Blog J.B.

Serdeczne życzenia wakacyjne

Autor: admin o czwartek 23. Czerwiec 2016

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

28 rocznica święceń 21.05.2016 roku

Autor: admin o sobota 21. Maj 2016

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu naszego spotkania w Jaworze. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

 

„NAUCZ MNIE SŁUŻYĆ…

28 lat temu, 21 maja 1988 roku, 56-osobowa grupa diakonów Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu przyjęła z rąk Jego Eminencji Księdza Kardynała Henryka Gulbinowicza święcenia prezbiteratu. Obecnie pracują oni na terenie trzech diecezji: legnickiej, wrocławskiej i świdnickiej. Mimo odległości nadal bardzo ważnymi dla tej grupy są jubileusze święceń (nawet te nie okrągłe) i związane z tym spotkania rokowe.

W tym roku 28 rocznicę rozpoczęcia posługi kapłańskiej przeżyliśmy w parafii pw. św. Marcina w Jaworze, przyjęci gościnnie przez naszego kolegę kursowego, dziekana dekanatu Jawor, ks. prałata Dominika Drapiewskiego oraz jego gościnnych Parafian.

Centrum obchodów i spotkania stała się oczywiście uroczysta Eucharystia, sprawowana przez 21-osobową grupę prezbiterów rocznika 1988, pod przewodnictwem Gospodarza, w asyście seniora roku, ks. prałata Czesława Włodarczyka i ks.  prałata Marka Babuśki. Stała się ona okazją do wspólnotowego dziękczynienia za 28 lat naszego posługiwania oraz wspomnienia posługi pozostałych uczestników liturgii: ks. dziekana-seniora oraz wikariusza parafii, ks. Tomasza Bunikowskiego, który (jak przyznał na wstępie mszy św.) w chwili naszych święceń miał aż… 3 dni od chwili urodzenia. Pamiętaliśmy także o naszych zmarłych kolegach oraz o ks. Czesławie Paruchu, który odszedł w tym tygodniu do wieczności.

Homilię wygłosił dziekan-senior, ks. prałat Jan Sowa. Była to homilia szczególna, ponieważ – oprócz rozważania poświęconego istocie kapłaństwa – stała się także bardzo przejmującym świadectwem głębokiej wiary starszego od nas kapłana. Homileta przypomniał, że sakrament ten zobowiązuje do wykonania dwóch „kroków”: „trzeba najpierw usłyszeć i odpowiedzieć na wezwanie „Pójdź za Mną” – usłyszeliśmy – /…/ a następnie uczyć się dzień po dniu, jak pokazywać i przekazywać Chrystusa tym, którzy stają na drodze naszego powołania”. W rozważaniu nie zabrakło elementów zaskakujących: najpierw wspólnego śpiewu „Plurimos annos”, a następnie odśpiewanego przez księdza seniora „hitu seminaryjnego”, którego ostatnie słowa zostały wybrane na tytuł opisu uroczystości.

Doniosłość uroczystości podkreśliła wspólnotowość sprawowania liturgii oraz pamięć o Jubilatach ze strony osób świeckich, które – po komunii św. – złożyły wszystkim prezbiterom rocznika najserdeczniejsze życzenia, dodając do nich symboliczne kwiaty. Odsłonę liturgiczną zakończyło uroczyste błogosławieństwo i pamiątkowe zdjęcie grupowe.

Nie zabrakło oczywiście czasu na spotkanie nieoficjalne, które stało się okazją do wspomnień, ale także poznawania problemów i radości codziennego posługiwania. Towarzyszyła temu spontaniczna i swobodna atmosfera, w której nie brakowało zarówno poważnych rozmów, jak i humoru.

Uczestnicy dziękują gościnnym Gospodarzom i oczywiście już oczekują na kolejne spotkanie.

iteratu. Obecnie pracują oni na terenie trzech diecezji: legnickiej, wrocławskiej i świdnickiej. Mimo odległości nadal bardzo ważnymi dla tej grupy są jubileusze święceń (nawet te nie okrągłe) i związane z tym spotkania rokowe.

W tym roku 28 rocznicę rozpoczęcia posługi kapłańskiej przeżyliśmy w parafii pw. św. Marcina w Jaworze, przyjęci gościnnie przez naszego kolegę kursowego, dziekana dekanatu Jawor, ks. prałata Dominika Drapiewskiego oraz jego gościnnych Parafian.

Centrum obchodów i spotkania stała się oczywiście uroczysta Eucharystia, sprawowana przez 21-osobową grupę prezbiterów rocznika 1988, pod przewodnictwem Gospodarza, w asyście seniora roku, ks. prałata Czesława Włodarczyka i ks.  prałata Marka Babuśki. Stała się ona okazją do wspólnotowego dziękczynienia za 28 lat naszego posługiwania oraz wspomnienia posługi pozostałych uczestników liturgii: ks. dziekana-seniora oraz wikariusza parafii, ks. Tomasza Bunikowskiego, który (jak przyznał na wstępie mszy św.) w chwili naszych święceń miał aż… 3 dni od chwili urodzenia. Pamiętaliśmy także o naszych zmarłych kolegach oraz o ks. Czesławie Paruchu, który odszedł w tym tygodniu do wieczności.

Homilię wygłosił dziekan-senior, ks. prałat Jan Sowa. Była to homilia szczególna, ponieważ – oprócz rozważania poświęconego istocie kapłaństwa – stała się także bardzo przejmującym świadectwem głębokiej wiary starszego od nas kapłana. Homileta przypomniał, że sakrament ten zobowiązuje do wykonania dwóch „kroków”: „trzeba najpierw usłyszeć i odpowiedzieć na wezwanie „Pójdź za Mną” – usłyszeliśmy – /…/ a następnie uczyć się dzień po dniu, jak pokazywać i przekazywać Chrystusa tym, którzy stają na drodze naszego powołania”. W rozważaniu nie zabrakło elementów zaskakujących: najpierw wspólnego śpiewu „Plurimos annos”, a następnie odśpiewanego przez księdza seniora „hitu seminaryjnego”, którego ostatnie słowa zostały wybrane na tytuł opisu uroczystości.

Doniosłość uroczystości podkreśliła wspólnotowość sprawowania liturgii oraz pamięć o Jubilatach ze strony osób świeckich, które – po komunii św. – złożyły wszystkim prezbiterom rocznika najserdeczniejsze życzenia, dodając do nich symboliczne kwiaty. Odsłonę liturgiczną zakończyło uroczyste błogosławieństwo i pamiątkowe zdjęcie grupowe.

Nie zabrakło oczywiście czasu na spotkanie nieoficjalne, które stało się okazją do wspomnień, ale także poznawania problemów i radości codziennego posługiwania. Towarzyszyła temu spontaniczna i swobodna atmosfera, w której nie brakowało zarówno poważnych rozmów, jak i humoru.

Uczestnicy dziękują gościnnym Gospodarzom i oczywiście już oczekują na kolejne spotkanie.

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

Przegląd Piosenki Religijnej i Patriotycznej czyli… czy jest z nami lekarz?!?!

Autor: admin o wtorek 3. Maj 2016

Krzeszów  02.05.2016 roku

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu naszej majówki. Aby obejrzeć zdjęcia z Festiwalu, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS.
A jeżeli nie brak Wam odwagi, zapraszam na foto-horror, który jest do obejrzenia po wciśnięciu TEGO NAPISU.
W obu przypadkach górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

 

   Jeśli ktoś czytający ten tekst odkryje jakieś nieścisłości między słowem pisanym a foto-faktografią, to pragnę zapewnić: MY NAPRAWDĘ DZISIAJ ŚPIEWALIŚMY W KRZESZOWIE. Tak więc obrazy rodem ze „szkoły przetrwania” (plac zabaw) czy końcówka tego opisu to tylko pozorna sprzeczność.

    Ale zacznijmy od początku. Jest poniedziałek, 02.05.2016 roku – dzień, w którym po raz pierwszy nasza Schola miała zaprezentować swoje umiejętności na forum zewnętrznym, podczas 23. Przeglądu Piosenki Religijnej i Patriotycznej w Krzeszowie. Już sam występ miał charakter nobilitacyjny, a ewentualny sukces pięknie wpisał by się w naszą historię.

   Do tego jedna ze Scholistek, Małgosia, przeżywa w tych dniach skromny, ale ważny BAWEŁNIANY JUBILEUSZ – 1 rocznicę wstąpienia do naszej Scholi. Tak więc nasz wyjazd już w planach miał być wyjątkowy.

    Dzisiaj nasze „Dzieciaki” (niektóre po raz pierwszy) miały okazję podziwiać krajobraz za oknami o „nieludzkiej” (przynajmniej w dniu wolnym od nauki i pracy) godzinie. Chcieliśmy bowiem zdążyć na mszę św. w Bazylice krzeszowskiej, a ta miała się rozpocząć o godz. 10:00. Do tego „majówkowa” akcja policji nie pozwoliła „szeryfowi” rozwinąć normalnych „srebrnostrzałowych prędkości”. Tak więc wyjazd został zaplanowany na godz. 7:30 i o dziwo… wyjechaliśmy punktualnie.

    Trasa w sumie była standardem – jeździliśmy nią często… tylko zastanawialiśmy się, skąd „szeryf” wiedział, że nie będzie w pobliżu „grillów” (zwanych czasem „suszarkami”). Dopiero podczas postoju przed Jelenią Górą dowiedzieliśmy się, że podczas… hmmm… „jazdy w tempie żółwia” (co szkodzi niektórym na lakier) „szeryf” korzystał z życzliwych dopowiedzi w CB. Ach, więc to tak?!?!

Nie mogę opisywać atmosfery w innych samochodach (przemianowanych w Krzeszowie na „autobusy” – do tej pory nie rozumiem, dlaczego), ale w „srebrnej strzale” panował spokój i „zaspany nieco luzik”. Pilot „strzały”, Anetka, przyznała kilka razy, że o tej porze i w takim dniu to ona… Zaś Malwinka i Natalka udawały „powietrze” (nie ma mnie tutaj).

   Przy okazji, na CPN-ie poznaliśmy brutalną „seksistowską” rzeczywistość stacji benzynowych – przecież wszyscy wiedzą, że w naszych „krążownikach szos” króluje płeć nadobna, a tu tylko jeden kibelek. Normalnie zgroza… – a i uśmiechy naszych panów nieco nas deprymowały.

   Do Krzeszowa dojechaliśmy trochę po godz. 9:00 – zostało nam więc sporo czasu do mszy św. Najpierw postanowiliśmy się „zameldować” w siedzibie Festiwalu. Tam dowiedzieliśmy się, że nasz występ będzie siódmym z kolei (dobrze to, czy źle?). Ponieważ jeszcze nie było większości uczestników, postanowiliśmy pozwiedzać teren. Bazylika i teren wokół – wiadomo, samo piękno… zwłaszcza dla tych, którzy byli tutaj pierwszy raz. No i atmosfera w Bazylice – pełna dostojeństwa i… to „ciepełko” (które poczuła Anetka – po mszy wyszła jakby była w zamrażarce). Jako, że byliśmy prawie pierwsi (oby to był dobry znak na czas zmagać festiwalowych), zajęliśmy (odwrotnie jak w szkole) pierwsze miejsca.

    Msza św. może nas nie zaskoczyła specjalnie. Trochę brakowało nam śpiewów scholkowych, ale w takim kościele musi być poważnie. W każdym razie kustosz sanktuarium, ks. Prałat Marian Kopko, powitał nas bardzo serdecznie, a w homilii usłyszeliśmy wiele pięknych słów o znaczeniu śpiewu we wspólnotowej modlitwie – „śpiew jest czynnikiem angażującym i rozwijającym tych, którzy się modlą”. Podkreślał także, że to nie tylko frajda, ale także ciężka, konsekwentna praca (oj, wiemy o tym).

   Po mszy św. przyszedł czas na ostatnie przygotowania. Małgosia i Anetka dograły wykon ostatniej zwrotki „Historii”, potem nasze trio gitarowe zmierzyło się z „szarpaniem strun z szybkością światła” – i w końcu stwierdziliśmy, że nic więcej nie da się zrobić. Jesteśmy przygotowani na maksa.

   Pierwsze prezentacje dawały nam nadzieje, że zostaniemy zauważeni – to było ważne, bo dzięki temu wyszliśmy na scenę zdeprymowani, ale stres nas nie blokował. Udowodnił to już początek wykonu „Historii”, który (mimo problemów z nagłośnieniem – ukłony dla akustyków) zabrzmiał po prostu rewelacyjnie. Kiedy więc zakończyliśmy ten kawałek, byliśmy pewni, że z drugim („Płynie Wisła, płynie”) nie będzie problemów. Tymczasem okazało się (ale to wiemy raczej z relacji osób na widowni), że zaczęły szwankować mikrofony (podobno momentami nie było słychać naszego śpiewu – cóż, z jednej strony przedmioty martwe potrafią być „złośliwe”; z drugiej jednak – przy takiej konsoli i takiej ilości sprzętu takiego czegoś nie powinno chyba być. Ale nie ciągnijmy tego tematu).

   Do zaproponowanego przez Organizatorów obiadu posiedzieliśmy na Sali słuchając kolejnych wykonań. Było naprawdę nieźle, tylko niektórym z naszych opiekunów „wydłużały się twarze” po kolejnych wykonaniach „Żeby Polska była Polską” (wstępnie my też to planowaliśmy).

   W końcu zostaliśmy zaproszeni na posiłek i najpierw pomyłkowo posadzono nas przy stole zamówionym dla żałobników po pogrzebie [no właśnie, trochę mnie zdziwił ten „wersal” na stole], ale sprawa szybko się wyjaśniła i wkrótce zaczęliśmy się zażerać frytkami i kurczakiem. Porcje nie były może mega, ale… i tak czekał nas jeszcze Mc Donald’s. Powrót na salę przesłuchań był trochę utrudniony – najpierw przez zakupy (no trzeba przecież kupić jakąś pamiątkę, nie?); podczas których Anetka stała się marchandem biżuterii (co za smak i jaki talent doradczy… Anetko! Ty nie idziesz potem aby w politykę?). A kiedy już nakupowaliśmy trochę drobiazgów trzeba było z tym bagażem (i obiadkiem w brzuchach) doczłapać do GOK, gdzie dobiegały końca przesłuchania.

    Po ogłoszeniu przerwy dla jury postanowiliśmy trochę się „dobudzić”, a że sport to najlepsza tego forma, przeszliśmy do pobliskiego placu zabaw, który był po prostu… „siłownią na wolnym powietrzu” Po prostu rewelacja. Zabawę rozpoczęli… nie, nie my, ale właśnie dorośli. Panie Ania i Dominika podrzucały się na huśtawce (co dla jednej z nich zakończyło się „przyjęciem pozycji prawie horyzontalnej”. Większość dorosłych, podobnie jak my, zaliczyła huśtawkę – po prostu „lataliśmy w niebo” [że łańcuchy i konstrukcja wytrzymały? – to chyba dlatego, że litościwie „szeryf” nas nie naśladował]. Anetka, Gosia, Adrian i Natalka oraz nasi opiekunowie sprawdzali się także na wyciągach, udowadniając, jacy to z nich „mięśniacy”.

Szczytem wszystkiego stało się „koło śmierci”, w którym gustowały szczególnie Małgosia i Sandra. Na dłuższą metę po prostu nie dało się na to patrzeć – zwłaszcza na bladą twarz „zakręconej” Gosi i fryzurę Sandry po „sprzątaniu placu” [że o stanie koszulek nie wspomnę]. O jakości tej „rozrywki” świadczy najlepiej fakt naszej niepewności, którą stroną jest do nas aktualnie zwrócona Gosia (patrz fot.) oraz „zez śródnosowy” Sandry (za tę focię Sandra powinna dostać Oscara). No i tumany kurzu przy sczesywaniu grzywy po „sprzątaniu”.

Wszyscy popróbowali się z maszynką do długich kroków oraz spróbowali ujeździć „placowe bestie” [czyli koniki na sprężynach]. Oj, działo się, działo – co będę się rozwodził… zapraszam do obejrzenia fotem w katalogu „Szaleństwo wyjazdowe”. No bo to naprawdę było szaleństwo.

    Nam było gorąco, ale dorosłym (którzy w międzyczasie wyhamowali swoje temperamenty) zaczęło być chłodno. „Wracamy do sali… koniec już tego…” – no cóż, ten świat nie jest jednak sprawiedliwy. Tę prawdę potwierdziła niestety wiadomość, którą otrzymaliśmy w trakcie powrotu od Pani Dominiki – „Mc Dolnald’sa nie będzie!!!” „Co?!?!? Jak to nie będzie?!?!?! My się nie zgadzamy!!!!!!!!!!!!!! /…/ Oj, zawrzała w nas krew… Może wezwijmy na pomoc KOMD? [Komitet Obrony Mc Donald’sa]”.

    W Ośrodku Kultury trafiliśmy na końcową część koncertu grupy TESTIMONIUM, która grała interesującą muzę – może niekoniecznie dostosowaną do nas, ale potwierdzającą prawdę, że wiara to nie tylko złożone rączki, a „Bogurodzica” to też niekoniecznie chorał gregoriański. Była to ciekawa konstatacja, a nasze dziewuszki tylko przebierały nogami przy zakończeniu… nie, nie z racji potrzeby, tylko z chęci jak najszybszego uzyskania autografów od trójki wykonawców [udało im się i wróciły tym naprawdę rozentuzjazmowane].

   Koniec koncertu stał się jednocześnie momentem rozpoczęcia centralnej części Festiwalu – ogłoszenia wyników. Najpierw wysłuchaliśmy wypowiedzi kilku jurorów, którzy przyznawali, że dzisiejsze prezentacje zostały przedstawione na bardzo wysokim poziomie. Następnie uczestnikom wręczono dyplomy uczestnictwa i… zaczęło się. Tych kilka minut określę tak – było sporo emocji i trochę rozczarowania, choć fakt, iż nie zaklasyfikowaliśmy się do czołówki nie stanowił dla mnie niespodzianki. Liczyłem się z tym i przygotowywałem na to grupę – myślę, że ich reakcje były bardzo wyważone i nie trzeba było wiele, aby rozczarowanie zostało rozmyte przez fajne wspomnienia dzisiejszej „majówki”. Poza tym bądźmy uczciwi – wiele wykonań było naprawdę rewelacyjnych.

    Ogłoszenie wyników było ostatnim punktem Festiwalu. Stąd też wkrótce znaleźliśmy się w drodze powrotnej. Zgodnie z wcześniejszą informacją nie planowaliśmy Mc Donald’sa, ale… „szeryf” postanowił zasponsorować lody w Galerii. No, może to nie to samo, ale niech będzie.

   Droga do Jeleniej była spokojna – choć może nie w „autobusie” pana Czarnomorskiego, bo dziewczyny na parkingu wyszły totalnie rozchichotane, a kierowca – jakby zmęczony i zdezorientowany [tu prośba do Sandry i Gosi – dziewczyny… napiszcie, co tam się u Was działo… please…]. Same lody to był mały pryszcz, ale ich zamówienie… oj, „szeryf” wyszedł tu na „blondyna”. Chwila dezorientacji i zaczyna się szaleństwo zamówień. Piszący te słowa nie wiedział dotąd, że lody mogą mieć tyle smaków. Po początkowej skromności w zamówieniach nasze dziewuszki (i Adrian) rozochocili się i lista spożytych lodów zaczęła gwałtownie rosnąć („Przy czymś takim to możemy siedzieć do północy” – padło w pewnym momencie). W tym właśnie czasie rozbawiła nas Werka, która pokazała „zmysł buisness-woman” („No przecież ksiądz funduje”) [Zresztą we wtorkowej rozmowie takie stanowisko potwierdziła Pani Beata, która stwierdziła: „Jakby mi tak stawiali, to bym zamówiła od razu kubełek”].

    „Lodowe zgromadzenie” podzieliło się z czasem na kilka grup. Powstała grupa „statyczna” [Anetka, Malwinka], która zaczęła okupować galeryjne pufy i ta „dynamiczna”. Początkowo dynamika polegała na ciągłych powrotach do stoiska z lodami. Jednak w pewnym momencie grupa ta gdzieś nam wsiąkła. Co jest grane??? Gdzie oni są???… A tam, piętro wyżej… nasze dzieciaki postanowiły „zrobić wiochę” i pojeździć sobie schodami. Niby nic w tym dziwnego (w Lubaniu jeszcze takich nie mamy), ale… na wszelki wypadek postanowiliśmy już powoli się zbierać. Frajda jazdy okazała się tak silna, że mimo rozpoczęcia „ewakuacji” Nikola postanowiła zrobić jeszcze jedną rundkę, a próbująca ją naśladować grupa o mało co nie stratowała panią Dominikę, która wjazd zablokowała (Pani Dominiko! Po tym doświadczeniu nadaje się Pani na napastnika w rugby).

   Od tej pory będę już pisał tylko o „srebrnej strzale”, ale liczę, że braki uzupełnią pasażerowie pozostałych „autobusów” [Dziewczyny! Do roboty! Bierzemy się za małe sprawozdanka…].

   Do tej pory sądziłem, że jedynym ryzykiem nadmiaru spożycia lodów jest choroba gardła i ewentualnie nabranie paru deko więcej. To, co działo się przez kolejne 40 minut udowodniło mi jednak, że nie jest tak do końca. Oto bowiem udające się do mojego „autobusu” Anetka, Malwinka i Natalka były… jakby na dopingu. Co chwila wybuchy śmiechu – i to jakby samo się  nakręcające. No nic, dojedziemy, ale o co tu chodzi?

Dopiero w samochodzie dowiedziałem się (choć nie wiem, co to ma do rzeczy) że dziewczyny zjadły lody chałwowe – i na wszelkie wypadek ostrzegam: STRZEŻCIE SWOJE POCIECHY PRZED CHAŁWĄ!!! Normalnie momentami trudno było się utrzymać na swoim pasie. Moja pilotka (Anetka) prawie się popłakała… ze śmiechu [i oprócz wspomnień pozostanie jej po tym kilkudniowy ból mięśni brzucha]. Malwinka (udająca dotąd „powietrze”) nagle odnalazła swoje powołanie: zaczęła od (niestety tylko wirtualnego) rapowania na gitarze [Jimi Hendrix przy tym wysiada]; potem pojawiły się autorskie aranżacje odtwarzanych z CD utworów (w których co chwila pobrzmiewało „za-zu za-zi” i wspólny śmiech całej trójki pasażerów). To ostatnie spowodowało, że Natalce „zaczęło być gorąco” – ale Malwinka nie reagowała na prośby: „Odłącz się od prądu”. Niektóre teksty naszej Malwinki przejdą chyba do historii potocznej polszczyzny – na przykład spróbujcie zachować powagę na wieść, że w domu próbowała „pływania na sucho” [niestety, nie wyszło – tu mi się przypomniały myśli podczas salta Sandry na placu w Krzeszowie: „Tylko nie nurkuj”] albo przy tekstach o „mocy” i „powiewie”; że nie wspomnę u „autorskich układach tanecznych” do poszczególnych utworów [chyba zgodzę się z rozchichraną Anetką: „Gdybyś tak zatańczyła, pierwsze miejsce mielibyśmy w kieszeni”]. No, powiem szczerze, że to mi już trąciło… ale spoko, to pewnie tylko ta chałwa… Na wszelki jednak wypadek postanowiłem przyspieszyć – z każdym kilometrem było bliżej do lubańskiego pogotowia… zawsze to jakaś pomoc…

    Myślałem, ze tak było tylko u mnie, ale pasażerki „karmazynowej limuzyny” [p.Czarnomorski] wysiadły w równie „szampańskich nastrojach” (one też najadły się tej chałwy w lodzie ?!?!?). No nie, przecież obserwujący przyjazd rodzice mogą sobie coś naprawdę pomyśleć…

Przez chwilę powstało realne zagrożenie życia pani Ani, która podjęła się trudnego zadania podziału „festiwalowego słodkiego łupu”, ale dzięki „bramkarzowi” (pan Ryszard był twardy) do niczego nie doszło. I tak, po ostatnich salwach śmiechu to „nielegalne zgromadzenie” zostało rozwiązane, ale… jeszcze przez jakiś czas krążyły one po ulicach Księginek.

    Powyższy opis ma charakter humorystyczny i wiele sytuacji zostało oczywiście przerysowanych – poza tym piszący te słowa nie mógł zauważyć wszystkiego. Stąd też prośba o nie przejmowanie się „drobnymi nieścisłościami” (jeśli takie są) i dopisanie rzeczy, które zostały pominięte. A na koniec już całkiem poważne podsumowanie.

Nasza Schola wystartowała w takiej imprezie po raz pierwszy – wymagało to wielkiej odwagi, które gratuluję. Wystąpiliśmy w składzie: Anetka Przybyła, Malwinka Brunatna i ks. Janusz (gitary); Nikola i Sandra Czarnomorskie, Adrian Jaskólski, Weronika Skowron, Wiktoria Stokowiec, Nadia Szydło, Małgosia Tomaszewska i Natalia Wołoszyn (wokal). Grupie wykonawców towarzyszyły osoby, które podjęły się przewozu i opieki: Państwo Skowron i Jaskólscy, Pan Czarnomorski, Dominika Szydło.

Mimo pozornej przegranej występ był dużym sukcesem. Mamy pewne obserwacje, które świadczą, że zostalibyśmy lepiej odebrani, ale… to już i tak niczego nie zmieni. Naszym „Dzieciakom” gratuluję odwagi, kondycji i naprawdę pięknego wykonania. Jeszcze 2-3 takie występy i scena nie będzie Was stresować. Szczególne gratulacje kieruję w stronę Anetki i Malwinki (które [czyżby doping?] wytrzymały tempo grania na scenie – a było ono prawdziwie zaje…fajne) oraz Małgosi i Sandry (które jako jedyne zachowały na scenie swobodę bycia). „Dzieciaki”… jesteście cool i tak dalej trzymajcie…

Osobno pragnę podziękować Rodzicom, którzy wyjechali razem z nami – tak za transport, jak i za opiekę i dodawanie nam ducha. Bez Was byłoby trudniej i gorzej.

A więc… DO NASTĘPNEGO FESTIWALU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

Prawdziwa szata Jezusa

Autor: admin o środa 13. Kwiecień 2016

PRAWDZIWA SZATA JEZUSA

 

W Wielki Piątek w Argenteuil pod Paryżem wystawiona zostanie na widok publiczny tunika bez szwu. Naukowcy twierdzą, że to szata, w której Jezus szedł na Golgotę.

Ta wiadomość zelektryzowała śro­dowiska katolików nie tylko we Francji. Od 25 marca do 10 kwiet­nia w bazylice św. Dionizego w Argen­teuil pod Paryżem wystawiona na widok publiczny będzie tunika, którą Chrystus mial na sobie w drodze na Golgotę. Ostatnia tego typu prezentacja odbyła się w 1984 r., lecz nie wzbudziła takiego poruszenia jak dziś. Od tamtego czasu bowiem wydarzyło się bardzo wiele. Przede wszystkim przeprowadzone zo­stały dokładne badania naukowe, które każą spojrzeć na relikwię w inny sposób, niż przedstawiano to w XIX i XX w.

W tajnym schowku

W 2004 r. w Paryżu powstała niezwykła placówka – Instytut Antropologii Gene­tyki Molekularnej. Jej założycielami byli dwaj naukowcy. Pierwszy to prof. Ge­rard Lucotte, światowej sławy genetyk, członek Akademii Francuskiej, wykła­dowca w paryskiej Szkole Antropologii, wymieniany w podręcznikach genetyki jako osoba odpowiedzialna za odkrycie pochodzenia różnic DNA w chromoso­mie Y. Drugi to prof. Andre Marion, fizyk, pracownik Instytutu Optyki w Orsay, wykładowca na Uniwersytecie Paris-Sud. Wspólnie postanowili przeprowadzić ba­dania naukowe dotyczące tuniki prze­chowywanej w Argenteuil. Skąd jednak wzięła się ona w małej, podparyskiej miejscowości?

Otóż w 1156 r. podczas prac remon­towych w tamtejszym klasztorze bene­dyktynów odkryto dziwne znalezisko. W skrytce w ścianie zamurowany był re­likwiarz, w którym znajdowały się szata oraz dołączone do niej dwa listy (jeden po łacinie, drugi po francusku). Dono­siły one, że ukrytym płótnem jest tunika Chrystusa, o którą kaci rzucali losy na Golgocie.

Natychmiast po niezwykłym odkryciu do Argenteuil przybył osobiście sam król Ludwik VII. Padł na kolana i oddał hołd relikwii Zbawiciela. Od tamtej pory bazy­lika św. Dionizego była jednym z najważ­niejszych ośrodków pielgrzymkowych średniowiecznej Francji.

Wygrany los

Badacze próbujący zrekonstruować losy szaty natknęli się na ogromne trudności wynikające z niedostatecznej liczby źró­deł. Z Ewangelii wiadomo, że na Golgocie rzymscy oprawcy przed egzekucją Jezusa zdjęli z Niego ubranie. Św. Jan pisze: „Żoł­nierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza jedna część; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: »Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć«. Tak miały się wypełnić słowa Pisma: »Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy«. To właśnie uczynili żołnierze” (J19,23-24).

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że szata została odkupiona od katów przez osoby bliskie Jezusowi. Dla oprawców skrwawione ubranie skazańca nie przed­stawiało większej wartości, natomiast dla wyznawców Chrystusa było bezcenną pa­miątką po Mesjaszu.

Co mogło być jednak dalej? Z pierw­szych wieków chrześcijaństwa nie zacho­wały się żadne wzmianki dotyczące nie tylko tuniki, lecz również innych mate­rialnych śladów po Jezusie. To w pełni zrozumiałe. Prześladowani wyznawcy Chrystusa musieli wszelkie pamiątki po Zbawicielu chronić przed zniszcze­niem, zarówno przed Rzymianami, jak i Żydami. To nie przypadek, że pierwsze wzmianki o relikwiach związanych z Je­zusem pojawiają się dopiero po 313 r., gdy chrześcijanie przestali podlegać re­presjom i mogli swój kult sprawować publicznie.

W następnych wiekach jednak źródła historyczne dotyczące szaty Chrystuso­wej również pozostają niezwykle skąpe. Ojej istnieniu wspominali bowiem tylko dwaj kronikarze: pierwszy dziejopis Franków św. Grzegorz z Tours w swym dziele „Chwała męczenników” z końca

VI stulecia oraz anonimowy historyk frankijski zwany Fredegarem w kronice z 610 r. Z ich relacji wiadomo, że miała ona się znajdować na terenie Bizancjum. Po kilku stuleciach niespodziewanie od­nalazła się pod Paryżem. Jak tam trafiła?

Barbarzyńcy u bram

Najbardziej prawdopodobna hipoteza wiąże pojawienie się szaty we Francji z osobą cesarza Karola Wielkiego. Wia­domo, że był on wielkim czcicielem i kolekcjonerem relikwii, które kazał so­bie sprowadzać z całego świata. Do dziś w katedrze w Akwizgranie można oglą­dać najcenniejsze z jego zbiorów. Według późniejszych podań tunikę Jezusa miał przywieźć w 800 r. ze swej koronacji w Rzymie jako podarek zaręczynowy od bizantyjskiej cesarzowej św. Ireny. Pla­nowano wówczas takie małżeństwo, ale udaremnił je zamach pałacowy w Konstantynopolu. Do ślubu nie do­szło, lecz cesarz otrzymał szatę. Przed swą śmiercią w 814 r. miał ją podarować klasztorowi benedyktynek w Argenteuil. Dlaczego? Otóż przeoryszą została tam jego ukochana córka z trzeciego małżeń­stwa – Teodrada.

Wkrótce potem królestwo Franków padło ofiarą najazdów Normanów, którzy plądrowali i pustoszyli kraj. W 841 r. zdo­byli Paryż, a cztery lata później zniszczyli klasztor w Argenteuil. Zanim najeźdźcy zburzyli opactwo, tunika została zamuro­wana w specjalnym schowku w ścianie. Wiele wskazuje na to, że relikwię ukryła sama Teodrada, która uciekła z Ar­genteuil do Schwarzach, gdzie zmarła w 848 r.

To tłumaczy, dlaczego szata została ukryta i odnaleziona kilka wieków póź­niej. W następnych stuleciach także nie była jednak bezpieczna. W 1567 r. na Argenteuil najechali hugenoci, by znisz­czyć relikwię. W ostatniej chwili zdołał ją ukryć opat Lucas. Protestanci schwytali go i próbowali wymusić na nim zeznanie, gdzie schował tunikę. Nie ugiął się, więc powiesili go w oknie jego celi.

Kolejne zagrożenie pojawiło się wraz z rewolucją francuską. 10 listopada 1793 r. konwent zniósł kult katolicki. Likwido­wano wszystko, co mogło się kojarzyć z chrześcijaństwem: mordowano osoby duchowne, zniesiono stan kapłański, usuwano symbole religijne, niszczono kościoły, dewastowano cmentarze, niszczono relikwie, skasowano wszyst­kie święta, nawet niedziele. 18 listopada uchwalono prawo nakazujące wszyst­kim parafiom oddanie zawartości swych skarbców gminom. W Argenteuil prze­jęty został przez władze drogocenny re­likwiarz z pozłacanego srebra, w którym przechowywano do tej pory tunikę. Samą szatę zdołano przed konfiskatą wyjąć ze środka.

Wówczas opat Ozet podjął drama­tyczną decyzję. W obawie przed znisz­czeniem tuniki pociął ją na kawałki i ukrył poszczególne części w różnych miejscach, m.in. zakopał fragment w ogrodzie na plebanii. Miał nadzieję, że w ten sposób z rewolucyjnej zawieruchy ocaleje przynajmniej skrawek relikwii. Wkrótce potem duchowny na dwa lata trafił do więzienia. Dopiero po wyjściu na wolność w 1795 r. zaczął zbie­rać rozproszone kawałki, ale nie odzyskał wszystkich. Niektóre zostały zniszczone, inne przywłaszczone, a pozostałe zagi­nęły bez śladu. Dopiero w 1892 r. tunika została ponownie zszyta w jedną całość, ale z pewnymi ubytkami.

Włókna i pyłki

Nawet jeśli jednak odtworzymy losy re­likwii z Argenteuil od IX stulecia do dziś, to i tak stajemy przed pytaniami: A co z pierwszymi ośmioma wiekami chrześ­cijaństwa? Skąd wiadomo, że ubiór, który św. Irena podarowała Karolowi Wiel­kiemu, należał niegdyś do Chrystusa? Czy to nie legenda?

Takie same pytania zadawali sobie francuscy profesorowie, gdy przystępo­wali do pracy. Gerard Lucotte, z którym rozmawiałem w Paryżu, opowiadał mi, że obca mu była motywacja religijna, ponieważ jest agnostykiem. Kierowała nim natomiast pasja poznawcza, charak­terystyczna dla ludzi nauki dążących do odkrycia prawdy.

Jakie wyniki przyniosły ich badania? Po pierwsze, odkryli, że tunikę z owczej wełny wykonano bez szwu na krosnach poziomych, których szerokość odpo­wiada wymiarom tego typu urządzeń używanych w czasach Chrystusa. Skręt włókien typu Z wskazuje, że suknia po­wstała na Bliskim Wschodzie.

Poza tym okazało się, że do barwie­nia tkaniny użyto marzanny z zaprawą żelazową, czyli barwnika, który był sto­sowany powszechnie w czasach staro­żytnych w basenie Morza Śródziemnego. Taką samą substancję odkryto na szatach w chrześcijańskich grobowcach z I stule­cia w Antinoopolis w Egipcie.

Prof. Lucotte specjalnym odkurzaczem zebrał też wszystkie zanieczyszczenia z powierzchni tkaniny. Odnalazł wśród nich 115 pyłków należących do 18 gatun­ków roślin reprezentujących florę śród­ziemnomorską. Dwie z nich – terebind i tamaryndowiec – są roślinami ende­micznymi, rosnącymi tylko w Ziemi Świę­tej i w żadnym innym miejscu na świecie. Te same pyłki zidentyfikowano również na innych relikwiach Chrystusowych: Ca­łunie Turyńskim i Sudarionie z Oviedo. To odkrycie praktycznie wyklucza możliwość średniowiecznego fałszerstwa, ponieważ w tamtych czasach nikt nie miał pojęcia o istnieniu pyłków, których identyfikacja stała się możliwa dopiero dzięki wynalezieniu mikroskopu.

Krew Boga

Badając po kolei poszczególne włókna tkaniny, prof. Lucotte odkrył, że tunika w całości pokryta jest krwią. Człowiek, który ją nosił, musiał mieć zmasakrowane plecy. Naukowiec ustalił, że ludzka krew na płótnie należy do grupy AB (podobnie jak na relikwiach w Turynie i Oviedo). Na podstawie analizy par chromosomów stwierdził, że krew na sukni należała do osoby płci męskiej. O ile bowiem kobiety mają parę chromosomów płciowych XX, o tyle mężczyźni posiadają parę XY.

To nie wszystko – prof. Lucotte, który jest jednym z najwybitniejszych na świe­cie genetyków zajmujących się różnymi haplotypami chromosomu Y, określił z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa pochodzenie etniczne właściciela tuniki. Mianowicie odkrył, że był on nosicielem haplotypu J2, posiadającym znacznik ge­netyczny 12f2 i zdefiniowanym przez uży­cie markerów genetycznych M172 i M12. Za tym skomplikowanym nazewnictwem naukowym kryje się wniosek, że chodzi o typ ludzki spotykany najczęściej wśród Żydów na Bliskim Wschodzie.

Genetyk bez problemu odnalazł też na płótnie erytrocyty, czyli czerwone ciałka krwi. Jeśli posiadają one normalną mor­fologię, to mają dysk dwustronnie wklę­sły. Tymczasem na szacie znajdowało się wiele całych zespołów krwinek o kształ­cie kulistym lub kubka jednowklęsłego. Tego typu odkształcenia występują wtedy, gdy organizm poddawany jest traumatycznym doświadczeniom, takim jak długotrwałe cierpienie lub przewlekła agonia.

Podczas analizy mikroskopią elektro­nową prof. Lucotte odkrył również na płótnie wiele erytrocytów połączonych z kryształkami mocznika, który jest skład­nikiem potu. Świadczy to o występowa­niu rzadko spotykanej choroby zwanej hematydrozją, która polega na poceniu się krwią. Jej źródłem jest zazwyczaj ekstremalny poziom stresu, który wy­wołuje w organizmie szok histaminowy. Amerykański patomorfolog dr Frederick Zugibe, który stykał się z tego typu przy­padkami, wspominał, że najczęstszą ich przyczyną jest strach przed nieuniknioną śmiercią. Jest on tak przeraźliwy i sięga­jący głębi trzewi, że przejawia się wręcz na poziomie komórkowym. To kolejna wskazówka, że właścicielem tuniki mógł

być Jezus z Nazaretu. Przed swoją męką podczas modlitwy w Ogrójcu – jak pisał św. Łukasz – pocił się bowiem krwawym potem.

Tunika i Całun

Szata została też zbadana przez ekipę naukowców z Instytutu Optyki w Orsay pod kierownictwem prof. Andre Ma-riona. Porównali oni rozmieszczenie śladów krwi na Całunie Turyńskim i na tunice z Argenteuil. W tym celu stworzyli komputerowo geometryczne modele od­kształceń i obrotów, jakim ulega suknia podczas noszenia przez człowieka o wy­miarach i morfologii mężczyzny z Ca­łunu. Końcowy efekt wprawił badaczy w osłupienie: okazało się, że ślady plam krwi na tunice pokrywają się dokładnie z miejscami ran na Całunie. Nałożenie na siebie obrazu dwóch tkanin dopro­wadziło uczonych do wniosku, że oba płótna zostały zabrudzone krwią przez tego samego mężczyznę.

Naukowcy zauważyli też, że jedne z ran na tunice były bardziej rozdrapane, inne zaś mniej. Ich uwagę przykuły naj­bardziej krwawiące miejsca, usytuowane w pasie o szerokości ok. 20 cm. Ciągnął się on od lewego ramienia, przez środek pleców, ku prawemu biodru. Analiza fo­tograficzna pozwoliła stwierdzić, że ślad ten spowodował ciężki, podłużny i pro­sty przedmiot, który przez dłuższy czas opierał się na plecach właściciela tuniki i ocierał jego poranioną skórę. Jego wy­miary odpowiadały dokładnie „patibu-lum”, czyli belce poprzecznej z krzyża.

Końcowy wniosek badaczy z Instytutu Optyki brzmiał następująco: mężczyzna, który nosił na sobie tunikę z Argenteuil, był tym samym mężczyzną, którego póź­niej owinięto w Całun Turyński. Osta­teczna konkluzja naukowców z Instytutu Antropologii Genetyki Molekularnej była równie jednoznaczna: relikwia przecho­wywana w Argenteuil to szata bez szwu, którą miał na sobie Jezus w drodze na Golgotę.

Te naukowe odkrycia spowodowały, że we Francji wzrosło zainteresowanie tuniką, która na co dzień spoczywa za­mknięta w relikwiarzu. Ostatnio była ona wystawiana na widok publiczny zaledwie raz na 50 lat – w 1884, 1934 i 1984 r. Następna prezentacja powinna się więc odbyć w 2034 r. Jednak z okazji Roku Miłosierdzia bp Stanislas Lalanne postanowił zrobić wyłom w tej tradycji. Dzięki temu wierni będą mogli zobaczyć suknię Jezusa na własne oczy, ale tylko przez 17 dni. Już teraz tłumnie zgłaszają się pielgrzymi z wielu krajów. Nic dziw­nego, kolejna szansa dopiero za 16 lat.

 

źródło: GRZEGORZ GÓRNY redaktor naczelny magazynu „Fronda” tygodnik „wSieci”

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

Koncert Wielkanocny 03.04.2016 roku

Autor: admin o piątek 8. Kwiecień 2016

Perłowy jubileusz parafialnej „wyśpiewanej modlitwy”

„Zaufaj Panu już dziś! Alleluja”

    Od 2013 roku Niedziela Miłosierdzia Bożego jest w parafii pw. św. Maksymiliana Kolbego w Lubaniu-Księginkach okazją do dziękczynienia za dar Paschy Chrystusa oraz za szczególny dar – dar Bożego Miłosierdzia. Nasze dziękczynienie wyrażamy najlepiej, jak potrafimy – korzystając z tej szczególnej formy modlitwy, jaką jest śpiew na chwałę Pana.

    W tym roku koncert taki odbył się 03.04.2016 roku i – oprócz wspomnianych wyżej okazji do świętowania – miał jeszcze jedną szczególną cechę: był jubileuszowym, 30. (od 2007 roku) koncertem organizowanym przez naszą wspólnotę parafialną. Nazwaliśmy je „rozśpiewanymi spotkaniami” i na przestrzeni minionego czasu organizowane one były tak na terenie samej parafii, jak i poza nią.

    Jubileuszowy charakter koncertu oraz atmosfera radości z przeżycia tajemnicy Paschy i jej oktawy skłoniły organizatorów – duszpasterstwo i radę parafialną oraz parafialne formacje wokalno-instrumentalne – do podkreślenia wyjątkowego jego charakteru. Służyło temu zadbanie o staranny dobór repertuaru, jak i zaproszenie gości honorowych, współpracujących od kilku lat przy organizacji naszych spotkań.

    Uroczystość rozpoczęła tradycyjnie uroczysta Eucharystia, sprawowana przez proboszcza, ks. Janusza Barskiego. Będąc okazją do pochylenia się nad darem Bożego Miłosierdzia (i naszej z nim współpracy) stała się także czasem budowania „wspólnoty wyśpiewanej modlitwy”. Nie było tu śpiewających i tzw. słuchaczy – od samego początku wszyscy zebrani aktywnie włączali się w śpiew animowany przez Scholę Parafialną „Dzieciaki z Bożej Paki” i Chór Parafialny „Maksymilianki”.

    Podobnie, jak przebieg liturgii, tak i sam koncert stał się wydarzeniem tego czasu. Jego wyjątkowy charakter podkreślili przybyli goście: Wicestarosta Lubański, p. Wojciech Zembik; Dyrektor Gimnazjum nr 1 w Lubaniu, mgr Beata Jaworska oraz reprezentujący Burmistrza Miasta Lubań, radny miejski, p. Ryszard Piekarski, a także formacje wokalno-instrumentalne (Grupa od Anioła Stróża z Zaręby; Siostry ze Zgromadzenia Sióstr św. Marii Magdaleny od Pokuty; Chór Parafialny „Maksymilianki”, Schola „Dzieciaki z Bożej Paki” oraz formacja „Eden-Reaktywacja”)  i wykonawcy indywidualni (Wiktoria i Mateusz Wójcik).  Dzięki tym ostatnim koncert stał się prawdziwą ucztą dla sympatyków szeroko pojętego śpiewu i muzyki religijnej.

    Koncert – prowadzony przez Beatę Kwiecińską oraz Jadwigę i Mariusza Nowak – spełnił chyba wszystkie oczekiwania uczestników. Nie zabrakło w nim pięknie wyśpiewanej poezji ks. Wacława Buryły (Grupa od Anioła Stróża); był czas na pokreślenie majestatu tajemnicy Pustego Grobu (instrumentarium Wiktorii i Mateusza Wójcik) i piękno śpiewu chóralnego (Chór „Maksymilianki”); śpiew ku chwale Zmartwychwstałego Chrystusa został także wzmocniony… choreografią ewangelizacyjnego układu tanecznego (Siostry Magdalenki). Wreszcie mieliśmy okazję doświadczyć dziecięcej kreatywności i dynamiki śpiewu zespołowego (Schola „Dzieciaki z Bożej Paki”) oraz… powspominać czas, kiedy ton parafialnemu muzykowanie nadawała Schola „Eden” („Eden-Reaktywacja”).

   Zróżnicowanie form prezentacji utworów nie kłóciło się ze sobą – wręcz przeciwnie. Podkreśliło, że służąc jednemu celowi możemy korzystać z różnych form warsztatowych. Poza tym… ta właśnie różnorodność tak naprawdę nas łączy – i to można było usłyszeć i zaobserwować w trakcie Wielkiego Finału, podczas którego został wykonany tytułowy utwór koncertu „Zaufaj Panu już dziś” (stąd przesłanie IV Koncertu Wielkanocnego „Zaufaj Panu już dziś! Alleluja!”). W prezbiterium zrobiło się nieco tłoczno, a wspólny śpiew był doświadczenie naprawdę przejmującym.

   Koncert stał się wydarzeniem naszej najnowszej historii – tak przez wyjątkowo świąteczny charakter, jak i przez – tradycyjnie spontaniczną – atmosferę. Za tę ostatnią dziękujemy nie tylko wykonawcom, ale także licznej grupie uczestników, którzy aktywnie i na różne sposoby włączali się w przebieg spotkania.

 

Tekst i foto: ks. Janusz Barski

 

Dokładniejszy opis oraz zapis foto można znaleźć na stronie parafialnej www.swmaksymilian.luban.pl

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »