Blog J.B.

„Szły sobie kaczuchy trzy…”

Autor: admin o wtorek 3. września 2013

3 września 2013

1 września tradycyjnie kojarzy nam się z rocznicą wybuchu II wojny światowej oraz z momentem rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego. W tym roku jednak data ta przypadła na niedzielę [już słyszę ten jęk zawodu oczekujących na pierwszy dzwonek dzieci i młodzieży :-)], więc postanowiłem wykorzystać to na „nietypową” inaugurację roku szkolnego 2013/2014 – nietypową, bo górską.

Po 2-dniowym „maratonie” z młodzieżą młodszą dzisiaj postanowiłem – wraz z młodzieżą starszą [czyli z „sąsiadami”: Dominiką, Grzesiem i Nadią (moją „przylepką”)] – popróbować swoich sił na większych wysokościach. Oczywiście na razie odpadało podchodzenie „z buta”, ale i zejście może stanowić nie lada wyzwanie. Trzeba tylko wybrać właściwą trasę.

Po zakończeniu sumy parafialnej ruszyliśmy więc do Karpacza, zlecając kierowanie nami „Czesiowi” [czyli dysponującemu tym głosem GPS-owi] – sprawował się nieźle, ale przy okazji okazał się „jurystą bez serca”… wystarczyło kilka kilometrów poza normę, a już pasażerów (bo przecież nie kierowcy) bawiło namolne: „Wolniej, wolniej!!!”. Ale jakoś pchaliśmy się do przodu – tym łatwiej, że kierowca skorzystał z dopingu (dwa hot-dogi). Tak dotarliśmy do Sosnówki, gdzie „Czesiu” skierował nas na wąską, ale urokliwą drogą do Karpacza Górnego (przez Borowice). Tu zostało jeszcze tylko znaleźć wypożyczalnię i bezpieczne locum dla „Srebrnej Strzały” i… JESTEŚMY GOTOWI!!!

Początek (do miejsca „anomalii grawitacyjnej”, gdzie samochody jeżdżą pod górę bez napędu) była jedna wielka „laba” – z górki, no i wypoczęci. Potem lekkie podejście i jesteśmy na stacji wyciągu. Szybka decyzja, kto wiezie naszą „perełkę” Nadię i… w ubezpieczonym szyku (my jako strażnicy – fajnie być Bodyguardem) zaczęliśmy 17-minutowy podjazd na górną stację wyciągu. Po drodze pojawiły się „lęki” o wytrzymałość liny i siłę naciągu, ale w sumie – przecież nie jechał nikt zbyt ciężki, nie?

Nie da się ukryć, że w Karpaczu pogoda była zdecydowanie bardziej zachęcająca niż tu, na górze. Cała Równia pod Śnieżką to było jedno wielkie „wygwizdowo” – pewnie dlatego „wyrwaliśmy górskim ekstra-tempem” (i tu spieszę sprostować: to nie ja narzuciłem to tempo – wyszło jakoś „samorzutnie”). Zanim jednak puściliśmy się na niebiesko-czerwony szlak, Nadia „zamówiła taryfę” (czyli Grzesia), którą miała dotrzeć do celu – było więc trochę zamieszania ze spasowaniem nosidła, ale po kilku minutach dwa „wielbłądy” i Dominika ruszyli przed siebie (pamiętając, że do ostatniego zjazdu zostało tylko 40 minut – ale przecież my nie będziemy zjeżdżali!!!).

Do wysokości Kotła Małego Stawu droga była raczej spokojna. Mnie zdziwiły trochę zmiany w przebiegu i jakości szlaku, ale poza tym cała reszta była „powrotem do przeszłości” (kiedy wjazd wyciągiem uważałem za duży dyshonor) [tu dodam osobistą refleksję: oczywiście szlak był super, ale trochę brakowało tej „dzikości” sprzed kilku lat]. Kiedy pojawiło się znowu słońce Nadia stwierdziła, że czas odciążyć trochę „taryfę” i postanowiła nam pokazać, że „dziecko potrafi”. Zaraz potem doszliśmy do rozwidlenia szlaku niebieskiego z drogą przyjaźni polsko-czeskiej (szlak czerwony) – UWAGA! JESTEŚMY W TYM MOMENCIE NA WYSOKOŚCI 1414 m.n.p.m.!!!

Tu zaczęły się piękne widoki i ciekawy szlak. Nadia sprawdzała każdy podkład (chociaż to nie tory), my zaś podziwialiśmy panoramę Małego i Wielkiego Stawu oraz (dziwnie mały z tej wysokości) zbiornik koło Podgórzyna. Nareszcie można było trochę „poskakać” po kamieniach (dobrze, że nie było ograniczeń „naprężenia” szlaku, bo wstrząsy były chyba odczuwalne na aparaturze w zamku Książ).

Z chwilą dojścia do szlaku zielonego zapowiadało się, że najcięższy odcinek dzisiejszego spaceru mamy za sobą – nic bardziej mylnego!!! Podejście nie było bajką, ale zejście… to naprawdę zaczęło być wyzwanie. Nadia znowu trafiła do „górskiego TAXI”, my zaś po krótkiej chwili zostaliśmy przez nią przechrzczeni na „górskie gąski” (to od tekstu, że idziemy „gęsiego”) – choć akurat my dwaj to bardziej „gąsiory” (no, ale nie będziemy się spierać z kobietą, nawet jeśli jeszcze maleńką).

Nie będę ukrywał, że spory dystans czasowy od zaliczenia tego szlaku (do tego było to w zimie) spowodował kilka „fałszywych alarmów”, że „to już Polana!”. Niestety, za każdym razem okazywało się, że to po prostu tylko leśna przecinka. Dopiero po ponad 30 minutach ujrzeliśmy znowu „cywilizację” – kilkunastu turystów i wyglądający dziwnie równinnie [po ekstremalnym zejściu szlakiem zielonym] szlak turystyczny i cudo „architektury biwakowej”… Polanę [!!!]. No, czas na małe „co-nieco”. Dominika wypowiedziała „Sezamie, otwórz się!” i na stół trafiły lubańskie specjały – wśród nich kanapki (które wywołały nieoczekiwane skutki – ale o tym za chwilę).

Ze zrozumiałych względów postój nie mógł być zbyt długi (no, chyba że zamówilibyśmy transport GOPR-u) – szybko więc uwinęliśmy się z prowiantem i ze „stęknięciem” ruszyliśmy w dół. Trwało to bardzo krótko, bo nasz przewodnik oczywiście znowu trochę zamieszał w planach proponując zaliczenie Drogi Bronka Czecha (a cóż to takiego???) – miało być ciekawie i trochę „na skróty”; okazało się… nieco inaczej. To, że zaliczyliśmy parę ładnych górokilometrów, to było do przewidzenia, ale nikt nie obiecywał nam… „górskich wyścigów”!!! Tak, tak… pod koniec trasy [kiedy my mieliśmy już pewne „regeneracyjne” problemy nasza Nadia dostała nagłego powera i jak Pershing  wyrwała, jakby była na Olimpiadzie. Bodyguard Grześ doznał przez to lekkiego uszkodzenia prawej ręki (naciągnięcie tak około 10 cm) , my zaś zaczęliśmy przeżywać „traumę porzuconych” [oj, Pani Beato! Gdyby Pani to widziała, nie byłoby tego zatroskanego pytania telefonicznego: „I jak tam się ma nasze biedactwo?” – te „biedactwa” to tak naprawdę my!!!]. Okazją do lekkiego oddechu stał się krótki postój przy Dolinie Pląsawy, ale dalszy ciąg trasy niestety przebiegł w podobnym rytmie [narzuconym przez „biedną i nieszczęśliwą” Nadię] – dodam, że tylko dwa razy udało mi się zbliżyć do naszej liderki na wyciągnięcie ręki, ale w odpowiedzi następowało za każdym razem gwałtowne przyspieszenie i „dostawałem po okularach kamykami z butów” (dobrze, że Nadia jest jeszcze mała, to i kamyki były proporcjonalnie niewielkie – ale co będzie, jak nam toto wyrośnie na „osiemnastkę”? – dostanę po oczach „tonowym kamulcem”?!?).

Nadia nie odpuściła do samego asfaltu, potem jakby nieco wytonowała, ale to podobno dlatego, że „już jej się nie chciało” [tu przyszły mi na myśl słowa piosenki: „Nie wierz nigdy kobiecie”] – w każdym razie do samochodu jako pierwszy doszły „gąsiory” (czyli my dwaj). Nasze „gąski” doczłapały po chwili.

Nie wiem, czy „Srebrna Strzała” wyczuła „fluidy konania” – w każdym razie aż ugięła się, kiedy padliśmy na jej wygodne siedzenia. „Teraz jeszcze tylko bezpiecznie dojechać do domu” powiedziałem i… jedziemy… ale nie do Lubania…

To była kolejna niespodzianka dzisiejszego wypadu. Już na szlaku ustaliłem, że wpadamy na kawusię i herbatkę do Roberta w Ściegnach. Wizyta dała okazję rozgrzania się, a dla Dominiki i Grzegorza – do zaplanowania samodzielnego wypadu górskiego z noclegiem. Nadia mogła podziwiać „mini-rekiny” czyli rzeczne pstrągi, których kilkanaście pływało i czekało na „coś dla brzusia”. Ale podziwianie podziwianiem, a tu już prawie 20:00 – a przed nami jeszcze jakieś „zdrowe jedzonko”. Początkowo była alternatywa: smażalnia albo M’c Donald’s, ale kiedy w Sosnówce „pocałowaliśmy furtkę” alternatywa zmieniła swą postać – (używając formuły Dominiki) trzeba było wybrać: M’c Donald’s albo M’c Donald’s. Nie zgadzam się jednak, że wybraliśmy to drugie. Będę się upierał – wybór padł na to pierwsze!!! Ale nieważne – grunt, że jedzonko było pyszne, choć kosztowne /?!!?!?!/… kosztowało sporo nerwów, bo obsługiwał nas gościu, przy którym leniwiec czy miś Koala to jedna wielka eksplozja mobilności i tempa życia. Za dowód niech posłuży fakt, że kiedy czekałem na realizację zamówienia cała pozostała trójka (oczywiście nie nabijając się ze mnie) zgadywała, czy już złożyłem zamówienie czy jeszcze nie [gratulacje dla sieci!!! Znaleźć takiego oryginała to MEGASUKCES!!!].

Trasa powrotna była już spokojna; momentami aż za bardzo – Grzegorz („przyklejony” do szyby „słuchał słów piosenek”; Nadia „szukała świateł reflektorów” a Dominika – mruczała razem z „Mocnymi w Duchu”). I byłoby super, gdyby nie to zaraźliwe… ZIEEEWAAAANIEEEEE!!!!

 

Dobrze!!! Tyle gwoli wypadu. Fajnie, że są jeszcze ludziska, dla których wałęsanie si po górkach jest przyjemnością. Nie będę ukrywał – kosztowną (bo coś jakby teraz „strzykało” w kościach), ale… dla tych widoczków i dobrego towarzystwa warto znieść nawet konsekwencje (i proszę nie naśladować mojego Taty, który przed każdym wyjściem w góry każe mi zerknąć na dowód osobisty [rubryka: data urodzenia] i wagę –oj tam, oj tam… takie szczególarstwo]. Dzięki za fajowy dzień i oczywiście… LICZĘ NA CIĄG DALSZY!!!

 

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Górski sadyzm czyli… widziane oczyma „poszkodowanych”

Autor: admin o wtorek 3. września 2013

01.09.2013, godzina ok. 12:30. Pod plebanią spotykamy się z Proboszczem, aby po długich planowaniach, w końcu ruszyć na górskie szlaki. Pogoda nie była najgorsza ale…tyyyyle czekaliśmy na tą wycieczkę, że nic by nas nie powstrzymało 😉

Kiedy Srebrna Strzała ruszyła, zaczęliśmy się zastanawiać – jak to będzie? Bo trasa wycieczki – mimo wielokrotnego powtórzenia przez naszego Przewodnika…hmmm…nic nam nie mówiła 😉

Dzięki Czesiowi dojechaliśmy do Karpacza, który wiele razy twierdził iż nasz Kierowca jedzie za szybko. Cóż, przyznam nie widziałam prędkościomierza – może to i lepiej;-)

Po zaparkowaniu, ruszyliśmy po prościutkim chodniku i to z górki…Dotarliśmy do wyciągu i kiedy wskoczyliśmy na krzesełka – ja z Nadią poczułyśmy się jak Gwiazdy – Przed nami i za nami Bodyguard:-) To się nazywa obstawa;-)

Podjazd dość spokojny…ale tuż przed „metą” wyciag zaczał lekko zwalniać…hmmm…to chyba nie dlatego, że Szeryf zasiadał przed nami?! 😉

Na górze rozdzieliliśmy „obciążenie” i ruszyliśmy za Przewodnikiem. Dosłownie „ZA”, bo Szeryf ruszył dość ostro. Na szczęście szybko ustaliliśmy, że w sumie to nigdzie nam się nie śpieszy. I tak już we czwórkę podziwialiśmy widoki.

Dość szybko najmłodsza uczestniczka poczula mały głód. Przydałoby się jakieś spokojne miejsce. Szeryf poinformował nas, że za ok.30 min. dotrzemy do Polany. Zaczęła się pierwsza część schodzenia.

„Tato, a co to zaczy gęsiego?” No…jak gąski.

I jak te „gąski” podążaliśmy na dół.

Nagle Gąska prowadząca oświadczyła „CHYBA widzę polanę.” Idziemy…idziemy…”O, chyba jednak nie.” Po kilku minutach ponowne „CHYBA” – ale intensywniejsze. Tak, naszym oczom ukazała się Polana.

Stół, ławki…aż chciało sie usiąść:-)

Rozdzieliliśmy kanapki, które dzielnie „dźwigał” nasz Szeryf i po małym odpoczynku ruszylismy dalej. Ponieważ plecak zrobił się sporo lżejszy, postanowiłam „odciążyć” Przewodnika. Taki dobry uczynek z mojej strony;-)

Powrót trasą Bronka Czecha był kolejną – zaskakującą częścią. Najmniejsza Gąska „wyrwala” po kanapce tak, że zostaliśmy z Księdzem w tyle…Zastanawialiśmy się co miała w swojej kanapce? Ale nie wiemy do dziś:-D

Kiedy oczom ukazała się znajoma droga odetchnęłam z ulgą – Daliśmy radę!

Pierwsze kroki po prostej płaszczyźnie były trudne, ale perspektywa czekającej Srebrnej Strzały – dodała nam sił.

Jak miło było usiąść:-)

Ruszyliśmy w drogę powrotną…z niespodziankami.

Okazało się, że godzina dość późna i do wyboru mamy kolację w Mc Donaldzie lub kolację…w Mc Donaldzie:-D

Wybraliśmy to drugie;-) Najbardziej zadowolona z tego była najmłodsza Gąska.

Kiedy ruszyliśmy do domu okazało się, że nasz Szeryf widzi w ciemności;-) Szok!

Jazdę umiliły nam kawałki duetu Mocni w Duchu feat. Nadia i było super!!!

Dotarliśmy cali i zdrowi:-)

 

Baaaardzo Dziękujemy za wspaniałe popołudnie i czekamy na kolejne;-D

Autorką opisu jest „gąska nr 2” – Dominika. Oczywiście trasę postrzegaliśmy rozmaicie – stąd więc za chwilę postaram się ustosunkować do powyższego opisu. SERDECZNIE ZAPRASZAM !!!

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

CO KROK TO POMYSŁ…

Autor: admin o środa 28. sierpnia 2013

Wypad do Karpacza

Tak można by spuentować atmosferę kolejnego „górskiego dnia”, będącego efektem mojej wczorajszej „samotnej” wędrówki po obrzeżach KPN. „Spacer” miał charakter testu (w końcu dawno nie zaliczałem górskich ścieżek i wertepów): czy dam radę? Skoro okazało się, że tak, dzisiaj postanowiłem nowy szlak zaprezentować naszej „artystycznej trójce”: Martynce, Joasi i Madzi. Było trochę niepewności (u dziewczyn) czy to aby na pewno dobry pomysł, ale… o 10:00 dotarły do „srebrnej strzały”. Niepokoiła nas trochę pogoda – sporo chmur i taka nijaka temperatura (ale moje pasażerki to młódź, więc „gorąca krew” nie pozwoli zmarznąć… prawda Madziu?).

Trasę do Karpacza rozpoczęliśmy konsumpcyjnie – tzw. „zdrową żywnością” (vivat hot-dogi!!!), zaś kolejnym kilometrom towarzyszyły pogaduszki „Jak to będzie” i wspólnie wyśpiewywane kawałki „Mocnych w Duchu”. Atmosfera stała się tak przyjemna, że kiedy padły słowa: „No, drogie Panie, Karpacz za chwileczkę”, usłyszałem odpowiedź: „To może pojedźmy dalej”. Ach ta niecierpliwość i chęć zaznania „górskiego speedu”…

Podobnie jak wczoraj zaparkowaliśmy na ul.Wilczej, przy czym moje pasażerki były nieco zaniepokojone faktem „niedużego” kawałka asfaltu, który trzeba będzie zaliczyć na końcu tej części wycieczki. I tu należy się wyjaśnienie tytułu – jeszcze podczas jazdy wpadłem na ŚWIETNY pomysł urozmaicenia trasy o drugą: w Sosnówce. Kiedy jednak pojawił się pierwszy pot szybko zmieniłem propozycję na „Perłę Zachodu”. Tak przypuszczam, że Dziewczyny zaczęły się w końcu gubić w wielości możliwości spędzenia tego południa (nie zmieniło się tylko jedno – M’C DONALD’s MUSI BYĆ!!!).

O ile w samochodzie rozmowy były zróżnicowane tematycznie, o tyle początek trasy zdominował „problem tempa”. Martynka stwierdziła, że „tempo reguluje najsłabszy”, co ochoczo potwierdziłem (stawiając za przykład „tempo ślimaka” w moim wykonaniu). Było trochę śmiechu, ale faktycznie, tempo zostało dostosowane do większości „traperów”. Po dojściu do mostka na Łomniczce i rozwidlenia Dziewczyny dowiedziały się, że tym razem idziemy „ekstremalną” trasą rowerową, będącą częścią trasy przez Dolinę Wilczego Potoku.

Paradoksalnie ich niepokój nie budziły podejścia pod wzniesienia terenu, ale… jego spadki. „Co nas czeka dalej, skoro teraz schodzimy?” – tych wątpliwości nie zgasiły moje zapewnienia, że trasa jest naprawdę spoko. Na ścieżce pojawił się też element edukacyjny (w końcu za kilka dni zaczyna się szkoła): każda tabliczka informacyjna (począwszy od paśnika) była odczytywana przynajmniej w dwóch językach, zaś określenie typu „lizawka” weszły do słownika „haseł na szlaku”. Tu też przeżyłem totalny szok – pamiętając o wszystkim zapomniałem o najważniejszym… o naładowaniu aparatu… i właśnie w tm momencie odmówił mi posłuszeństwa. Ale siara…!!!

Po około 30 minutach doszliśmy do DW „Irena” (zapisanego we wspomnieniach zimowiskowych jako miejsce „obiadowej zmyłki”). Tu w końcu moje „traperki” zaczęły się orientować w terenie, ale – podobnie jak ja wczoraj – przeżyły szok, widząc normalnego „szutraka” w miejscu „zimowych telewpadek” naszej Oleńki (chodzi o zaliczenie zaspy podczas rozmowy telefonicznej). Minęliśmy także obiekt, który mógłby stanowić „miejsce westchnień” naszych „klombowych czarodziejów” – rozmaitość roślinek zapierała dech. Wreszcie doszliśmy do miejsca „problemów grawitacyjnych” (to podczas zimowiska), ale tym razem nawet Martyna czuła normalną przyczepność. Ekstremalne zejście okazało się więc całkiem proste – niestety, czekało nas jeszcze „łagodne” podejście i tu musiałem zmotywować moje towarzyszki („marchewka” – to jest to). Prawie wbiegły z powrotem na asfalt, ale tu zaczęły się „schody”: „A może ksiądz by tak podszedł i zjechał po nas?”, „Szkoda, że patrzyłam ile przed nami, kiedy jechaliśmy – teraz jestem tego świadoma” i najbardziej popularne: „Moje noooogi!!!”. Było to jednak tylko takie przekomarzanie się, bo do wozu doszliśmy w dobrym czasie, niezłym czasie i świetnej kondycji.

O tym ostatnim świadczy fakt, że na propozycję wyboru kolejności: M’C Dolnald’s i trasa do „Perły Zachodu” dziewczyny wybrały to drugie. OK.

Początek drugiej części trasy dał mi trochę do myślenia – o ile podczas „górskiego łazikowania” ja musiałem „dociskać hamulce”, o tyle na początku szlaku pieszo-rowerowego im. Mariana Południkiewicza, będącego częścią ścieżki przyrodniczej Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, Dziewczynom zaczęło się nagle „spieszyć”. Mimo braku „dopalacza” wykrzesałem z siebie trochę dodatkowej energii, ale jednocześnie zacząłem kombinować, co tu dalej zrobić na trasie powrotnej. No i wpadłem… na pomysł…

… powrotu drugą stroną rzeki Bóbr (o której to trasie tylko słyszałem od Bogusia). W „Perle Zachodu” niestety zastaliśmy zamknięty taras widokowy, zaś zejście do mostu poniżej pokonaliśmy „drepcząc jak gejsze” (schodów było multum, ale jakieś takie wąskie i niepozorne – a zaliczyć tu „dupniaka” nie byłoby zbyt miłą przygodą).

Kiedy w końcu cali i zdrowi (mimo nadmiernego obciążenia mostu – i tu proszę nie patrzeć na mnie) dotarliśmy na drugą stronę rzeki okazało się, że szlaku tak naprawdę nie widać: „No i gdzie ten szlak” – to słowa zdeprymowanej Martynki. Ale trzeba mieć zdolność „spojrzenia przestrzennego” – kilka zaliczonych skałek i nagle szlak pojawił się całkiem wyraźnie. Był bardzo interesujący – zaznaliśmy wszystkiego: poznaliśmy bogactwo rzeczy, które powierzone wodzie (zgodnie z marynarską maksymą) zostaną przez nią zwrócone (ach to bogactwo puszek, siatek, kanap samochodowych, etc.); doświadczyliśmy uroków przedzierania się przez „bagienne ostępy” i wspaniały piaseczek (rodem z polskich plaż); przeżywaliśmy radość traperów, znajdujących zagubiony w chaszczach szlak; do tego nieustanny masaż stóp (za free!!!) i wspaniałe doznania kosmetyczne (takich zapachów nie uświadczysz w „Rossmanie”). To ostatnie (czytaj: oczyszczalnia) spowodowało, że nagle moje towarzyszki doznały „nawrotu pozytywnej energii” – nie, nie chodzi o dotyk, ale o szybszą pracę kończynami dolnymi, przez co ładny kawałek drogi szedłem „czując ich oddechy na plecach”.

Ten końcowy kawałek trasy stał się momentem prawie buntu i utraty jakiegokolwiek zaufania do przewodnika. Mimo, iż widzieliśmy cały czas wieżę widokową (tzw. Grzybek) na Wzgórzu Krzywoustego zaczęły się pojawiać pytania: „Czy my aby nie wylądujemy w centrum Jeleniej Góry?”, „No gdzie ten samochód?” i „Ja chcę do mamy!”. Ale nic to – kiedy zobaczyłem dwa kolejne mostki wiedziałem, że już niedaleko… i faktycznie… 5 minut później „moje Dziewczyny” z niedowierzanie patrzyły na „srebrną strzałę”.

Wprawdzie wsiadając obiecywały sobie, że z wyjściem będzie trudniej, ale M’c Donald’s był pokusą, której nie mogły się oprzeć – i właśnie tu (przynajmniej formalnie) zakończyliśmy dzisiejszy spacer.

Oczywiście pozostała jeszcze trasa powrotna, podczas której Joasia i Madzia liczyły pełny koszt mandatów (które by mi wlepiły, gdyby były „mundurowymi”) i „rozwalały” mnie ziewaniem, zaś Martyna czule tuliła się do szyby. No, ale dałem radę… dojechaliśmy cało i zdrowo… i z przytupem, bo tuż przed parafią trafiliśmy na bardzo interesujący utwór, który postanowiliśmy maksymalnie nagłośnić, aby wszyscy wiedzieli… SZERYF WRÓCIŁ!!!

 

Dziewczyny! Serdeczne dzięki za wspólnie spędzony czas i – o ile pogoda pozwoli – zapraszam na wypad w niedzielę… I OCZYWIŚCIE – CZEKAM NA WPISY..

 

Napisany w wycieczki | 3 komentarze »

WYSTARCZY CHWILA ZAPOMNIENIA…

Autor: admin o wtorek 27. sierpnia 2013

Karpacz_08.2013

… i już po wejściu na (skąd inąd dobrze znane) ścieżki górskie słyszy człowiek sarkastyczne górskie echo [rodem z „Killera”]: „I co ty tutaj robisz?”. To echo to może taka metafora, ale fakt – wejście na górskie szlaki po prawie rocznej przerwie było dosyć interesującym doświadczeniem.

W ramach łapania ostatnich wakacyjnych oddechów „wolności” postanowiłem przypomnieć sobie, jak to jest z tymi poziomicami na mapie. Jako, że człowiek osiągnął już stateczny wiek (25 lat kapłaństwa i pięćdziesiątka na kilka miesięcy), więc wybrana trasa nie przypominała tych sprzed kilku lat, ale… podobnie jak tamte była odkrywcza. Od 2 lat już bowiem korciło mnie, aby po dojściu szlakiem zielonym (od ul. Wilczej) do granicy Karkonoskiego Parku Narodowego przetestować szlak rowerowy. Zawsze jednak ambicja pchała mnie wzwyż (tzn. stromo do góry) i na tę trasę brakowało czasu.

Tym razem postanowiłem spróbować – i opłaciło się, choć… no właśnie… okazało się, że w czasie mojej nieobecności w terenie zmienił się on prawie nie do poznania.

Początek trasy był niezły – szedłem po znanych wertepach; tradycyjnie włączyłem „bieg terenowy”, dzięki czemu zasapany, ale pełen dumy mijałem co stateczniejsze grupy „karkonoskich wędrowniczków”. Po dojściu do mostku nad Łomniczką i miejsca postoju przyszło do krótkiego dialogu między „chcieć” a „móc” – zwyciężyło to drugie i ruszyłem [po raz pierwszy] na trasę rowerową. Faktycznie okazała się relaksacyjna i interesująca od strony poznawczej.

Przez dłuższy czas szedłem „na czuja”, ale w pewnym momencie zacząłem się orientować, że zaraz wejdę na znany mi szlak przez Dolinę Wilczego Potoku. Upewniłem się o tym w momencie dojścia do Domu Wczasowego „Irena”, który przez ostatnie 3 lata, podczas zimowiskowych wędrówek, był zmyłką dla moich podopiecznych [zawsze myśleli, że to tu czeka na nich pyszny obiad i… koniec tortury „gonienia za szeryfem”].

Jednak mimo rozpoznania tego miejsca zaraz potem pojawiła się niepewność – bo nagle w miejscu wąskiej (ale pięknej) ścieżki pojawiła się szutrowa droga?!?!?!? Czy aby na pewno nie zagubiłem się?!?!? Trochę mnie to deprymowało – bo to siara zgubić się w terenie, w którym spędziło się czynnie ponad 15 lat. Dobrze, że ten stan nie trwał długo – po kilku minutach „górskiego sprintu” doszedłem do miejsca, w którym podczas tegorocznego zimowiska usłyszałem znamienne słowa Martynki: „Z każdym krokiem czuję, że maleje siła grawitacji”. Tak, już wiem gdzie jestem!!!!! Hurra!!!!!!!!!

I właściwie tutaj już można by zakończyć. Zostało jeszcze dosyć ekstremalne zejście (po którym było widać skutki anomalii pogodowych) i to ostatnie podejście [przez to miejsce i uwiecznione na fotkach „świeżutkie” dzieciaki zyskałem u ich rodziców miano „zimowiskowego sadysty”].

Wejście z powrotem na asfalt było dla mnie dotąd niemiłym doświadczeniem – ul. Wilcza może nie jest stromizną rodem z czarnego szlaku, ale… ciągnie się i ciągnie – a „srebrna strzała” czekała na mnie na samym jej końcu. Tym razem jednak adrenalina podziałała prawidłowo i (choć z nieco przyspieszonym tętnem) w całkiem niezłym tempie zakończyłem dzisiejszy „spacer”.

Czas na podsumowanie. PO PIERWSZE – Karkonosze są nadal piękne (choć maleje ilość miejsc przypominających rodzimą „dzicz”… niestety). PO DRUGIE – jeśli nie chcecie przeżywać „rozterek zagubionego wędrowniczka”, to odwiedzajcie te miejsca w miarę często albo… bierzcie ze sobą GPS. Wreszcie PO TRZECIE – po takim dotlenieniu nie bierzcie się do żadnej roboty [w tym momencie nadtlenienie organizmu zaowocowało sennością]. Jest jeszcze PO CZWARTE – jutro na tę traskę pchnę się z moimi dziewuszkami. Zobaczymy, jak one ją odbiorą (wiem, że na razie zmagają się z wątpliwościami czy warto podjąć ryzyko „spaceru krokiem ślimaka” z tak powolnym szeryfem). Spoko Dziewczyny! Nie będzie źle!!!… będzie jeszcze gorzej…

 


PS. z ranka: Uprzejmie donoszę, że po nocce nie czuję zakwasów 

 

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Odpust’2013

Autor: admin o wtorek 20. sierpnia 2013

Opis uroczystości oraz zdjęcia do pobrania można znaleźć W TYM MIEJSCU

Czas trochę rozruszać moją stronkę. Zapraszam do obejrzenie przygotowanych prezentacji fotek, przedstawiających tak przygotowania, jak i przebieg tegorocznej uroczystości odpustowej. Autorami zdjęć (oprócz mnie) są: Paulina Miazga, Joasia i Ryszard Piekarscy, Leszek Basiński. Życzę miłego oglądania.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »