Blog J.B.

Nocne zapiski szeryfa 2012

Autor: admin o wtorek 24. Styczeń 2012

PRZYGOTOWANIA

„Życia nie liczy się ilością oddechów, ale liczbą chwil, które oddech wstrzymują…” – te słowa, wypowiedziane podczas jednego ze spotkań wigilijnych, stały się także myślą przewodnią kolejnego – XVII organizowanego przez ks. Janusza, a V zainicjowanego w Lubaniu – zimowiska. Podobnie, jak w latach ubiegłych, przygotowanie tygodniowego wyjazdu wymagało wielu przygotowań – świadectwem ich oraz przebiegu jest niniejsza mega-relacja, która [wzorem roku ubiegłego] została zatytułowana „NOCNE ZAPISKI SZERYFA” (to ostatnie jest efektem mianowania mnie „szeryfem” przez Scholę EDEN podczas tegorocznych imienin).

DZIEŃ 1 – 22.01.2012 roku {niedziela}

Tegoroczny wyjazd rozpoczęła najwcześniej grupa bogatyńska, która wyruszyła na szlak o godz. 14:30 – być może dlatego zajechała do Lubania nieco „zmęczona”. Po krótkich powitaniach „starych znajomych” ruszyliśmy dalej, przy czym „eskortująca” nasz autobus „srebrna strzała szeryfa” ledwie nadążała na zakrętach (czyżby „Mistrz kierownicy ucieka 3”?). Kierowca chciał nas chyba uchronić od podróżnej nudy – do Ściegien zajechaliśmy bowiem w nieco ponad 45 minut (czyli taka jakby lekcja…).

Tradycyjnie pierwszym krokiem po przyjeździe jest… wniesienie do szkoły bagaży. I tu zaczęły się „schody” – okazało się bowiem, że bagaże połowy kolonistów znacznie przekraczały… wagę ich ciała. Dobrze, że byli nasi szarmanccy chłopcy oraz Pan Dyrektor, którzy pomogli te niesamowite ciężary wtaszczyć na II piętro [choć z drugiej strony dobrze, że nikt nie żądał dodatku za „uciążliwe warunki pracy”]. Kiedy już uspokoiły się oddechy, nasze dziewuszki zaczęły przystosowywać sale do swoich oczekiwań – momentami było to nawet zabawne, kiedy żywy „metr z hakiem” zmagał się z ponad 1,5-metrową poszwą. No, ale Polki są zdolne do wszystkiego – więc jeszcze przed apelem sale lekcyjne przybrały postać zbiorowych sypialni.

Prowadzony przez „szeryfa” apel przypomniał o podstawowych zasadach bezpiecznego udziału w zimowisku. Trochę się krzywiliśmy na kwestię zakazu napojów gazowanych czy tzw. ciszy nocnej, ale cóż… „na władzę nie poradzę”.

Stare porzekadło mówi, że „Polak głodny to zły” – aby więc zwieńczeniem apelu nie był zły nastrój, Kadra zaprosiła nas na pyszną kolację [dodam – bardzo urozmaiconą, jako że na wspólnym stole pojawiły się wiktuały przygotowane przez naszych Rodziców. Zabrakło chyba tylko owoców morza]. Konsumpcja przeszła wszelkie oczekiwania, ale nie dała rady trosce Rodziców – po „zaciętej walce ze spożywką” pozostało na tyle dużo towaru, że lodówka była przepełniona /”kiedy my to zjemy?!?!?!?”/.

Tegoroczne zimowisko zgromadziło sporo „starych znajomych”, mających czasem kilkuletni „staż zimowiskowy”. Pojawiło się jednak kilka nowych twarzy – stąd też nadal bardzo aktualnym okazało się spotkanie ułatwiające zapamiętanie naszych imion [no, niech ktoś od tej chwili zaryzykuje zawołanie „Ej, ty!”]. To, pożyteczne skąd inąd, ćwiczenie przebiegło w bardzo fajnej atmosferze – wprowadzającej nas w klimat, rozpoczynającej się po jego zakończeniu, zabawy inaugurującej ZIMOWISKO ŚCIEGNY’2012. Klimat ten podkreśliła także wizualizacja sali, która na chwilę wstrzymała nasze oddechy ze zdziwienia. „Biegające” po ścianach buźki, serduszka i kropki tworzyły wyjątkową atmosferę – trudno się więc dziwić, że i sama zabawa zaczęła się od samego początku wspaniałym „ubawem”. Pomogła także muzyka, dostarczona przez nas – przy niej najlepiej nam się bawić.

Zabawa miała swój ciekawy moment – mimo, iż Pidżama Party było przewidziane na termin późniejszy, nasze najmłodsze dziewuszki postanowiły zrobić wcześniejszą „próbę generalną”. Hmmm… wyszło nawet ciekawie – zobaczymy, jak będzie podczas „pidżamowej gali” [najsympatyczniej zaprezentowali się chłopcy, którzy przemykali się między „babińcem” jakby pod ostrzałem – a wszystko po to, aby otrzymać „honorową odznakę ściegieńskiego trapera” czyli… zimowiskowy znaczek].

Poprzednie relacje kończyło zawsze utyskiwanie na jeden z wieczornych negatywów zimowiska – problem ciszy nocne [oj, były już nawet „nocne Polek biegi”]. Tym razem jednak Kadra stwierdza jednoznacznie – CISZA NOCNA NIE SPRAWIŁA WIĘKSZYCH PROBLEMÓW!!! [Fakt, nasza młodzieżówka podjęła próbę „nocnej dyskusji”, ale… w sumie było nieźle].

Niech to będzie dobry znak na dalszy ciąg naszego wypoczynku – tym bardziej, że na znaczku widnieją słowa: „Z Tobą jest super!!!”.

DZIEŃ 2 23.01.2012 roku {poniedziałek}

Muszę przyznać, że przejście z dnia pierwszego w drugi nastąpił u mnie „płynnie” – nie wiem, kiedy zapadłem w „ciężki zimowy sen misia”. W każdym razie dobrze, że zadziałał instynkt (w tym przypadku rozbudzony przez „śmiech wściekłej krówki” z komórki). Mimo iż serce wołało „Nieeee!!!!”, umysł zadecydował: „Dosyć kimania – czas do roboty!!!” [i to nie byle jakiej, bo przecież trzeba wykorzystać element zaskoczenia – zwłaszcza „zimowiskowych debiutantów”, którzy nie byli jeszcze zorientowani, co kryje się pod określeniem „nocnej sesji foto”]. Część dzieciaków była oczywiście przygotowana (co nie zmienia faktu, że „łóżkowe fotki” wyszły bardzo przekonująco) – nasze „kociaki” natomiast przeżyły ciężkie chwili „dostając luksami po oczach”.

Samo w sobie było to chyba lepsze niż pobudkowy gwizdek – zanim zabrzmiał, większa część kolonistów była już na nogach (choć przyjmowany z niechęcią „pion” nie był za bardzo przekonujący). Pomogło to jakoś przeżyć „ciężkie sadystyczne doświadczenie” czyli gimnastykę poranną. Dzisiaj – pod nieobecność „pół-Kadry” zajęcia poprowadzili „ochotnicy” [łatwo było to zauważyć, słysząc sakramentalne: „Dlaczego ja???”]. Zakończone „Kaczuchami” zajęcia wycisnęły z nas „ostatnie poty”, które zmyliśmy przygotowując się do wyjścia na mszę.

Uprzedzeni podczas wczorajszego apelu stanęliśmy w pełnym „rynsztunku Jasia-wędrowniczka” o przewidzianej porze, dzięki czemu do kościoła doszliśmy we właściwym momencie. Nasz najstarszy kolonista, Michał, otrzymał na czas wędrówki prerogatywy „stróża porządku” [blokując skutecznie główne skrzyżowanie Ściegien – cóż, ja jadąc też bym się zatrzymał].

Po krótkiej wspólnotowej modlitwie rozpoczęła się Eucharystia – dzisiaj koncelebrowana w towarzystwie księdza z Zakopanego. Była… hmmm… nieco „milcząca” – może dlatego, że pierwsza; a może po nocnych doświadczeniach, nasz śpiew był nieco „wytłumiony” (ale nic to, jutro będzie lepiej). W kazaniu próbowaliśmy odpowiedzieć na wnikliwe pytania „szeryfa”, po co na zimowisku codzienna msza [bardzo szybko, pamiętając słowa Ewangelii, doszliśmy do wniosku, że podstawa naszego udziału w liturgii – słowa „proszę – dziękuję – przepraszam” oczyszczają nas, nastrajając nas do współpracy, dzięki której zimowisko to czas radosnego odpoczynku nie tylko dla nas, ale i dla Kadry]. „Gwoździem” mszy okazało się dziękczynienie po komunii, kiedy „szeryf” postanowił nas rozruszać, wydobywając nie tylko głośniejszy, ale i fajniej brzmiący śpiew odpowiedzi w piosence „Hej Jezu” (trochę zabawnym były próby zmieszczenia się pod przyciasnawym pasem gitarowym naszego „szczupaka” Magdy).

Droga powrotna – pewnie z racji oczekiwanego śniadania – minęła w rytmach śpiewanych przez nasze animatorki przyśpiewek (tu nasunęło mi się skojarzenie ze „szkołą przetrwania”, gdzie rekruci też powtarzają wyśpiewane słowa sierżantów podczas porannych treningów).

Podczas śniadania odbyła się inauguracja konkursu na „Zimowiskowego Czyściocha” [czyli rywalizacji poszczególnych grup o miano najczystszej]. Ku powszechnemu zdziwieniu dzisiaj najwyższą notę otrzymała grupa chłopców (czy to nie dwuznaczne, że to akurat moja grupa – czyżby obcy był im duch „dynamicznego porządku” lub „twórczego nieładu”?!?!?).

Jako, że na zewnątrz pogoda nie zachęcała do sportowych zmagań plenerowych, postanowiliśmy podjąć rywalizację podczas zabaw stacjonarnych – „Stodoła”, „Karoca”, „Orzeszek” czy „Autobus” dały nam sporo frajdy…

… co przydało się podczas „niespodzianki szeryfa”. Taaaaaaaa… jak to piękne słowa mogą kryć w sobie straszną rzeczywistość. Zaproponowany spacer okazał się… (tu prośba o interwencję Rzecznika Praw Dziecka!!!)… horrorem. Początek nie zapowiadał nieszczęścia – stosunkowo równa droga i spokojny (choć marszowy) krok prowadzącego zwiastowały przyjemność „górskiego spaceru”. Niestety, po blisko 300 metrach zastaliśmy „zmuszeni” do wejścia w leśne ostępy i pokryte głębokim śniegiem ścieżki (które służyły chyba tylko zwierzynie płowej) – być może rekompensatą za wysiłek wspinaczki i „współpracy z ziemską grawitacją” podczas stromych zejść miało być poczucie kroczenia po dziewiczym terenie, ale dla nas to było za wiele… Mamusiu!!! Tatusiu!!!! Pomocyyyyyyy!!!!!!. Do tego jeszcze nasz – rzekomo kontuzjowany – „szeryf” nie tylko „włączył bieg terenowy”, ale ponadto (tu znowu ukłon w stronę Rzecznika) zaczął wskazywać odległą Przełęcz Karkonoską jako docelowe miejsce dzisiejszego „spaceru”. To już nam się nic a nic nie podobało – „my chcemy do domu!!!” (ale jak to zrealizować, kiedy straciliśmy orientację, gdzie jesteśmy???). Niezadowoleni byli także chłopcy (a szczególnie „śnieżny męczennik” Michał), którzy – stanowiąc mniejszość – zostali „sterroryzowani” przez nasze dziewczęta [coś tu jest nie tak – jak dotąd doświadczenie śniegu było nieprzyjemnością dla dziewczyn, a nie odwrotnie. Czyżby piosenka „Kobiety są męskie” była „proroctwem”???].

Po prawie godzinnym tułaniu się po ściegieńskich bezdrożach w końcu [przeżywając objawy traumy]… ZOBACZYLIŚMY CYWILIZACJĘ!!!! Nic to, że towarzyszyła im wyjątkowa aura zapachowa („tego nie doświadczycie w mieście” – to cytat słów „szeryfa”. Proszę je zachować jako dowód oskarżenia o brak litości). No, a kiedy doszliśmy do naszej bazy – śniegoasfalt dosłownie zwinął się pod nami (szybkość światła to przy nas „pikuś”). W sumie w ciągu godziny zrobiliśmy niezłą trasę – ze szkoły, przez Western City i Księżą Górę, ponownie do szkoły. Uff… po powrocie jakoś nie trzeba było nas namawiać do przyjęcia „pozycji horyzontalnych”.

Mimo wysiłku nie poprawił się nasz apetyt – z pysznego obiadu zostało sporo (oj, świnki nas polubią!). W końcu to nie chipsy, nie? Szczególnym akcentem tego punktu programu było wręczenie nam czegoś wyjątkowego – nie-wirtualnej kartki pocztowej (w epoce sms-ów toż to anachronizm!!!) – z sugestią, że warto by coś na nich napisać i wysłać (ależ po co… od czego są nasze sieci???).

Mimo, że niektórzy z nas zbojkotowali obiadek, popołudniowe LB [dla niewtajemniczonych, skrót od „Leżenie Bykiem”] upłynęło dosyć spokojnie. I dobrze, bo po krótkie zabawie integracyjnej rozpoczęło się kolejne szokujące doświadczenie – nauka zespołowego kroku tanecznego. „Pół biedy”, kiedy przyszło nam poćwiczyć „Taniec belgijski” (większość z nas zna go na pamięć), ale kiedy przyszło do układu cha-cha… oooops… zaczęły się „schody”. Najpierw „szeryf” dorwał Magdę (jako znającą krok tańca) i pokazał, co można zrobić na parkiecie w dosyć ostrych rytmach. Ale to jeszcze nic – podziwiać zawsze można (co nie znaczy naśladować). Tymczasem po ostatnich taktach i wspólnych obrotach parkietowych zostaliśmy zaproszeni do podjęcia próby powtórzenia układu. Jako że rolę „bramkarzy” pełniła Kadra, nie mogliśmy spróbować „dyskretnej ucieczki” – pozostało więc cierpieć pod czujnym okiem trenera (tylko czym tak zawiniliśmy?!?!?!). „Zemsta szeryfa” trwała dosyć długo – w końcu postanowiliśmy pójść w ślady dorosłych i ćwiczenie… zbojkotować. Zaczęło się od chóralnego „Litościiii!!!!!”, a kiedy to nic nie dało, cóż – po prostu przerwą wymusiliśmy (z pełnym poparciem reszty Kadry). Wprawdzie przerwało to tok próby, ale i tak byliśmy z siebie dumni – zaliczyć jeden pełny krok oraz częściowo drugi… to nie byle co.

Jako, że Kadra nie zapomniała nam „ciszy mszalnej”, dzisiejsza próba śpiewu… o, sorka… „Śpiewający Kącik Ducha Gór” stała się okazją do poprawienia bilansu. Zaproponowane przez Magdę, Martynę i Joasię piosenki zostały odśpiewane (o dziwo, z dużym zaangażowaniem męskiej części kolonistów). Wyszło jednak na to, że z kondycją jest nie najlepiej – po 40 minutach śpiewu „padliśmy na deski” i resztę próby „poddaliśmy walkowerem”. Co gorsze, nasze trio gitarowe zapowiedziało, że jeżeli jutro tak zajefajnie nie zaśpiewamy, to… oj, lepiej spuśćmy miłosierną kurtynę milczenia.

Prawdopodobnie na finał dzisiejszego śpiewu miały też wpływ emocje związane z mającym się zaraz rozpocząć konkursem MAM TALENT. Zgłosiło się ośmiu wykonawców – i każdemu zależało na najlepiej prezentacji swoich umiejętności.

Konkurs rozpoczęło „uderzeniowe wejście” Wielkiej Trojki [Joasi, Martyny i Magdy], które podjęły się prowadzenia całości programu. Świetne i aktorsko przeprowadzone zapowiedzi nadawały jeszcze „smaczku” i potęgowały ciekawość przed każdym kolejnym występem. Zróżnicowanie występów było olbrzymie – od wykonanych solo piosenek, poprzez taniec zespołowy i parkietową solówkę, aż po… „macho-duecik” (który bardzo aktorsko przedstawił miks kilku utworów z zimowiskowego śpiewnika). W przeglądzie I miejsce zajęła Oliwia, ale tak naprawdę wielkie uznanie należy się wszystkim wykonawcom. Było super.

Jako, że Żury szybko podjęło końcową decyzję, a prowadzący przynieśli ją „lotem strzały”, do ciszy nocnej zostało trochę czasu – nasi „milusińscy” stanęli przed alternatywą: iść spać czy… dalej się bawić. I nie zgadniecie, co wybrali – sam nie wierzyłem… ONI WYBRALI… NIE, TO NIEMOŻLIWE!!!… ONI WYBRALI… DALSZĄ ZABAWĘ!!!

Piszę te słowa o godz. 22:33; na 3 minuty po planowanym zakończeniu drugiej zabawy tegorocznego zimowiska. Muszę przyznać, że w tej dziedzinie maluchy dają nam mega-łupnia (zasypiając sam nie wiem, czy to śnieg tak łupie w dach szkoły, czy też kołaczą się w głowie pozostałości „Ai Se Eu te pego” – że nie wspomnę o tym, że widząc ruch ust rozmówcy mam wyłączoną fonię. Ja żądam od mojego proboszcza podwyżki za niebezpieczne warunki pracy). Wiadomo, że dobre intencje bardzo często ustępują przed rzeczywistością – niby od 3 minut nasze małolaty powinny korzystać z dobroczynnego działania „prysznicówki”, ale… no właśnie… bawią się tak świetnie, że znowu nagiąłem swojej zasady (to jak w „Transporterze”) i dołożyłem kolejne 3 hity dyskotekowego parkietu. Zobaczymy, czy jutro w górach też będą takie wytrwałe.

Jutro może być różnie – wiadomo, DZIEŃ TRAPERA. Drodzy Rodzice, zadzwońcie do swoich pociech z rańca, bo w tym śniegu może być różnie… Yeti czai się wszędzie… a i Duch Gór potrafi wyczyniać różne brewerie.

Opis drugiego dnia zimowiska kończę – licząc na wysłuchanie: SPOKOJNEGO SNU I CISZY W NOCY – DAJ NAM, PANIE!!!

DZIEŃ 3 24.01.2012 roku {wtorek}

Jednym z charakterystycznych elementów programu zimowiskowego wypoczynku jest „Dzień Trapera” – nie wiadomo dlaczego nazwany przez Kolonistów „Dniem Zemsty Szeryfa” (jaka zemsta? To po prostu przyjemność i sama radość). Ale… zacznijmy od początku.

Tradycyjnie, pobudkę poprzedziła „mała niedogodność” w postaci „pościelowej foto-sesji”. Nasze dzieciaki rozkosznie prezentowały się przy swoich „zwierzakach-przytulankach”. Fotki w sumie „same się cykały”. Ci, którzy już nie spali zrobili przy okazji sporo pisku i krzyku, ale… sesja zaowocowała bogactwem uchwyconych obiektywem ujęć. Można nawet rzec, że nie da się zrozumieć wymowy fotek z gimnastyki-przebudzanki (dzisiaj dzielnie prowadzonej przez najmłodszą grupę – dziewczynki z „jedynki”) bez wcześniejszego rzucenia okiem na plon „porannego foto-safari”.

„Dzień Trapera” przebiega w odmiennym porządku niż tradycyjny – jako, że msza św. jest przewidziana w godzinach wieczornych, zaraz po „porannych ablucjach” zasiedliśmy przy śniadanku, słuchając jednocześnie [z rosnącymi obawami] tzw. „dobrych rad szeryfa”. Wkrótce dołączył do nich pakiet sugestii pani Aliny Pasińskiej, Górskiego Przewodnika Sudeckiego, która zaoferowała nam na czas wędrówki swoją pomoc (niestety – nasze nadzieje na przyhamowanie „górskich zapędów szeryfa” – okazały się płonne. Czy życie musi być takie brutalne?!?!?).

W końcu wyruszyliśmy – w sumie w dosyć niepokojącej aurze, nazwanej przez naszych przewodników „bajeczną”… kurczę niedopieczone!!!… a cóż bajkowego jest w gęsto sypiącym śniegu, przez który trzeba się było przebijać?!?!? – i to w warunkach ekstremalnych. Nasz „szeryf” postanowił bowiem rozpocząć dzisiejszą „zemstę” od poprowadzenia nas „polnym szlakiem” /?!?!?/. Co to ma być??!! – gdzie tu ścieżka???; no i te nierówności terenu. Czy nie można prościej – asfaltem?!?!?

Kiedy już doszliśmy do jako tako widocznej ścieżki (koło Księżej Góry) okazało się, że nasze wędrowanie – przynajmniej w fazie początkowej – będzie szło w jednym kierunku: W GÓRĘ!!! No kto to wymyślił, żeby cały czas się wspinać??? – ekstremalny alpinizm nas nie rajcuje (co innego wygodne siedzisko przy kompie). No, ale trzeba było zrobić dobrą minę do tej gry – stąd też początkowo szliśmy słuchając gwizdków i… wypatrując jakiegoś dłuższego odpoczynku. Wkrótce taki się zdarzył – ale to nie z „dobrego szeryfowskiego serca”, lecz dzięki… nieudanym podjazdom pod zaśnieżoną górę kilku samochodów („Niech Pan błogosławi słaby bieżnik tych opon”). Złapany dzięki temu „drugi oddech” był nam niezbędny, aby przeżyć kolejną „górską torturę” – wejście po 46 góro-schodach. Nikt nie pomyślał o windzie czy ruchomym chodniku – no i staliśmy się przez to ofiarami „górskiego sadyzmu”. Ks. Janusz – sam dysząc – nazwał to stadium naszego oddychania „sapaniem starej szkapy… i to z ostatnich stron książki” (no, to jest po prostu… o b u r z a j ą c e ! ! !).

Wydawało się, że wejście do Karpacza jest szczytem, którego nie da się „pobić” – niestety, pomysłowość naszych przewodników okazała się niewyczerpana. Tak więc kolejnym „schodkiem” do pokonania okazała się zapora (a raczej strome do niej podejście). Nie dość, że okazało się strome i śliskie, to jeszcze część z nas (to znaczy damska część kolonistów) straciła sporo „pary” w płucach goniąc za „towarami” z wyprzedzającej nas grupy sportowej. „Kobiety mnie zgubią – rzekł kogut wypadając przekupce z koszyka” – dzisiaj ta zasada podziałała w drugą stronę. Nasze panienki dzielnie goniły swoich „wybrańców” – niestety, okazało się, że drogi obu grup nieco się „rozeszły” przy tamie; i z dwojga – serca i rozumu – zwyciężył [Bogu dzięki!!!] ten drugi. Nie poprawiło to jednak kondycji – tak więc nasze „zdobywanie szczytów” przypominało w tym momencie spacer „chorego na lumbago”.

Samo przejście zapory też było sporym problemem – z góry pejzaż wyglądał nieco niesamowicie, wywołując u części z nas „lęk wysokości” [oj, nie darujemy „szeryfowi” tych chwil strachu – tym bardziej, że sprawił wrażenie czymś bardzo rozbawionego].

W tym momencie pojawiły się pierwsze problemy wynikłe z nadmiaru spożytych płynów i… przemoczenia niektórych butów. Na to drugie nie dało się nic poradzić – jednak końcowy etap tej części szlaku doprowadził nas do stacji paliw przy Białym Jarze, gdzie mogliśmy skorzystać z cywilizowanego WC i rozgrzać się pyszną „herbatką bez prądu” (Pani Tereso!!! Dziękujemy!!!).

Do tego momentu szliśmy na dużym luzie – od tej chwili jednak nasz prowadzący zaczął nerwowo spoglądać na zegarek, „zachęcając” [choć to może nie jest najbardziej adekwatne określenie] do „wrzucenia biegu terenowego”. Niestety, towarzyszyły temu „pogróżki” – „Bo nie będzie obiadu”. I co my mieliśmy zrobić… my, małe „zimowiskowe istotki”??? Zacisnęliśmy zęby; ponowiliśmy obietnice ZEMSTY i… próbowaliśmy nadążać (swoją drogą, informujemy lekarza naszego „szeryfa”, że jego kontuzjowane kolano to „jedna wielka ściema” – my rozumiemy, że góry działają destrukcyjnie, ale bez przesady… co to my jesteśmy, jacyś wyczynowcy??? A gdzie prawa dziecka???).

Pal sześć, kiedy szło się z góry (a raczej „staczało”) – gorzej, że w pewnym momencie pojawiło się przed nami dosyć ostre podejście, a nasze „skrzynki za nic nie chciały wejść na bieg górski” (no, może za wyjątkiem Joasi i Magdy, które kilkanaście metrów… przebiegły – nie mogliśmy na to patrzeć… także z obawy, że nasz przewodnik delikatnie „zachęci nas” i do tego. Okazało się jednak, że i dla niego podejście było męczące – i w ten sposób doszliśmy do Domu Wczasowego. Tak nas to poruszyło, że niektórzy końcówkę przebyli z „szybkością dźwięku”. Niestety, wysiłek okazał się płonny – to nie wypatrywana „Wodomierzanka”. Nasze rozczarowanie sięgnęło zenitu i po chwili przeszło w pełną przerażenia rezygnację – w momencie wejścia na ledwie widoczny szlak prowadzący przez Wilczą Polanę. Nie będziemy „ściemniać” – widoczki były rewelacyjne, ale trasa… wymagała dużej uwagi i naśladowania „szeryfa” (a przynajmniej kroczenia jego śladami – bo ślady były baaaardzo widoczne i głębokie).

Ten odcinek trasy wymagał od nas dużej sprawności – począwszy od „zjazdów na nie bele-czym”, poprzez zapadanie się po kolana, byliśmy zmuszani także do przyjmowania „zimowych postaw hołdu dla Ducha Gór” (niektóre przygięte przez śnieg drzewa mogliśmy ominąć tylko na… kolanach). To oraz zauważalne przyspieszenie tempa spowodowało, że z jednej strony część z nas wybierała prostszy (choć nie najzdrowszy dla ciuchów) sposób zaliczania zejść (na tzw. „pupę”); z drugiej zaś – ostatnie podejście część z nas zaliczyła dosłownie „na czworakach”. Dobrze więc, że ostatni etap do „Wodomierzanki” prowadził w dół – zadziałała grawitacja, i jakoś doturlaliśmy się do miejsca odpoczynku i posiłku.

Obiad był rewelacyjny (zresztą „Wodomierzanka” słynie z dobrej kuchni), a krzesła tak rozkosznie miękkie. Fajnie było choć na chwilę dać spoczynek spracowanym kończynom dolnym – choć nie ukrywamy, że ponowne powstanie wymagało od nas hartu ducha w stopniu heroicznym (no dobrze, przyznamy się – była też inna motywacja… ZAKUPY!!!… Dla nich moglibyśmy nawet powtórzyć trasę [chociaż – tu uwaga grupowego paparazzi – Monia na kolanach i z nieco dziwną miną skłaniała do nieco odmiennych wniosków].

To, co działo się przez kolejną godzinę, niech pozostanie naszą słodką tajemnicą – dodamy jednak, że znacznie wzrosły zyski karpackich sklepów. Po godzinie „rozkoszy opróżniania portfela” zeszliśmy się przy kościele i stąd ruszyliśmy do naszej bazy.

Podczas trasy, wiodącej polną drogą, powstał jeden problem. Nasze dziewuszki (najwidoczniej mając jeszcze duży zapas energii) postanowiły znowu poznęcać się nad chłopakami – ale jak tu rzucać przy „szeryfie” (stróżu prawa i porządku)? W końcu padło oczekiwane hasło: „Śnieżki… go go go!!!”. Tego, co się działo przez kwadrans nie wytrzyma ani papier, ani sieć – pominę to więc milczeniem. Podkreślę natomiast swoisty ewenement tegorocznego zimowiska – zazwyczaj pewnym problemem w długich trasach są maluchy. Tymczasem dzisiaj jako pierwsze do szkoły doszły właśnie nasze dwie „maskoteczki”: Oliwia i Kaja (przebierały nóżkami jak gejsze, ale… utrzymały tempo). Wielkie brawa!!!

Kolejna godzina była „balsamem” – tak dla Kadry, jak i dla nas. Może nie „padliśmy”, ale… niewiele brakowało. Stąd też podstawową pozycją tego czasu stała się „pozycja horyzontalna”. Niestety, godzina to tak niewiele. O godz. 17:00 zerwała nas na nogi BEZLITOSNA Kadra i „pod-Kadra” (cytat z Wiktorii), „delikatnie” zapraszając do udziału w kolejnym spotkaniu „Śpiewającego Kącika Ducha Gór” – było to jednocześnie przygotowanie do mszy św., która tym razem była przewidziana na wieczór. Jakoś wykrzesaliśmy z siebie trochę „pomruków” – no, bo widząc „euforię szeryfa” po górskich zmaganiach, lepiej było nie ryzykować.

W końcu zmusiliśmy nasze obolałe kończyny dolne do ponownego wysiłku i ruszyliśmy do kościoła, gdzie już czekał na nas ks.Jacek (z Zakopanego) wraz ze swoją grupą. Msza była fajna – podczas kazania rozmawialiśmy o znaczeniu mszalnego słowa „przepraszam” oraz symbolice znaku pokoju. Pomagała nam w tym grupa ks.Jacka. Trochę tylko żałujemy, że w drodze do kościoła „odebrało nam głos”. Oczywiście zaśpiewaliśmy, ale… to już nie to, co na próbie [chociaż gwoli ścisłości podczas „Hej Jezu” granego i prowadzonego przez ks.Janusza daliśmy z siebie wszystko – „full wypas”]. Mimo to, celebrujący mszę ks.Jacek, bardzo sympatycznie nas podsumował – dziękujemy. Msza byłą w sumie spokojna – choć trochę nam się podniosło ciśnienie, kiedy podczas homilii usłyszeliśmy słowa o „lekkim górskim spacerku” – no, bez przesady…

Ostatnim akcentem dzisiejszego, jakże obfitego we wrażenia, dnia miało być Pidżama Party – konkurs z prezentacją „ciuchów wieczoro-nocnych”. Zgłosiła się nawet dosyć liczna grupa uczestników, choć nas, obserwujących pokaz, cały czas dręczyło pytanie – „Czemu te nasze „śpiochy” tak bardzo przypominają zombi? Czy już mamy się zacząć bać? Konkurs został przeprowadzony sprawnie i parę minut po 21 rozeszliśmy się do sal – część, aby zmyć te „prawie niewidoczne” makijaże (drogie Mamy! Sprawdźcie swoje zapasy kosmetyków – być może jest tam niezły debet).

Do tej pory wieczorne zabawy było okazją do pokazania naszej kondycji i umiejętności dobrej zabawy. Niestety, dzisiaj spasowaliśmy – i po zakończeniu Pidżama Party na parkiecie pozostała 4-osobowa grupka „rozrywkowych dziewczyn”. Mimo, że to niewiele, bawiły się co najmniej za pół zimowiska- chwała im za to!!! A były to: Zuzia, Andzia i Weronika.

Czas podsumować ten dzień. Był na pewno „mocnym uderzeniem”. Nasze dzieciaki i młodzież sprawiły się bardzo dzielnie – ten podziw wyrażała także Pani Przewodnik. Reasumując więc – dzisiejszy „test trapera” wszyscy zdali celująco. Teraz, Rodzice, bójcie się – Wasze pociechy mogą zechcieć poprowadzić Was „swoimi śladami”.

DZIEŃ 4 25.01.2012 roku {środa}

Chyba mamy „kryzysik” (to wszystko przez te góry i „szeryfowskie leciutkie trasy”) – gimnastyczka-przebudzanka rozpoczęła się z „poślizgiem”. Zdążyliśmy, ale – poranek był „na styk”. Do tego trochę nas zastopowało, jeśli chodzi o dynamikę ćwiczeń – nawet taniec belgijski był bez tej „zimowiskowej iskierki”, ale… wystarczy dobra herbata (dla Kadry kawusia) i „staniemy w pionie”.

Po niedospanej gimnastyce przyszedł czas na „poranny spacer” do kościoła. Brrrrr… ależ na tym dworze zrobiło się zimno!!! Gdzie się podziała ta przepiękna „zimowa wiosna”??? Do tego pod butami zrobiło się jakby ślisko – jak tu nie zaliczyć no, tego….

Sama msza (znowu koncelebrowana) przebiegła dosyć spokojnie, choć niestety to nie posłużyło naszemu śpiewaniu. Brak chorej Magdy i jej „towarzyszki” [gitary] spowodował, że śpiew już nie był taki zaje…fajny, ale… naszym gościom się podobał. Za to dzisiejsze kazanie było dla nas sporym wyzwaniem – próbując odkryć znaczenie symboliki gestów podczas „Modlitwy Pańskiej” musieliśmy wiele sytuacji demonstrować, pomagając odkryć odpowiedź na wnikliwe pytania „szeryfa”. Było nieźle, ale… uff… trochę się zgrzaliśmy…

O ile w dniu przyjazdu zastanawialiśmy się, czy nasz wypoczynek będzie „deszczowiskiem” czy „śniegowiskiem”, o tyle dzisiaj pogoda nastrajała zimowo. Nie mogło więc zabraknąć „bliskich spotkań III stopnia z białym puchem”. Pod czujnym okiem naszych „Aniołów”: pani Jadzi i pani Bożenki udaliśmy się na miejscowy sankodrom – i zaczęło się. Najpierw zaczęliśmy ćwiczyć i rywalizować w konkurencji na najdłuższy ślizg – i tu szok… podobno im cięższe, tym lepiej się toczy, a tymczasem najdłuższy ślizg wykonała lekka jak piórka Zuzia (my wiemy swoje – po prostu chwyciła się chmurek i dlatego taki wynik). Ta pewność uległa jednak zachwianiu podczas drugiego konkursu – na najzabawniejszy zjazd – tu również nasza filigranowa Zuzia znalazła się w czołówce. Jaki z tego wniosek? – „Małe (w tym przypadku lekkie) jest piękne (w tym przypadku – twórcze)”.

Śniegowa rywalizacja oraz konfrontacja z artystycznym wyzwaniem w postaci plakatu-wizytówki grupy tak zaostrzył apetyt, że naszego „dostawcę pieczystego” powitał dzisiaj wyjątkowo liczny orszak „żywieniowych wolontariuszy” [wszystko, byle jak najszybciej coś zjeść].

Dobrze, że obiad był bardzo kaloryczny, bo na podwieczorek czekało nas coś, czego przeżycie wymagało wiele energii (i to pozytywnej) oraz hartu ducha. Kiedy po 30-minutowym LB wróciliśmy do stołówki, zastaliśmy ją przemeblowaną, a na rozwieszonym ekranie zobaczyliśmy… o zgrozo!!!… nas (ale 3 dni temu). Niestety, właśnie podczas popołudniowego „mniam-mniam” nasz „szeryf” pokazał nam, po co było całe to dotychczasowe „błyskanie po oczach”. Normalnie szok… niektórym z nas maślany rogal stawał dosłownie „kością w gardle”. To się nadaje… do prokuratury!!!… to nie mogę być ja!!!… proszę to wykasować!!! Taaaaaaaaaaaaa… reakcje były rozmaite – łączyło je jedno: PRAGNIENIE ZEMSTY (i to krwawej) [i tu refleksja osobista: a któż powiedział, że życie to bajka?].

Niestety, kiedy już obejrzeliśmy ostatnie kadry, okazało się, że to jeszcze nie koniec. Po 10-minutowej przerwie kolejny gwizdek (bo tu niestety panuje „system gwizdkowy”) zwołał nas na „Śpiewający Kącik Ducha Gór”, podczas którego nasz gitarowy kwartet próbował zrobić z nas grupę wokalną „Ich dwadzieściaośmioro”. No, może nie wszystko wyszło, ale… momentami struny grzały się jak… grzanki.

Po zmaltretowaniu naszych strun głosowych przyszedł czas na kolejny test – tym razem ze słuchu, rytmiki i… kondycji. Dwa dni temu poznaliśmy podstawy kroku cha-cha. Dzisiaj przyszło nam tę wiedzę poszerzyć i sprawdzić w praktyce. Wymiatająca na parkiecie „pół-Kadra” [oraz – ku naszemu zdziwku – „szeryf”] postanowili nas „zajechać” do końca. W ciągu baaaaaardzo ciężkich 65 minut zaliczyliśmy przyspieszony kurs tego tańca, przygotowując się do sobotniej gali. Oj, ciężkie jest życie kolonisty…

Kolejna godzina dzisiejszego dnia to okazja po zaprezentowania naszych możliwości artystycznych, ale także… do zemsty na „szeryfie”. Konkurs „Mam talent” pozwolił pokazać parodię programów telewizyjnych, w tym (jako pastisz „Faktów”) przedstawić naszą zimowiskową niedolę pod „twardą szeryfowską odznaką”. Śmiali się[chyba] wszyscy…

Na godziny nocne została przewidziana zabawa, podczas której „tajniacy szeryfa” mieli oceniać, jak się bawimy [my protestujemy przeciwko takiej inwigilacji!!!]. Okazało się, że w sumie nie mieli wiele do roboty – po krótkim czasie wspólnej dobrej zabawy nagle gdzieś wybyły starsze dziewuszki.

Powód był prozaiczny – zbliżał się moment zawarcia związku zimowiskowego i poruszone serducha szukały tego drugiego, kompatybilnego. Nie był to proces całkowicie spontaniczny – nie wiem, czy nie sprzeciwia się to jakimś normom medycznym lub prawnym, ale… UWAGA!!!… tym sterowano!!! Już od poniedziałku po szkolę krążyły „swatki”: „ciotka” Bożenka, „ciotka” Jadzia, „mamuśka” Martyna oraz nasze „gwiazdki” Joasia i Madzia. Jak się dobrze poszuka, to się znajdzie – tak więc, po usilnych zabiegach udało im się znaleźć kilku straceńców, którzy zgodzili się na dobrowolną utratę wolności w ostatnich dniach zimowiska [że o wynoszeniu cudzych bagażów do autokaru i zakupie górskich obrączek nie wspomnę].

Proces „sterowanego zakochania” doprowadził do zakłóceń (bardzo zresztą sympatycznych) naszej balangi. Oto, na prawie 30 minut przed jej zakończeniem, „DJ w czerni” został poproszony o wyłączenie muzy. W zapadłej nagle ciszy padły słowa: „Czy Ty, Oliwio, zgadzasz się wyjść za mnie?”… i po chwili cicha odpowiedź: „Tak”. Wielkie brawa i taniec dla „zaręczonych” w kółku sympatyków zwieńczyły te pierwsze na zimowisku’2012 oświadczyny. Nie był to jednak koniec „miłosnych przygód” tego wieczoru. Po niecałym kwadransie muza znowu przycichła, a wszyscy zgromadzeni, spoglądając na składającego swojej Lubej homagium Michała, usłyszeli: „Karino, czy zgadzasz się zostać moją zimowiskową żoną?” Czy trzeba tu wpisać odpowiedź? … Zgadzam się z czytającymi ten tekst – nie ma takiej potrzeby; mogła być tylko jedna… A przypieczętował ją piękny zaręczynowy taniec obu par.

Tak to się składa w życiu, że szczęście jednych jest czasem odkupione łzami innych. Traktujemy zaręczyny i śluby jako zimowiskową zabawę – jednak po wyjściu z sali zabaw można było odnieść wrażenie, że wkroczyliśmy w czas apokalipsy. Full łez, rozpaczliwe szlochy i głośny płacz – tak zareagowały nasze panienki na „zabór” jednego z nielicznych facetów naszej grupy. Co dziwniejsze, wspólnie płakały wybrane i… hmmm… nie wybrane [któż pojmie kobiecą logikę???]. I właśnie te łzy stały się powodem swoistego bojkotu naszej dzisiejszej zabawy przez część kolonistek. Zabawa jakoś doszła do pomyślnego końca, ale Kadra cały czas zastanawia się, czy nie trzeba będzie wzywać Straży Pożarnej i dobrego kardiologa, aby usunąć szkody „powodziowe” i zaleczyć rany „złamanych serc”.

Kończąc pozostaje tylko mieć nadzieję, że jutrzejsze śluby zimowiskowe przebiegną w spokojniejszej atmosferze – bo jak nie, to lepiej od razu wezwać na pomoc brygadę GROM. Życząc naszym singlom i zaręczonym spokojnej nocki, a Rodzicom i czytającym ten „horror” spokoju w oczekiwaniu na ciąg dalszy serdecznie pozdrawiamy. Hasłem dzisiejszego dnia były wyśpiewane fajnie słowa: „Jesteśmy piękni…”

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Życzenia noworoczne

Autor: admin o niedziela 1. Styczeń 2012

Wkroczyliśmy w kolejny rok – czas nadziei i niepokojów. Moim Najbliższym, Przyjaciołom i Znajomym, Współpracownikom, „męczennikom literek” [czytelnikom moich tekstów] oraz Moderatorom obu stron [tej i parafialnej] i You Tube [dzięki którym mogę zamieścić poniższy nietypowy załącznik do życzeń – życzę SPOKOJNEGO, OBFITEGO W BOŻE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO I LUDZKĄ ŻYCZLIWOŚĆ NOWEGO ROKU 2012. KAŻDY DZIEŃ – DZIĘKI SKUTECZNEJ REALIZACJI NAJSKRYTSZYCH PLANÓW I ZAMIERZEŃ – NIECH STAJE SIĘ „CHWILĄ ZAPIERAJĄCĄ ODDECH”… wszak „Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale liczbą chwil, które oddech zapierają”.

„Na pohybel” wszystkim „czarnowidzom” życzę, aby ten czas był spokojny, stabilny – po prostu DOBRY. SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!!!

Napisany w moja praca | 10 Komentarzy »

Święta, święta…

Autor: admin o wtorek 27. Grudzień 2011

„Jest w moim kraju zwyczaj,

że w wieczór wigilijny

przy wejściu pierwszej gwiazdy

wieczornej na niebie

ludzie gniazda wspólnego

łamią chleb biblijny

najtkliwsze przekazując uczucia

w tym chlebie…” (C.K.Norwid)

Po 4-tygodniowym przygotowaniu i ostatecznej organizacji parafii (i chałupy) w końcu przyszedł czas na świętowanie jednego z dwóch najważniejszych wydarzeń naszej wiary i tradycji – Bożego Narodzenia. Od 4 lat obchód tego uroczystego czasu rozpoczyna się w tutejszej parafii nieco wcześniej – tradycję tę zapoczątkowały spotkania wigilijne Scholi Parafialnej i Służby Liturgicznej (do dziś z nostalgią wspominam tę „niepewność” – cóż też zgotuje nam „szeryf”?). Z czasem termin spotkania wigilijnego został przesunięty na styczeń – zmieniła się także jego konwencja (w miejsce spotkań grupowych zaczęliśmy organizować jeden „mega-opłatek” dla wszystkich grup [tu wielki ukłon i podziękowanie dla Dyrekcji Gimnazjum nr 1, która gościnnie udostępnia nam na te spotkania swoją szkołę]).

Od ubiegłego roku do grafiku naszych wigilijnych spotkań doszła wigilia organizowana przez szczególną grupę – Lubańskie Stowarzyszenie Abstynentów ODNOWA. Ci, poranieni przez życie, a jednocześnie tak silni trzeźwą codziennością ludzie, włączyli naszą Scholę (i mnie) do grona osób, z którymi chcą przeżywać radość Narodzenia Pańskiego.

Ubiegłoroczne, pierwsze spotkanie było dla mnie drugą okazją (po lipcowej mszy św.) spotkania z tą grupą. Było więc jeszcze bardzo oficjalnie. Tym razem jednak „zapuściłem już tutaj korzenie” – wakacyjna msza św., udział w obchodach Jubileuszu działalności grupy [podczas której otrzymałem „nominację” na… dziekana], no i wreszcie to spotkanie… Można by rzec, że tym razem (w odróżnieniu od roku minionego) znalazłem się między „swojakami”. Tegoroczne spotkanie 916.12.2011 r.) miało bardzo bogaty przebieg. Siedzibą był oczywiście – jak zawsze gościnny Miejski Dom Kultury w Lubaniu. Wśród Gości znaleźli się reprezentanci władz miasta (z Burmistrzem, p. Arkadiuszem Słowińskim, na czele), powiatu oraz przedstawiciele władz zaprzyjaźnionych miejscowości i gmin, grup abstynenckich z naszego regionu, a także… z Niemiec. W ubiegłym roku gośćmi była także nasza Schola – w tym roku przebieg uroczystości ubogaciła pięknym śpiewem zarębiańska Grupa od Anioła i Chór Parafialny. Piękny, klasyczny i profesjonalny śpiew wprowadziły nas w klimat modlitwy, która rozpoczęła naszą wigilię. Po zakończeniu części oficjalnej (której miałem przyjemność przewodniczyć) rozpoczął się czas „dzielenia opłatkiem i dobrocią”. W wielu instytucjach jest to także praktykowane, ale życzenia… hmmm… często mają charakter „pro forma” – jednak nie tutaj. Ludzie złączeni wspólnym doświadczeniem i „radością zwycięstwa nad słabością” mówili do siebie „na tej samej fali” – życzenia nie były „dopieszczone stylistycznie”, za to (co uważam za dużo ważniejsze) płynęły z samego serca i były po prostu szczere. Mimo, iż byłem osobą niejako z zewnątrz, nie czułem dystansu – nawet nieznajomi zdobywali się wobec „księgińskiego dziekana” na serdeczność i szczere, dobre słowa. W tej chwili opłatek nie był tylko tradycją – stał się elementem trudnej, ale zwycięskiej codzienności.

Kiedy w końcu opadły nieco „opłatkowe emocje”, a przy stołach zaczął się „konsumpcyjny ruch”, my zaczęliśmy się przygotowywać do naszego występu kolędowego. O jego charakterze – zdecydowanie innym niż poprzednie tego wieczoru – zdecydowały dwie kwestie: wspomniany wcześniej brak „dystansu” oraz specyfika naszej grupy. Rolę „konferansjera” przyjąłem ja [ku „przerażeniu” moich Scholistek – ale… zgodnie z „przesłaniem” tegorocznych imienin: SZERYF JEST TYLKO JEDEN!!!] – i ku zaskoczeniu grupy zaczęliśmy od… nie, nie od kolęd, ale od wspomnienia ubiegłorocznej mszy św. kończącej Przegląd Piosenki Abstynenckiej. Zaproszeni do „spalenia nadmiaru kalorii” uczestnicy wigilii z ochotą włączyli się w śpiewany dialog „Hej Jezu”. Wyszło nieźle, więc… czas zacząć kolędowanie. Po dwóch pierwszych zaczęła się „jazda” – wpadłszy w odpowiedni nastrój postanowiłem w podobny klimat wprawić pozostałych uczestników i obserwatorów naszego kolędowania. I tak najpierw wielkie i gromkie brawa zebrała Anetka, która – mimo, że nasza najmłodsza gitarzystka – „wymiata” na równi ze starymi wyjadaczami. Po kolejnej kolędzie owację zebrała „połówka” Martynki [połówka – bo „nówka ledwo śmigana” gitarka została w domu], która od tej pory oficjalnie wzmocniła (i tak potężne) siły scholkowego instrumentarium.

Szło nieźle, choć mniej więcej w połowie rozpoczął się swoisty „kryzys” – ustalanie kolejnych punktów koncertu zaczęło przypominać „licytację” {7 zwrotek… nie!!! Pięć… No dobra, niech będzie – sześć!!!}. Co więcej, nasze Dziewuszki musiały co pewien czas „uzupełniać poziom płynów” – zaczęły się więc „sprinty” do stołów i kubeczków. Jako, że zjawisko to zaczęło się nasilać „poprosiliśmy o pomoc” i… STAŁO SIĘ!!! Najpierw dołączyły do nas Panie z Grupy od Anioła i Pani Bożenka, potem z drugiej strony w nasz włączyły się głosy męskie. W miejscu naszego koncertowania zaczęło się robić tłoczno. I wtedy wpadliśmy na „szalony” pomysł – wspólnego pokolędowania z grupą z Goerlitz. Po krótkich ustaleniach otworzyliśmy oryginalny tekst „Cichej Nocy” (czyli w języku niemieckim) i wspólnie zaśpiewaliśmy. Może „szał” to zbyt mocne określenie, ale w tym momencie nasze śpiewania utraciło resztę rangi koncertu – po prostu zaczęliśmy wspólne kolędowanie, pełne radości i bez różnic wiekowych czy językowych.

Trwało to trochę. W końcu musiał przyjść finał – podobnie jak początek „przywłaszczyłem” go sobie. Może to trochę nie ten klimat, ale zaproponowałem wspomnienie tegorocznego Przeglądu Piosenki Abstynenckiej i wspólne odśpiewanie „Przeżyj to sam” (oczywiście, znowu o mało co nie złapałem „choroby morskiej”) i zadedykowałem przeróbkę „Ojca chrzestnego”. Napiszę tak: NAWET GDYBY W RAMACH OSZCZĘDNOŚCI SALA NIE BYŁABY OGRZEWANA, POD KONIEC NASZEGO KOLĘDOWANIA TEMPERATURA SPOTKANIA I TAK „TRĄCIŁA BY” TROPIKAMI.

Życie idzie jednak dalej, a że świąteczny czas zbliżał się coraz szybciej, więc przyszedł czas na ostatnie przygotowania do jego obchodu. Z jednej strony o przygotowanie serc zadbał nasz rekolekcjonista, ks. Adam Konobrodzki [wikariusz dziekańskiej parafii św. Jadwigi Śląskiej w Lubaniu], z drugiej zaś nasza wieloosobowa „grupa dekoratorska” rozpoczęła przygotowania do świątecznej dekoracji kościoła (a w naszym przypadku mikro-szopka to robota dla prawdziwych „macho”).

W tym rytmie przygotowań nie mogło oczywiście zabraknąć wigilijnych spotkań szkolnych. Dla mnie pierwszym były jasełka w szkole, w której uczę – w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2. Szkoła ma swoją specyfikę (przede wszystkim brać uczniowską stanowi młodzież), która daje się zauważyć także w klimacie prezentacji jasełek. Są dosyć luźne (choć jak się wsłuchać, to znajdzie się to i owo do przemyślenia). Podobnie, jak w przypadku Święta Niepodległości, dużą niespodziankę sprawiły nam dziewczęta z „klas policyjnych”, które zadbały o oprawę wokalną i ciekawe teksty przybliżające nam taj historię, jak i zwyczaje i tradycje świąteczne.

Ostatni przedświąteczny dzień „nauki” był bardzo pracowity i napięty czasowo. Zaraz po zakończeniu jasełek szkolnych w ZSP nr 2 odwiedziłem „moje” Gimnazjum nr 1 – szkołę o wieloletniej tradycji „aktorskiej”. Tu jasełka miały charakter poważniejszy, dostarczając wielu treści do przemyślenia. Uczniowie (jak zawsze) stanęli na wysokości zadania, prezentując bardzo wysoki poziom „warsztatu artystycznego”.

Można powiedzieć, że „w biegu” zdążyłem „na styk” na kolejną wigilię – znowu w ZSP nr 2, ale tym razem w gronie Nauczycieli, Obsługi i Emerytów uczelni. Jak zwykle niezawodna „Matka Przełożona”, Pani Ewa, odczytała fragment Ewangelii; wszyscy włączyli się w część modlitewną oraz wysłuchali ciepłych życzeń naszego Burmistrza, który zaszczycił nas swoją obecnością. Utkwił mi szczególnie w pamięci cytat: „Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które dech zapierają” – można je spokojnie potraktować jako przesłanie na te święta.

W końcu nadeszły święta. Pasterkę przeżyliśmy w bardzo ciepłej atmosferze (i w przenośni, i dosłownie – „tylko” 14 stopni) – ciekawym zjawiskiem towarzyszącym nocnej modlitwie stało się „szukanie szatni”. Od zakończenia Ewangelii co rusz ktoś szukał miejsca na złożenie „doczesnych szczątków… zimowych ciuchów”. Nie będę wytykał nikomu ziewania (bo i sam miałem „momenty słabości”) – choć magdzine określenie „atmosfera pogrzebowa” trąci sporą przesadą. Było po prostu spokojnie. Tegoroczna Pasterka miała zabarwienie nostalgiczne i wspomnieniowe – jako, że przeżywająca „drewniany jubileusz” [to moja piąta w tej parafii], stała się okazją do „powrotu do korzeni”… czyli włączenia w rozważanie śpiewu „Znak pokoju” (tu wielkie dzięki dla grupy Scholistek, które wsparły mnie podczas śpiewu). Dodam jeszcze, że na atmosferę pasterskiego czuwania duży wpływ wywarła także dekoracja kościoła – wewnątrz wystarczył nam blask rozświetlonych choinek, zaś na zewnątrz „bił w oczy” wielki neon głoszący chwałę Nowonarodzonego.

Dni świąteczne stały się okazją do spotkania z ciepłej atmosferze, ale… podczas mszy św. z udziałem dzieciaków… także do stwierdzenia, że niewielu spożyło naprawdę 12 potraw (ze mną włącznie – „parafialny barszcz z uszkami” wystarczył mi całkowicie) – śpiew był na poziomie „niemowlaków” (być może chodziło o to, że w tych dnia sprawdzała się zasada: „Usta milczą… żołądek śpiewa” – o to nie te tonacje, o które chodziło).

W pierwszym roku pobytu na parafii zostałem zaskoczony tradycją, z którą do tej pory (przynajmniej w taki sposób) nie miałem do czynienia – chodzi o KOLĘDNIKÓW. Byli oczywiście wcześniej śpiewacy, którzy zakolędowali przy drzwiach, ale KSIĘGIŃSCY KOLĘDNICY – to już „inna bajka”. Pierwsze dwa spotkania były dosyć skromne – przy plebanii kolędowały Natalia, Magda i Kasia (w drugim, bardzo mroźnym, roku dały się nawet „skusić” na herbatkę). Jednak od 2009 roku kolędująca grupa zaczęła nabierać charakteru grupowego – i do parafialnej tradycji weszło goszczenie się na plebanii w wieczór drugiego dnia Świąt.

Tak było i w tym roku – tym razem grupa kolędników liczyła 12 osób (norrrrrmalnie… apostolska liczba). Po kilkakrotnym niecierpliwym dzwonku (to chyba „nosiło” Pawła) gospodarza (tym razem w 100% przygotowanego) powitała radosna „kolęda plenerowa”. Trwała jednak krótko, bo w tym roku niebo wciąż „płakało” – zaproszeni Goście nie dali się więc prosić, aby kontynuować kolędowanie w proboszczowskim zaciszu. Nasze „ochroniarki” [p.Małgosia i p.Bożenka] zadbały o przygotowanie stołu, przy którym tymczasem rozpoczęło się przekomarzanie „co zaśpiewamy” – inauguracja „kolędowego szaleństwa” odbyła się w języku… chyba hiszpańskim /!!!/. Później zdecydowano się na formułę „świątecznej szansy na sukces” – każdy typował losowo numerek ze śpiewnika i… śpiewaliśmy to, co pod nim było [forma „my” jest nieco na wyrost, bo ja akurat robiłem za… „świątecznego paparazzi”]. Mimo ilości typów repertuar nie został wyczerpany – w odróżnieniu od stanu części wykonawców… ale czemu się dziwić: „renifery” [Joasia, Kasia i Paweł] wolą śnieg (a nie prawie 20 stopni w cieniu); kołysanie w ramionach Martynki uśpiło nie tylko naszą małpkę, a chowające się za kartami śpiewnika „wesołe duchy” (nasza „ochrona”) straciły więcej sił na łapanie „śmiechooddechu” niż na kolędy. Do tego doszedł jeszcze – uprawiający świeczkowe „czary-mary” Paweł i zasypiający po każdej półnucie Michał oraz trzymająca naprzeciw dzielnie pion Gabrysia i nasz „generał”.

Nie brakowało oczywiście „dramatów” – gitara Magdy okazała się… wampirem – spuszczając swojej właścicielce trochę krwi [auauauau….!!!], zaś Pan Paweł i Pani Halina dzielnie walczyli z opadającymi na oczy „czapeczkami krasnali z czarodziejskiego lasu”. To wszystko było oczywiście rejestrowane, co „pozytywnie” wpływało na luzik atmosfery – szczytem luzu stała się… 3-minutowa idealna cisza (najpierw nakręcona, ale potem skasowana na rzecz ciekawszych ujęć) zakończona w końcu tekstem Magdy: „Ale nudno na tej plebanii” (nudno czy nie, ale Was przetrzymałem – paparazzi górą!!!!!).

Każdy śpiewnik ma swoją ostatnią stronę – nasz scholkowy nie jest tu wyjątkiem. Odśpiewanie ostatniej kolędy nie oznacza jednak, że zapadło milczenie. Nic z tych rzeczy – wtedy, kiedy zaczęła mi się kończyć rejestrująca spotkanie pamięć, rozpoczęło się najciekawsze. Niepoświęcona jeszcze „gitara-wampir” zaczęła wydawać dziwne dźwięki, przy stole zaczęły powstawać mega-składanki… jakby nieco nieświąteczne (Ale miłe dla ucha), a kiedy Kolędnicy zdecydowali, że już pora wracać do domu… śpiewy przeniosły się na ulicę. Trwając dzielnie przy drzwiach słyszałem zamierające echo… hmmm… śpiewów… jeszcze z 10 minut po zakończeniu kolędowego spotkania.

Jeśli ktoś czytający ten tekst nabierze jakichś podejrzeń czy wątpliwości, śpieszę je uspokoić – spotkanie było super i mieściło się w konwencji, a że proboszcza „przemianowano” w listopadzie na „szeryfa”… to skutki – westernowska wersja dostojnej tradycji kolędowej. Pozostaje mieć nadzieję, że rozpoczynająca się dzisiaj kolęda parafialna będzie miała bardziej standardową formę. Z tą nadzieję pozdrawiam serdecznie, dziękuję za uwagę i gratuluję… ale tylko tym, którzy zaczęli od początku (a nie jak mój znajomy – od ostatniego rozdziału).

Napisany w moja praca | 5 Komentarzy »

„Listopadowe szaleństwa”

Autor: admin o środa 23. Listopad 2011

Niniejszy opis jest kontynuacją pierwszej części, którą można znaleźć w tym miejscu STRONY PARAFIALNEJ . Tam podjąłem się próby oddania klimatu koncertu, który odbył się z racji wspomnienia św. Cecylii. Teraz stoi przede mną dużo trudniejsze wyzwanie – opis spotkania popołudniowego, którego najlepszą kwintesencją będzie określenie „Boże szaleństwo”.
A skoro nawiązuję do opisu mszy i konkursu, to muszę jeszcze dodać, że – poświęcone różnicom między królestwem ziemskim i Bożym – kazanie miało charakter wybitnie integracyjny. Oto podczas spontanicznych odpowiedzi dzieci znalazło się jedno, które można nazwać „bratnią duszą” naszej Pani Beaty – parafialnego autorytetu w kwestii obuwia. To teraz będziemy mówili: „Co 4 buty to nie para”.

Czas na drugą odsłonę łączonej uroczystości patronalno-imieninowej. Podjęcie się opisania jej jest swoistym „szaleństwem” – ale tylko tak rozumując można spróbować opisać „szaleństwo” (bo to określenie – w jego najbardziej pozytywnym znaczeniu – najlepiej pasuje do tego, co działo się po południu na plebanii.

Po koncercie i sumie parafialnej atmosfera nieco się wytonowała. Imieninowi Goście (przedstawiciele Wałbrzycha, Świebodzic, Polkowic i Jeleniej Góry) spokojnie się gościli; ja poznałem „smak posiadania zdecydowanej gosposi” [tu ukłon w stronę Iwonki] – zaczęło być przytulnie, ale…

…już wkrótce przybyła „ekipa balangowa”, która przystąpiła niezwłocznie do czynności przystosowania plebanii do „najazdu” Scholi. Zaczęło się „rzucanie” szkłem, skończyła się „czajnikowa laba”, na stole pojawiło się ciasto – taaaaak… świętowania ciąg dalszy czas zacząć.

Już przed 15:00 na placu zrobiło się gwarno i tłoczno (jak ta trzynastka potrafi zapełnić taki duży plac… rozmnożenie czy jak?) – w końcu ktoś „zdobył się na odwagę” uruchomienia „piekielnego urządzenia stawiającego właściciela na nogi” (czytaj dzwonek). I… stało się…

Główna kanapa zaczęła się uginać pod ciężarem wierzchnich ciuchów, przy stole zaczęło się dużo dziać, ciasta zaczęły dostawać „drgawek” (nie z racji „wieku”, tylko dzięki „młodym konsumentkom”). Na żądanie moich Dziewczyn przyjąłem godność „szeryfa” (ta koszulka jest rewelacyjna: „Szeryf jest JEDEN”). W centrum zainteresowania znalazła się oczywiście tradycyjna mega-pizza – w końcu zanim zaczniemy śpiewać, trzeba zebrać siły.

Nie wiem, czy tak wyszło, czy też nieświadomie to zaplanowałem (sorka za ten logiczny lapsus), ale w jadalni pozostała w tym dniu moja „weteranka” (czyli gitara). Początek drugiego w tym dniu scholkowego koncertu był mimo to spokojny, ale… coś było w atmosferze tego popołudnia, i – po kilkunastu minutach „bawienia” ogółu Gości – w końcu coś „pękło”… wziąłem się za nią. Najbardziej poszkodowanym był chyba pan Krystian, który znalazł się tuż przy niej – tak, tak, nawet na balandze można zostać „męczennikiem”.

Początek koncertowania zdominowały oczywiście – prezentowane podczas pierwszego występu – newsy. Wyszły jeszcze lepiej niż przy ołtarzu [tym bardziej, że tym razem „śpiewacze wygibasy” prezentowało dużo więcej Scholistek]. Każdy utwór był nagradzany brawami reszty Gości, oraz muczeniem „krówki” i chichotem „małpy” (dodam – ta „krówka” to prezent Scholi sprzed 2 lat). Kiedy jednak doszliśmy do „starej” części śpiewnika, powstał dylemat: kończymy, powtarzamy repertuar czy też… lecimy do samego początku. „Szeryf” zdecydował się na to ostatnie, więc cóż – z westchnieniem „rezygnacji” otworzyliśmy zakurzone stronice naszej scholkowej „prehistorii”.

Jako że największa część śpiewnika powstała w pierwszym roku naszego istnienia, więc wkrótce zabrzmiały dźwięki takich „antyk-hitów” jak „Hej Jezu” czy „Tyś jak skała”. Ciągłe jednak korciło nas, aby jeszcze raz wrócić do nowości – i tak, po prawie dwugodzinnym „maratonie” znowu zaczęliśmy śpiew „Zaufaj Panu” i „Chwalę Cię”. Tym razem jednak nie dało się usiedzieć – część z nas zaczęła „pląsać” (starając się tylko oszczędzić „proboszczowską zastawę” – udało się, szkło pozostało całe; trochę gorzej z tymi, którzy nadziali się na stołowe narożniki). Jakoś w tym czasie zaczęli się rozjeżdżać Goście spoza Lubania [oczywiście wierzymy, że to nie efekt „tanecznych popisów”] – dla nas stało się to sygnałem wzmożenia wysiłków taneczno-wokalnych. Nie da się ukryć – mimo dużej kubatury pomieszczenia i wyłączenia ogrzewania w pewnym momencie zaczęło być duszno i gorąco. W końcu trzeba było zwolnić i znowu zająć się… „walką z zawartością stołu” [tu niestety musimy się przyznać do „totalnej klęski” – daliśmy radę tylko jednej (z dwóch zakupionych) pizzy… kurczę, zawsze coś zostawało, ale przeważnie były to… pudełka].

W końcu, gdzieś koło 18:00 zaczęło się „zwijanie żagli” – ktoś wspomniał o nauce; ktoś inny, że trzeba odpocząć… i tak oto dobiegł końca ten wyjątkowy dzień. Na początku tego opisu użyłem słowa „szaleństwo” – jego zwieńczeniem niech staną się inne, użyte przez zaskoczonych ciszą Państwo Jackiewicz: „Tak szybko?!?!?!”.

Już od 3 lat łączymy święto Scholi z moim – zawsze jest ciekawie, ale tym razem… chyba „przeszliśmy samych siebie”. Za wspaniałą atmosferę obu odsłon świętowania dziękuję naszym „Gwiazdom” i „rodzynkowi”, Panu Pawłowi. Dziękuję za wielką pomoc i świetny humor wszystkim Gościom – szczególnie zaś Rodzicom, którzy pomogli zorganizować „stół biesiadny”. Ten dzień wpisał się na trwałe w moją pamięć i za to SERDECZNIE DZIĘKUJĘ!!!


Napisany w moja praca | 3 Komentarzy »

ŻYJE SIĘ TYLKO RAZ czyli… WARTO BYŁO

Autor: admin o poniedziałek 10. Październik 2011

Stało się już tradycją rozpoczynanie kolejnego roku pracy naszej Scholi EDEN od… radosnego i kreatywnego (choć nasze „Gwiazdy” używają tu zamiennika – „sadystycznego”) wysiłku fizycznego. Wiadomo, że płuca najbardziej odświeża ożywczy podmuch halnego albo bryzy morskiej – do Wybrzeża jest ździebko daleko, więc… pozostają góry.

Po kilku przesunięciach terminu na datę „górskiej próby” wybraliśmy sobotę 08.10.2011 roku. Wprawdzie zostały zaproponowane kontrpropozycje (basen, Książ), ale wiadomo… demokracja zawsze zwycięży, więc plany wyjazdowe zostały zdominowane przedstawioną nam bogatą „ofertą górskich uciech”. Wybraliśmy (oczywiście całkowicie dobrowolnie) Karpacz i jedną z tras – z nadzieją, że nasz „Szeryf” padnie tam, jak rok temu przy Moni i Agacie.

Od czwartku jednak zaczął się kryzys – prognozy straszyły nas chmurami i deszczem, a poza tym my, „gorące sztuki” lubimy „klimaty tropikalne” (iść w góry przy 5 stopniach?!?!?… nie ma takiej opcji!!!). Wydawało by się, że sprawę przesądził sobotni poranek – zachlapany, chłodny, nieprzyjemny. Ożywiło to na chwilę łącza internetowe – tylko w ten sposób bezstresowo można było odwołać rezerwację na „mega-wyjazd”.

Okazało się jednak, że w naszym gronie są „odszczepieńcy” (żeby nie napisać „masochiści”), dla których ta pogoda nie była wcale zła. Przed 9:00 pojawiły się najpierw Agata i Monia, w chwilę później dotarła także Zosia. Punkt dziewiąta zajechali Państwo Rybiccy w pełnym, 4-osobowym komplecie. W końcu pojawił się także kolejny kierowca, Pan Ryszard – i zaczęło się ustalanie programu wypadu.

Od razu odpadły projekty „stacjonarne” typu basen czy Hejnice lub Książ. Pozostały więc góry, ale… (jak się dowiedział nasz „szef”) tam przez cała noc padało, temperatura nie jest za wysoka (3-5 stopni) i obniżyła się granica śniegu – cóż to jednak dla nas. Najlepszym podsumowaniem było chyba stwierdzenie Pana Krystiana: „Przynajmniej spróbujmy”. OK – w końcu „co nas nie złamie, to nas podniesie”.

Początek jazdy upłynął w nastroju nieokreślonym – z jednej strony frajda, z drugiej – nieco horrorystyczne widoczki za szybami. Ale przeważył optymizm, którego poziom wzrastał wraz ze zbliżaniem się do celu – nie żeby pojawiło się słońce, ale okazało się, że pogoda nie jest wcale taka tragiczna.

Jadąc za „srebrnym pancernym z psem” dotarliśmy do znajomej (dla Moni, Agaty, Oli i Sebastiana) trasy – rozpoczynającej podejście żółtym szlakiem z Wilczej Polany przez Szeroki Most do Schroniska nad Łomniczką. Początek (czyli tzw. rozgrzewka) trwał krótko – do mostu, za którym weszliśmy na skalistą ścieżkę szlaku prowadzącą… szok!!!!… wciąż pod górę!!! Tempo w sumie nie było najgorsze – podobnie jak rok temu nie wszyscy go jednak wytrzymywali (nasz „szeryf” dzielnie pilnował, aby nikt nie został w tyle – hmmm… wygodne). W sumie jednak im wyżej, tym „kryzys wysokościowy” ujawniał się u coraz większej liczby uczestników. Dało się to poznać po: „astmatycznie zdrowych oddechach”; „tempie szarżującego żółwia”; „górskiej bladości” na niektórych twarzach oraz [już poważniej] znikomej ilości dokumentujących to fotek (norrrrrmalnie szok!!!). O ile jednak przed pewien czas „oddech naszej szkapy” dobiegał raczej z tyłu, to w połowie podejścia dołączył do niego „szkapi chórek” kilku osób (personalne milczenie niech będzie oznaką miłosierdzia piszącego). Pojawiły się też pierwsze halucynacje myślowe („Daleko jeszcze?!?!?” – a co to??? Jesteśmy w królestwie Shreka???). Mimo to jednak – wpatrując się w coraz słabiej widoczny wzorek kurtki pana Krystiana (który „wydarł” jak Małysz) – posuwaliśmy się naprzód (gdyby Armia Czerwona posuwała się w tym tempie, Wrocław do dziś byłby niemiecki).

  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg

Faktem jest, że pogoda nas jednak zaskoczyła – ruszając spodziewaliśmy się, że wkrótce coś nam przerwie wspinaczkę. Tymczasem, mimo dużego zachmurzenia, niebo zmilczało naszą obecność i nikomu „nie chciało się zapłakać nad naszym losem”. Nawet temperatura (w sumie nie za wysoka) pomagała w szukaniu w sobie „rezerw mocy”. Dopiero przed samym dojściem do Schroniska „Nad Łomniczką” najpierw ostro powiało i pochłodniało, a zaraz potem poczuliśmy „górski płacz litości” – początkowy „kapuśniak” szybko zamienił się w nieomal ulewę, więc szybko schowaliśmy się w schronisku (dołączając do kilkunastosobowej grupy „góroli”). Mimo, że było cieplej niż na zewnątrz, uderzyło nas jedno: „Czemu tutaj jest tak ciemno???” – fakt, za wyjątkiem kilku świec pomieszczenie oświetlała tylko szarówka zza okien. Na zewnątrz zaś Duch Gór postanowił zaserwować nam wyjątkową atrakcję – mieliśmy okazję poobserwować pierwszą (dla nas w tym roku) ŚNIEŻYCĘ!!! I to nie byle jaką – przez kilka minut widać było zaledwie na 3-4 metry. „Pokaz” trwał jednak krótko i po prawie godzinnym odpoczynku postanowiliśmy… ruszyć na Śnieżkę!!! (o sorka – tu mi się „włączyła” retrospekcja – tym tekstem o mało co nie doprowadziliśmy do zawału jedną starszą panią przy naszym stole i podnieśliśmy ciśnienie Zosi i Oli [które „łyknęły tekst bez mydła”]).

Wiadomo – podczas zejścia działają silniej prawa grawitacji, więc do uprzywilejowanych należeli ci, których przyciąganie „łapało mocniej”. Nasze dziewuszki i Sebastian „wydarli” w tempie wyścigowym, zostawiając nam, dorosłym, „łamanie ciszy wyborczej” ( ku wiadomości OKW – to oczywiście żart). Przyhamowali dopiero koło grupy pojazdów z „kogutami” – „oj panienki, czyżbyście coś miały na sumieniu???”. Kiedy jednak minęliśmy tę grupę zaczęło się od nowa.

O ile podczas trasy w górę nasz kapłan „pilnował tyłów”, o tyle z chwilą wejścia w „strefę cywilizacji” (czytaj Karpacz) objął funkcję prowadzącego – choć może niezupełnie, gdyż swoistą czołówkę stanowił „samotny górski traper” Sebo i nasze „Gwiazdki” (którym niedaleko skoczni zaczęły się bacznie przypatrywać nawet niemowlaki – hmmm… ciekawe, dlaczego). Ten układ pasował, dopóki schodziliśmy „cywilizowanymi szlakami”. Jednak w pewnym momencie „szeryf” zaproponował zejście w „dziką trasę” i zaczęło się. Najpierw nasze dziewuszki musiały zawrócić i z „wielką ochotą” podejść z powrotem tych kilkanaście kroków. Jeszcze bardziej ciśnienie podniosło się Sebastianowi, który aby wrócić musiał przejść… chyba pół Karpacza. W końcu jednak wszyscy dotarli i zaczął się „odcinek specjalny”.

Pierwszym niebezpieczeństwem stała się możliwość „niekontrolowanego zjazdu horyzontalnego” w przypadku nieuwagi. To spowodowało, że wszyscy raczej trzymali się grupy i jakość… udało się zachować „pion”. Oczywiście zaraz potem Sebo ruszył przecierać szlak, co kosztowało go dwa kolejne powroty (w momencie wyboru niewłaściwego kierunku). Nie da się ukryć, że w trasie tej krył się swoisty urok – sporo lasu, niezbyt pewnie wyglądający mostek (po którym, „na próbę”, przeszedł jako pierwszy najlżejszy z nas – „szeryf”) i niesamowite zejście do potoku. „Wilcza Polana” była czarująca – no, może za wyjątkiem kolejnej fazy deszczu, który przyspieszył nieco tempo naszego marszu.

W końcu doszliśmy do ul. Wilczej, skąd już tylko minuty dzieliły nas od „zasłużonego odpoczynku”. Oczywiście, Sebo doszedł jako pierwszy – po nim grupa Panienek, w końcu „dinozaury”. Odstępu czasowe przydały się dla bezpieczeństwa podróży powrotnej – w końcu trzeba było „przewentylować nasze odnóża dolne”, a to mogło być zagrożeniem dla koncentracji naszych kierowców.

Tajemnicą poliszynela jest to, że każdy wyjazd jest obwarowany swoistą klauzulą – damy z siebie wszystko, ale… MxDonald’s musi być!!! Przed tym warunkiem ustąpili nawet „maniacy zdrowego żywienia”. Tak więc trasa powrotna musiała zahaczyć o Jelenią Górę i jej najważniejszy (dla nas) lokal gastronomiczny. Pobyt tam trwał coś koło godziny – i nie chodzi tu o kalorie, ale o frajdę. Przy okazji, co niektórzy poznali prawdziwą cenę niektórych artykułów – np. „cmok” za łyka Coli.

Powrót był w sumie spokojny – dziewczyny miały swoje „babskie sekrety”, a my, koło kierownicy próbowaliśmy zachować spokój, widząc „jazdę barana” innego kierowcy, który… wytrącił w końcu w równowagi jednego z nas.

Jak zawsze, na koniec pozostaje jedno (ale za to jakie piękne) słowo DZIĘKUJĘ. Słowo to kieruję w stronę tych, którzy wzięli udział w dzisiejszym wypadzie: Państwu Renacie, Krystianowi, Oli i Sebastianowi Rybickim; panu Ryszardowi i Monice Piekarskim, Agacie Mikulskiej i Zosi Undro – za wspaniałą atmosferę wypadu inauguracyjnego. Mam nadzieję, że to dobry początek kolejnego roku – tak naszej współpracy, jak i „terenowych przygód”. A tym, którzy zwątpili dedykuję jedno słowo (ale bez złośliwości): ŻAŁUJCIE!!!

Napisany w wycieczki | 5 Komentarzy »