreka 2” – „Daleko jeszcze?” [to pytanie „dodawało skrzydeł” prowadzącej „peleton” p.Małgosi. To pewnie ten tlen]. W tej atmosferze wyjście na szlak turystyczny trochę nas zaskoczyło – primo, że to już; secundo – że jest tak równo…14.jpg
Na Polanie zrobiliśmy kolejny postój. Powody były dwa: trzeba było uzupełnić stracone kalorie oraz… ustalić dalszy ciąg trasy. Rysowały się bowiem szlaki alternatywne: albo turystycznym do żółtego w kierunku Samotni i Strzechy, albo wyczynowe podejście szlakiem zielonym [mankamentem tej opcji było to, że w pozostałym nam do zmroku czasie na pewno nie zdążylibyśmy zaliczyć całości szlaku i trzeba by wracać po swoich śladach]. Kiedy tak przy pysznych wypiekach i wspaniałej herbacie zastanawialiśmy się, jak iść dalej, na horyzoncie ukazała nam się dziwnie znajoma trójka turystów, także podążających w kierunku szczytów. 15.jpgOkazało się, że to Państwo Aneta, Ryszard i Monika – to była prawdziwa niespodzianka {m.in. stąd tytuł wpisu}. No, teraz ustalanie poszło szybciej – w takiej grupce {z trójką małolatów; o sorka, w przypadku Patrycji należy użyć określenia „średniolata”} wybór szlaku zielonego był skazany na porażkę.
Ciąg dalszy trasy (szczególnie kamienisty „szlak męki i przetrwania”) bardzo przypominał poprzednią trasę pokonaną przez Scholę. Nawet „ja już nie mogę” w wykonaniu Moni i „moje nogi!!!” w aranżacji Gabrysi, brzmiały podobnie. Trudno się więc dziwić, że postój przy „Domku Myśliwskim” został powitany prawie brawami. Rysiu z Małżonką zrobili sobie na pobliskim mostku „foto-sesję”, my zaś zaczęliśmy przygotowywać się na zmianę warunków atmosferycznych – „tam dalej może być chłodno”.
Trasa pod żlebem została nazwana przez naszego przewodnika „szlakiem gejszy” – aby bowiem utrzymać tempo i pion na „nielicznych” kamyczkach, trzeba było – jak to zgrabnie ujął – „ drobić jak gejsza”. No więc drobiliśmy, i całkiem nieźle nam  szło – na tyle nieźle, że przy Samotni na wszystkich twarzach było widać rumiane ślady dotlenienia.
33.jpgChwila na oddech i… o zgrozo (to słowa i reakcja Patrycji) ostatnie obiecane nam podejście do Strzechy. Po drodze mieliśmy okazję na chwilę oddechu podczas „minuty dla reportera” i już spokojni, że zaraz zacznie się „z górki”, zaczęliśmy ostatnie podejście. Poszło nam całkiem zgrabnie, tylko że miny nam zrzedły, kiedy nasz ksiądz wymyślił surprise – trasę przez Biały Jar [!!!]. Miała być niby czasowo równa zejściu szlakiem żółtym, ale… nastrój prowadzącego (nazwany zresztą przez niego  „górską głupawą”) wróżył coś niepokojącego. Byliśmy niby w większości, ale… daliśmy się przekonać (oczywiście w sposób bezinwazyjny). Trzeba przyznać, że to podejście dla szlaku czarnego pozostawiło kilka wrażeń: silny wiatr, ciekawa trasa, super widoki (mimo, że panował już półmrok) i strach: co to jest ta schwarz-trassa?!?!? Oczywiście, widoczny jedynie dzięki zimowiskowemu prezentowi (rasowy góralski sweterek) ksiądz, nie omieszkał uwiecznić naszej radości i pewności siebie w momencie najbardziej stromego35.jpg zejścia, ale nic to… wybaczamy mu. Nasza desperacja osiągnęła już apogeum – do tego stopnia, że niektórzy, po dojściu do czarnego szlaku postanowili… iść w górę [!!!]. Dopiero, kiedy okazało się, że teraz czeka nas „ekstremalne sprawdzanie hamulców”, zawrócili. O tej części trasy można powiedzieć wiele dobrego, ale jedno nurtowało nas do samego końca: dlaczego siła grawitacji jest tak bolesna dla naszych kończyn dolnych? Pan Rysiu próbował schodzić slalomem, nasze Panie (od Moni i Gabrysi począwszy) wytężały wzrok, aby na jakimś przypadkowym kamyku nie stracić poczucia pionu, pomagając sobie komórkami {zwrócę uwagę, że było już po 17-tej – a więc wokół nas było ciemno. Hasłem szlaku stały się więc słowa z „Seksmisji”: „Nic nie widzę!!!… Ciemność!!!… Ciemność widzę!!!…}; nasze „gwiazdy” zrobiły sobie „górską sesję nagraniową” (czyli nagrały się na komórki – i nie było to pożegnalne przesłanie). Niedaleko „krzyżówki bez świateł” ze szlakiem narciarskim trafiliśmy na „transport” [kilka koparek], ochotę na ich wypróbowanie „podcięło”  jednak pytanie p.Rysia: „A kto to potrafi obsługiwać?”. No trudno, nadal więc jesteśmy skazani na „schodzenie z buta”.
Ostatnie metry pokonaliśmy już w „egipskich ciemnościach”, pierwsze zaś światła w oddali zostały potraktowane jako… omamy wzrokowe. Nie było to jednak złudzenie – wróciliśmy w końcu do cywilizacji !!! Po tych wszystkich kamykach szło się dziwnie równym asfalcie [a kierowcy narzekają na jakieś dziury!!!] bardzo niepewnie, ale świadomość, że zaraz swoje gościnne podwoje otworzą nam nasi kierowcy „dodawała skrzydeł” [tu muszę dodać z kronikarskiego obowiązku, że na parkingu zostały tylko nasze dwie „bryczki”].41.jpg
Nie był to jednak koniec niespodzianek. Po krótkim podjeździe, do miejsca postoju „maszyny” p.Rysia, zawróciliśmy jadąc… no właśnie, gdzie?!?!?… a tu ciemno, chłodno i do domu daleko… Ta niespodzianka okazała się jednak bardzo przyjemna. Po kilku minutach drogi, będącej próba sił dla naszych kierowców (bardzo wąskie drogi) dojechaliśmy do „letniej rezydencji” ks.Janusza, gdzie gościnny p.Robert zaserwował nam wspaniałą herbatę. Tutaj, w atmosferze totalnego luzu, p.Bożenka dowiedziała się, że zgłosiła się „na ochotnika” do opisania dzisiejszej trasy. Muszę przyznać, że gdyby wzrok mógł czynić krzywdę… (dalej bez komentarza).
Powrót miał być spokojny – jednak nie w moim wozie (ks.Janusz). Nowy skład [Monia i Gabrysia] zablokował kanał 21 CB, nadając tam naprzemiennie muzę i „zryty śmiech”. Po krótkich „wyścigach” naszych bolidów uformował się konwój, prowadzony przez p.Rysia, który bezpiecznie przeprowadził nas przez wszystkie blokady „panów w żółci”. Tym razem granice Lubania zostały powitane przez nasze małolaty radosnym: uffff…
Kończąc pragnę serdecznie podziękować za dzisiejszy dzień. Był fajny, ciekawy i… trochę szalony. Mam nadzieję, że dzisiejsze doświadczenia nie odstraszą naszej grupki od próby pokonania trasy polsko-czeskiej planowanej na najbliższy wolny czas. Pozdrawiam serdecznie ks.Janusz

Po orzeźwiającej kąpieli wykrzesałam z siebie resztki sił by napisać sprawozdanie z pierwszego listopadowego wypadu w góry. Sprawozdania, do którego (zdaniem Księdza Proboszcza) zgłosiłam się sama, dobrowolnie, bez niczyich nacisków i oczywiście z miłą chęcią.
A było tak:
Zaczęliśmy ostrą wspinaczką, tak ostrą, że pani Małgosia powtarzała: „chyba omyłkowo znaleźliśmy się na Saharze?!”. Później wśród uczestników zaczęły się kłótnie: kto z nich większy, kto mądrzejszy, kto ma ładniejsze traperki, kto bardziej czerwone skarpetki. W tym rankingu pozwolę sobie przyznać pierwsze miejsce księdzu Januszowi, który oprócz tego wszystkiego miał jeszcze: piękny, niepowtarzalny i prawdziwie góralski sweterek. Mimo ogarniającego ciepła nie chciał się z nim rozstać. Na jedynym, krótkim postoju, niespodziewanie spotkaliśmy się z panem Rysiem i jego rodziną. Najbardziej uroczy odcinek to droga do Samotni i Strzechy Akademickiej. Tam okazało się, że zaczyna zapadać zmrok. Dlatego zejście, choć trudne i śliskie, nie zajęło nam zbyt wiele czasu. Mój pomysłowy mąż zaproponował, by następnym razem wybrać szlak prowadzący tylko w górę (powrotny także). Dopadliśmy do wozów, gdy na niebie świeciły gwiazdy (przy dużym zachmurzeniu niezbyt widoczne). Jeszcze tylko wizyta w Ściegnach, by sprawdzić, co u pstrągów i ruszyliśmy w drogę powrotną. Pilotował pan Rysiu, który z tylko sobie znanych źródeł wiedział o mundurowych.

Bożena Kołodziejczak

Napisany w wycieczki | 6 komentarzy »