Blog J.B.

Prawdziwa szata Jezusa

Autor: admin o środa 13. kwietnia 2016

PRAWDZIWA SZATA JEZUSA

 

W Wielki Piątek w Argenteuil pod Paryżem wystawiona zostanie na widok publiczny tunika bez szwu. Naukowcy twierdzą, że to szata, w której Jezus szedł na Golgotę.

Ta wiadomość zelektryzowała śro­dowiska katolików nie tylko we Francji. Od 25 marca do 10 kwiet­nia w bazylice św. Dionizego w Argen­teuil pod Paryżem wystawiona na widok publiczny będzie tunika, którą Chrystus mial na sobie w drodze na Golgotę. Ostatnia tego typu prezentacja odbyła się w 1984 r., lecz nie wzbudziła takiego poruszenia jak dziś. Od tamtego czasu bowiem wydarzyło się bardzo wiele. Przede wszystkim przeprowadzone zo­stały dokładne badania naukowe, które każą spojrzeć na relikwię w inny sposób, niż przedstawiano to w XIX i XX w.

W tajnym schowku

W 2004 r. w Paryżu powstała niezwykła placówka – Instytut Antropologii Gene­tyki Molekularnej. Jej założycielami byli dwaj naukowcy. Pierwszy to prof. Ge­rard Lucotte, światowej sławy genetyk, członek Akademii Francuskiej, wykła­dowca w paryskiej Szkole Antropologii, wymieniany w podręcznikach genetyki jako osoba odpowiedzialna za odkrycie pochodzenia różnic DNA w chromoso­mie Y. Drugi to prof. Andre Marion, fizyk, pracownik Instytutu Optyki w Orsay, wykładowca na Uniwersytecie Paris-Sud. Wspólnie postanowili przeprowadzić ba­dania naukowe dotyczące tuniki prze­chowywanej w Argenteuil. Skąd jednak wzięła się ona w małej, podparyskiej miejscowości?

Otóż w 1156 r. podczas prac remon­towych w tamtejszym klasztorze bene­dyktynów odkryto dziwne znalezisko. W skrytce w ścianie zamurowany był re­likwiarz, w którym znajdowały się szata oraz dołączone do niej dwa listy (jeden po łacinie, drugi po francusku). Dono­siły one, że ukrytym płótnem jest tunika Chrystusa, o którą kaci rzucali losy na Golgocie.

Natychmiast po niezwykłym odkryciu do Argenteuil przybył osobiście sam król Ludwik VII. Padł na kolana i oddał hołd relikwii Zbawiciela. Od tamtej pory bazy­lika św. Dionizego była jednym z najważ­niejszych ośrodków pielgrzymkowych średniowiecznej Francji.

Wygrany los

Badacze próbujący zrekonstruować losy szaty natknęli się na ogromne trudności wynikające z niedostatecznej liczby źró­deł. Z Ewangelii wiadomo, że na Golgocie rzymscy oprawcy przed egzekucją Jezusa zdjęli z Niego ubranie. Św. Jan pisze: „Żoł­nierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza jedna część; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: »Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć«. Tak miały się wypełnić słowa Pisma: »Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy«. To właśnie uczynili żołnierze” (J19,23-24).

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że szata została odkupiona od katów przez osoby bliskie Jezusowi. Dla oprawców skrwawione ubranie skazańca nie przed­stawiało większej wartości, natomiast dla wyznawców Chrystusa było bezcenną pa­miątką po Mesjaszu.

Co mogło być jednak dalej? Z pierw­szych wieków chrześcijaństwa nie zacho­wały się żadne wzmianki dotyczące nie tylko tuniki, lecz również innych mate­rialnych śladów po Jezusie. To w pełni zrozumiałe. Prześladowani wyznawcy Chrystusa musieli wszelkie pamiątki po Zbawicielu chronić przed zniszcze­niem, zarówno przed Rzymianami, jak i Żydami. To nie przypadek, że pierwsze wzmianki o relikwiach związanych z Je­zusem pojawiają się dopiero po 313 r., gdy chrześcijanie przestali podlegać re­presjom i mogli swój kult sprawować publicznie.

W następnych wiekach jednak źródła historyczne dotyczące szaty Chrystuso­wej również pozostają niezwykle skąpe. Ojej istnieniu wspominali bowiem tylko dwaj kronikarze: pierwszy dziejopis Franków św. Grzegorz z Tours w swym dziele „Chwała męczenników” z końca

VI stulecia oraz anonimowy historyk frankijski zwany Fredegarem w kronice z 610 r. Z ich relacji wiadomo, że miała ona się znajdować na terenie Bizancjum. Po kilku stuleciach niespodziewanie od­nalazła się pod Paryżem. Jak tam trafiła?

Barbarzyńcy u bram

Najbardziej prawdopodobna hipoteza wiąże pojawienie się szaty we Francji z osobą cesarza Karola Wielkiego. Wia­domo, że był on wielkim czcicielem i kolekcjonerem relikwii, które kazał so­bie sprowadzać z całego świata. Do dziś w katedrze w Akwizgranie można oglą­dać najcenniejsze z jego zbiorów. Według późniejszych podań tunikę Jezusa miał przywieźć w 800 r. ze swej koronacji w Rzymie jako podarek zaręczynowy od bizantyjskiej cesarzowej św. Ireny. Pla­nowano wówczas takie małżeństwo, ale udaremnił je zamach pałacowy w Konstantynopolu. Do ślubu nie do­szło, lecz cesarz otrzymał szatę. Przed swą śmiercią w 814 r. miał ją podarować klasztorowi benedyktynek w Argenteuil. Dlaczego? Otóż przeoryszą została tam jego ukochana córka z trzeciego małżeń­stwa – Teodrada.

Wkrótce potem królestwo Franków padło ofiarą najazdów Normanów, którzy plądrowali i pustoszyli kraj. W 841 r. zdo­byli Paryż, a cztery lata później zniszczyli klasztor w Argenteuil. Zanim najeźdźcy zburzyli opactwo, tunika została zamuro­wana w specjalnym schowku w ścianie. Wiele wskazuje na to, że relikwię ukryła sama Teodrada, która uciekła z Ar­genteuil do Schwarzach, gdzie zmarła w 848 r.

To tłumaczy, dlaczego szata została ukryta i odnaleziona kilka wieków póź­niej. W następnych stuleciach także nie była jednak bezpieczna. W 1567 r. na Argenteuil najechali hugenoci, by znisz­czyć relikwię. W ostatniej chwili zdołał ją ukryć opat Lucas. Protestanci schwytali go i próbowali wymusić na nim zeznanie, gdzie schował tunikę. Nie ugiął się, więc powiesili go w oknie jego celi.

Kolejne zagrożenie pojawiło się wraz z rewolucją francuską. 10 listopada 1793 r. konwent zniósł kult katolicki. Likwido­wano wszystko, co mogło się kojarzyć z chrześcijaństwem: mordowano osoby duchowne, zniesiono stan kapłański, usuwano symbole religijne, niszczono kościoły, dewastowano cmentarze, niszczono relikwie, skasowano wszyst­kie święta, nawet niedziele. 18 listopada uchwalono prawo nakazujące wszyst­kim parafiom oddanie zawartości swych skarbców gminom. W Argenteuil prze­jęty został przez władze drogocenny re­likwiarz z pozłacanego srebra, w którym przechowywano do tej pory tunikę. Samą szatę zdołano przed konfiskatą wyjąć ze środka.

Wówczas opat Ozet podjął drama­tyczną decyzję. W obawie przed znisz­czeniem tuniki pociął ją na kawałki i ukrył poszczególne części w różnych miejscach, m.in. zakopał fragment w ogrodzie na plebanii. Miał nadzieję, że w ten sposób z rewolucyjnej zawieruchy ocaleje przynajmniej skrawek relikwii. Wkrótce potem duchowny na dwa lata trafił do więzienia. Dopiero po wyjściu na wolność w 1795 r. zaczął zbie­rać rozproszone kawałki, ale nie odzyskał wszystkich. Niektóre zostały zniszczone, inne przywłaszczone, a pozostałe zagi­nęły bez śladu. Dopiero w 1892 r. tunika została ponownie zszyta w jedną całość, ale z pewnymi ubytkami.

Włókna i pyłki

Nawet jeśli jednak odtworzymy losy re­likwii z Argenteuil od IX stulecia do dziś, to i tak stajemy przed pytaniami: A co z pierwszymi ośmioma wiekami chrześ­cijaństwa? Skąd wiadomo, że ubiór, który św. Irena podarowała Karolowi Wiel­kiemu, należał niegdyś do Chrystusa? Czy to nie legenda?

Takie same pytania zadawali sobie francuscy profesorowie, gdy przystępo­wali do pracy. Gerard Lucotte, z którym rozmawiałem w Paryżu, opowiadał mi, że obca mu była motywacja religijna, ponieważ jest agnostykiem. Kierowała nim natomiast pasja poznawcza, charak­terystyczna dla ludzi nauki dążących do odkrycia prawdy.

Jakie wyniki przyniosły ich badania? Po pierwsze, odkryli, że tunikę z owczej wełny wykonano bez szwu na krosnach poziomych, których szerokość odpo­wiada wymiarom tego typu urządzeń używanych w czasach Chrystusa. Skręt włókien typu Z wskazuje, że suknia po­wstała na Bliskim Wschodzie.

Poza tym okazało się, że do barwie­nia tkaniny użyto marzanny z zaprawą żelazową, czyli barwnika, który był sto­sowany powszechnie w czasach staro­żytnych w basenie Morza Śródziemnego. Taką samą substancję odkryto na szatach w chrześcijańskich grobowcach z I stule­cia w Antinoopolis w Egipcie.

Prof. Lucotte specjalnym odkurzaczem zebrał też wszystkie zanieczyszczenia z powierzchni tkaniny. Odnalazł wśród nich 115 pyłków należących do 18 gatun­ków roślin reprezentujących florę śród­ziemnomorską. Dwie z nich – terebind i tamaryndowiec – są roślinami ende­micznymi, rosnącymi tylko w Ziemi Świę­tej i w żadnym innym miejscu na świecie. Te same pyłki zidentyfikowano również na innych relikwiach Chrystusowych: Ca­łunie Turyńskim i Sudarionie z Oviedo. To odkrycie praktycznie wyklucza możliwość średniowiecznego fałszerstwa, ponieważ w tamtych czasach nikt nie miał pojęcia o istnieniu pyłków, których identyfikacja stała się możliwa dopiero dzięki wynalezieniu mikroskopu.

Krew Boga

Badając po kolei poszczególne włókna tkaniny, prof. Lucotte odkrył, że tunika w całości pokryta jest krwią. Człowiek, który ją nosił, musiał mieć zmasakrowane plecy. Naukowiec ustalił, że ludzka krew na płótnie należy do grupy AB (podobnie jak na relikwiach w Turynie i Oviedo). Na podstawie analizy par chromosomów stwierdził, że krew na sukni należała do osoby płci męskiej. O ile bowiem kobiety mają parę chromosomów płciowych XX, o tyle mężczyźni posiadają parę XY.

To nie wszystko – prof. Lucotte, który jest jednym z najwybitniejszych na świe­cie genetyków zajmujących się różnymi haplotypami chromosomu Y, określił z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa pochodzenie etniczne właściciela tuniki. Mianowicie odkrył, że był on nosicielem haplotypu J2, posiadającym znacznik ge­netyczny 12f2 i zdefiniowanym przez uży­cie markerów genetycznych M172 i M12. Za tym skomplikowanym nazewnictwem naukowym kryje się wniosek, że chodzi o typ ludzki spotykany najczęściej wśród Żydów na Bliskim Wschodzie.

Genetyk bez problemu odnalazł też na płótnie erytrocyty, czyli czerwone ciałka krwi. Jeśli posiadają one normalną mor­fologię, to mają dysk dwustronnie wklę­sły. Tymczasem na szacie znajdowało się wiele całych zespołów krwinek o kształ­cie kulistym lub kubka jednowklęsłego. Tego typu odkształcenia występują wtedy, gdy organizm poddawany jest traumatycznym doświadczeniom, takim jak długotrwałe cierpienie lub przewlekła agonia.

Podczas analizy mikroskopią elektro­nową prof. Lucotte odkrył również na płótnie wiele erytrocytów połączonych z kryształkami mocznika, który jest skład­nikiem potu. Świadczy to o występowa­niu rzadko spotykanej choroby zwanej hematydrozją, która polega na poceniu się krwią. Jej źródłem jest zazwyczaj ekstremalny poziom stresu, który wy­wołuje w organizmie szok histaminowy. Amerykański patomorfolog dr Frederick Zugibe, który stykał się z tego typu przy­padkami, wspominał, że najczęstszą ich przyczyną jest strach przed nieuniknioną śmiercią. Jest on tak przeraźliwy i sięga­jący głębi trzewi, że przejawia się wręcz na poziomie komórkowym. To kolejna wskazówka, że właścicielem tuniki mógł

być Jezus z Nazaretu. Przed swoją męką podczas modlitwy w Ogrójcu – jak pisał św. Łukasz – pocił się bowiem krwawym potem.

Tunika i Całun

Szata została też zbadana przez ekipę naukowców z Instytutu Optyki w Orsay pod kierownictwem prof. Andre Ma-riona. Porównali oni rozmieszczenie śladów krwi na Całunie Turyńskim i na tunice z Argenteuil. W tym celu stworzyli komputerowo geometryczne modele od­kształceń i obrotów, jakim ulega suknia podczas noszenia przez człowieka o wy­miarach i morfologii mężczyzny z Ca­łunu. Końcowy efekt wprawił badaczy w osłupienie: okazało się, że ślady plam krwi na tunice pokrywają się dokładnie z miejscami ran na Całunie. Nałożenie na siebie obrazu dwóch tkanin dopro­wadziło uczonych do wniosku, że oba płótna zostały zabrudzone krwią przez tego samego mężczyznę.

Naukowcy zauważyli też, że jedne z ran na tunice były bardziej rozdrapane, inne zaś mniej. Ich uwagę przykuły naj­bardziej krwawiące miejsca, usytuowane w pasie o szerokości ok. 20 cm. Ciągnął się on od lewego ramienia, przez środek pleców, ku prawemu biodru. Analiza fo­tograficzna pozwoliła stwierdzić, że ślad ten spowodował ciężki, podłużny i pro­sty przedmiot, który przez dłuższy czas opierał się na plecach właściciela tuniki i ocierał jego poranioną skórę. Jego wy­miary odpowiadały dokładnie „patibu-lum”, czyli belce poprzecznej z krzyża.

Końcowy wniosek badaczy z Instytutu Optyki brzmiał następująco: mężczyzna, który nosił na sobie tunikę z Argenteuil, był tym samym mężczyzną, którego póź­niej owinięto w Całun Turyński. Osta­teczna konkluzja naukowców z Instytutu Antropologii Genetyki Molekularnej była równie jednoznaczna: relikwia przecho­wywana w Argenteuil to szata bez szwu, którą miał na sobie Jezus w drodze na Golgotę.

Te naukowe odkrycia spowodowały, że we Francji wzrosło zainteresowanie tuniką, która na co dzień spoczywa za­mknięta w relikwiarzu. Ostatnio była ona wystawiana na widok publiczny zaledwie raz na 50 lat – w 1884, 1934 i 1984 r. Następna prezentacja powinna się więc odbyć w 2034 r. Jednak z okazji Roku Miłosierdzia bp Stanislas Lalanne postanowił zrobić wyłom w tej tradycji. Dzięki temu wierni będą mogli zobaczyć suknię Jezusa na własne oczy, ale tylko przez 17 dni. Już teraz tłumnie zgłaszają się pielgrzymi z wielu krajów. Nic dziw­nego, kolejna szansa dopiero za 16 lat.

 

źródło: GRZEGORZ GÓRNY redaktor naczelny magazynu „Fronda” tygodnik „wSieci”

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

Koncert Wielkanocny 03.04.2016 roku

Autor: admin o piątek 8. kwietnia 2016

Perłowy jubileusz parafialnej „wyśpiewanej modlitwy”

„Zaufaj Panu już dziś! Alleluja”

    Od 2013 roku Niedziela Miłosierdzia Bożego jest w parafii pw. św. Maksymiliana Kolbego w Lubaniu-Księginkach okazją do dziękczynienia za dar Paschy Chrystusa oraz za szczególny dar – dar Bożego Miłosierdzia. Nasze dziękczynienie wyrażamy najlepiej, jak potrafimy – korzystając z tej szczególnej formy modlitwy, jaką jest śpiew na chwałę Pana.

    W tym roku koncert taki odbył się 03.04.2016 roku i – oprócz wspomnianych wyżej okazji do świętowania – miał jeszcze jedną szczególną cechę: był jubileuszowym, 30. (od 2007 roku) koncertem organizowanym przez naszą wspólnotę parafialną. Nazwaliśmy je „rozśpiewanymi spotkaniami” i na przestrzeni minionego czasu organizowane one były tak na terenie samej parafii, jak i poza nią.

    Jubileuszowy charakter koncertu oraz atmosfera radości z przeżycia tajemnicy Paschy i jej oktawy skłoniły organizatorów – duszpasterstwo i radę parafialną oraz parafialne formacje wokalno-instrumentalne – do podkreślenia wyjątkowego jego charakteru. Służyło temu zadbanie o staranny dobór repertuaru, jak i zaproszenie gości honorowych, współpracujących od kilku lat przy organizacji naszych spotkań.

    Uroczystość rozpoczęła tradycyjnie uroczysta Eucharystia, sprawowana przez proboszcza, ks. Janusza Barskiego. Będąc okazją do pochylenia się nad darem Bożego Miłosierdzia (i naszej z nim współpracy) stała się także czasem budowania „wspólnoty wyśpiewanej modlitwy”. Nie było tu śpiewających i tzw. słuchaczy – od samego początku wszyscy zebrani aktywnie włączali się w śpiew animowany przez Scholę Parafialną „Dzieciaki z Bożej Paki” i Chór Parafialny „Maksymilianki”.

    Podobnie, jak przebieg liturgii, tak i sam koncert stał się wydarzeniem tego czasu. Jego wyjątkowy charakter podkreślili przybyli goście: Wicestarosta Lubański, p. Wojciech Zembik; Dyrektor Gimnazjum nr 1 w Lubaniu, mgr Beata Jaworska oraz reprezentujący Burmistrza Miasta Lubań, radny miejski, p. Ryszard Piekarski, a także formacje wokalno-instrumentalne (Grupa od Anioła Stróża z Zaręby; Siostry ze Zgromadzenia Sióstr św. Marii Magdaleny od Pokuty; Chór Parafialny „Maksymilianki”, Schola „Dzieciaki z Bożej Paki” oraz formacja „Eden-Reaktywacja”)  i wykonawcy indywidualni (Wiktoria i Mateusz Wójcik).  Dzięki tym ostatnim koncert stał się prawdziwą ucztą dla sympatyków szeroko pojętego śpiewu i muzyki religijnej.

    Koncert – prowadzony przez Beatę Kwiecińską oraz Jadwigę i Mariusza Nowak – spełnił chyba wszystkie oczekiwania uczestników. Nie zabrakło w nim pięknie wyśpiewanej poezji ks. Wacława Buryły (Grupa od Anioła Stróża); był czas na pokreślenie majestatu tajemnicy Pustego Grobu (instrumentarium Wiktorii i Mateusza Wójcik) i piękno śpiewu chóralnego (Chór „Maksymilianki”); śpiew ku chwale Zmartwychwstałego Chrystusa został także wzmocniony… choreografią ewangelizacyjnego układu tanecznego (Siostry Magdalenki). Wreszcie mieliśmy okazję doświadczyć dziecięcej kreatywności i dynamiki śpiewu zespołowego (Schola „Dzieciaki z Bożej Paki”) oraz… powspominać czas, kiedy ton parafialnemu muzykowanie nadawała Schola „Eden” („Eden-Reaktywacja”).

   Zróżnicowanie form prezentacji utworów nie kłóciło się ze sobą – wręcz przeciwnie. Podkreśliło, że służąc jednemu celowi możemy korzystać z różnych form warsztatowych. Poza tym… ta właśnie różnorodność tak naprawdę nas łączy – i to można było usłyszeć i zaobserwować w trakcie Wielkiego Finału, podczas którego został wykonany tytułowy utwór koncertu „Zaufaj Panu już dziś” (stąd przesłanie IV Koncertu Wielkanocnego „Zaufaj Panu już dziś! Alleluja!”). W prezbiterium zrobiło się nieco tłoczno, a wspólny śpiew był doświadczenie naprawdę przejmującym.

   Koncert stał się wydarzeniem naszej najnowszej historii – tak przez wyjątkowo świąteczny charakter, jak i przez – tradycyjnie spontaniczną – atmosferę. Za tę ostatnią dziękujemy nie tylko wykonawcom, ale także licznej grupie uczestników, którzy aktywnie i na różne sposoby włączali się w przebieg spotkania.

 

Tekst i foto: ks. Janusz Barski

 

Dokładniejszy opis oraz zapis foto można znaleźć na stronie parafialnej www.swmaksymilian.luban.pl

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

Radosnego ALLELUJA !!!

Autor: admin o sobota 26. marca 2016

Zbliżają się najważniejsze święta naszej wiary – ŚWIĘTA PASCHY. Życzę, by zostały przeżyte w pełni radości, pokoju i zdrowia z tymi, bez których nie jesteśmy sobie w stanie wyobrażać codzienności. A że o radości mowa, postanowiłem dołączyć kilka prac, które – mam nadzieję – będą współbrzmieć z Waszą radością serca

 

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

GÓRSKA SZKOŁA PRZETRWANIA czyli…

Autor: admin o piątek 5. lutego 2016

… GÓRSKI PIONO-MECZYK 4:1

Zaraz wszystko się wyjaśni (jeśli chodzi o tytuł). Jako, że mamy ferie, a po raz kolejny przeżywamy je bez „zadymy zimowiskowej”, więc nic dziwnego, że czwartek (04.02.2016 r.) postanowiliśmy przeżyć aktywnie – czyli w górkach. Tym razem nasz wypad miał charakter kameralny (zaledwie 2 osoby) i „bardzo męski” (p.Ryszard Skowron i piszący te słowa). Skoro tak, postanowiliśmy tym razem zwiedzić karkonoskie wyżyny.
Wiem, że to niezgodne z „regułami trapera”, ale na Kopę… wjechaliśmy wyciągiem (cóż, latka robią swoje – jednym ze skutków jest „wygodnictwo”). Sam wjazd, a raczej oczekiwanie na jego rozpoczęcie było dosyć oryginalne – przypomnieliśmy sobie „stare, nie-dobre czasy kolejek” [do kasy musieliśmy postać z 20 minut, w towarzystwie „międzynarodowym” – z przewagą naszych zachodnich sąsiadów]. No, ale jak się chce wygodnie, to czasem trzeba poczekać.
Sam wjazd był sprawdzianem jakości naszych ciuchów – pojawił się śnieg, do tego porywisty wiatr. Tak więc prawie 20 minut wjazdu kosztowało nas trochę „schłodzonego cierpienia”. Pewnie dlatego zaraz po wjeździe na Kopę „ruszyliśmy z kopyta” – hmmm… planowaliśmy tak ruszyć, bo już pierwsze metry pokazały, że wypad będzie nie tylko interesujący, ale także „ekstremalny” – pod śniegiem bowiem [którego nawiało tak z 30 cm] krył się… czysty lód. No, ale cóż to dla nas…
Wprawdzie pan Ryszard tęsknie zerkał na Śnieżkę, ale na rozwidleniu poszliśmy w stronę „Strzechy Akademickiej” – i chyba dobrze zrobiliśmy [co potwierdził ciąg dalszy trasy]. Na Równi bowiem dorwał nas prawdziwy „halny” [momentami musieliśmy się odwracać do niego tyłem, aby złapać oddech], co w połączeniu z narastającymi opadami śniegu dało efekt „szkoły przetrwania” [stąd pierwsza część tytułu] – tym bardziej więc podziwialiśmy samozaparcie kilku par „biegaczy”, którzy postanowili zdobyć Śnieżkę „w biegu”. Przy drugiej parze padły sakramentalne słowa: „Podziwiam, ale… naśladować nie zamierzam” (a minęły nas jeszcze dwa „biegające duety”).
Po prawdzie, dopóki szliśmy Równią, jedynym elementem utrudniającym marsz był porywisty wiatr. Sytuacja trochę się pokomplikowała z chwilą rozpoczęcia zejścia do „Strzechy”. Początki były rewelacyjne – od wiatru dosyć szybko osłonił nas stok i krzaki; opady śniegu stały się przyjemną odmianą (w porównaniu ze stanem w jakim żegnaliśmy rano Lubań) i nawet gruba warstwa nawianego śniegu nie przeszkadzała (no, może trochę „szeryfowi”, który stwierdził, że w tych warunkach musi zrezygnować z okularów [zaczęły przypominać „szkła spawacza”]. Tempo marszu zdecydowanie wzrosło i po jakichś 30 minutach doszliśmy do „Strzechy”.
„Doszliśmy” – to może przesada. Ostatnie bowiem metry okazały się dla nas prawdziwym wyzwaniem – jak tu utrzymać pion, kiedy pod śniegiem czaiła się czysta tafla lodu. „Górski piono-meczyk” rozpoczął p.Ryszard. „Koziołek” był bardzo okazały i podniósł ciśnienie każdemu z nas. Ale „Strzecha” była w zasięgu wzroku, więc specjalnie tą przygodą się nie przejęliśmy. I to okazało się błędem – tym razem swoją cenę zapłacił „szeryf”, który – dosłownie prawie u drzwi schroniska – zrobił piękne „salto mortadele”. Trzęsienia nie było, ale widok „pokutnego kroku górskiego” [czyli dojście na kolanach do miejsca ze stabilnym podłożem] był… dosyć oryginalny.
Nastroje trochę poprawiła herbata (choć cena lekko zszokowała – 6 zł za sztukę), ale na krótko, bo w minutę po wyjściu stan „meczyku” zmienił się na 2:1 [znowu „pozycję horyzontalną” przyjął „szeryf” – i tym razem wyglądało to groźnie]. Na rozwidleniu szlaków odbyła się krótka narada – w jej efekcie postanowiliśmy pójść szlakiem żółtym. Nie dowiemy się, czy „turystyczny” faktycznie był jeszcze gorzej oblodzony – jest to teraz nieważne, bo i żółtemu nic nie brakowało do miana „szlaku śmierci”. Wystarczy dodać, że „szeryf” podniósł meczowy wynik na 4:1, a p.Ryszard podjął niewdzięczną funkcję „rozminowującego teren”.
Zejście nie było łatwe – praktycznie dopiero niedaleko wyciągu mogliśmy podkręcić tempo; wcześniej wszelkie próby skutecznie hamował lód. Niewiele dawało nawet kierowanie się śladami poprzedników – właśnie w takiej sytuacji „szeryf” dwukrotnie „zglebił”. Tak więc prawdziwy marsz rozpoczął się dopiero… po zejściu koło wodospadu. A że „asekuracyjne schodzenie” kosztowało nas sporo wysiłku, więc ostatnie podejście do samochodu było… hmmm… mało zabawnym doświadczeniem.
Nastroje odtajały trochę przy rybce, ale… świadomość „klęski pionu w górach” rzuciła się cieniem na trasę powrotną.
Jak podsumować dzisiejszy wypad. Był na pewno fajny, choć i „bolesny” [myślę, że w swoim żywiole znalazłyby się tutaj Julka („specjalistka od jazdy na pupie” czy Werka (nasz „pingwin”). Dziewczyny – dzisiaj dołączyłem do Waszego „kółka zjazdów ekstremalnych”]. Po raz kolejny okazało się, że nawet wizualnie niezłe warunki są w górach mylące – po prostu trzeba uważać i… kupić sobie raki. Fakt, „dupniaki” zabolały (i nie chodzi tylko o fizis) – nie znaczy to jednak, że dzisiaj zakończyła się „górska przygoda”. Jak wszystko dobrze pójdzie w niedzielę znowu ruszamy w teren.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

SCHOLA NAM MŁODNIEJE czyli… zimowy sen Czesia…

Autor: admin o niedziela 31. stycznia 2016

czyli… dzisiaj bez aktualizacji?!?!

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Znowu zbitka bezsensownych haseł??? Absolutnie nie… po prostu to myśli i słowa, które pojawiły się podczas pierwszego w tym roku wypadu górskiego (31.01.2016 r.), w którym (w zamyśle) miała wziąć udział najwytrwalsza część naszych „gwiazdek” ze Scholi. Pech chciał, że wszystkie się… rozchorowały (jestem jak najdalszy od podejrzliwości, ale… znam taką chorobę… ale niech to pozostanie moją słodką tajemnicą…). W związku z tym wyjazd – nie, nie został odwołany, tylko zmieniono skład uczestników. Wzięła w nim udział „starszyzna plemienna” czyli: p. Małgosia, p. Andrzej, p. Ryszard i nasz „szeryf”. Stąd właśnie wziął się początek tytułu opisu: „Schola nam młodnieje”.
Mówią, że wiek to pojęcie względne; nie świadczy o nim wpis w dowodzie, ale… stan ducha. A ten u nas był znakomity. Już sam początek dowodził, że dzisiaj z nami małolaty musiałyby być bardzo ostrożne (chodzi oczywiście o kondycję).
Mimo wstępnych zapowiedzi ostatecznie postanowiliśmy zacząć nasz wypad w… Szklarskiej Porębie. Pogoda była niezła – słoneczko zza chmur napełniało „szeryfa” nadzieją na „dobre ujęcia”, zaś temperatura (ot takie skromne -3 stopnie) gwarantowała, że się nie przegrzejemy. Szło się super – no, może za jednym wyjątkiem: poza p.Małgosią nikt nie wziął „raków”, a te im wyżej tym bardziej stawały się niezbędne. Oblodzone kamulce utrudniały utrzymanie pionu, przypominając o zasadach grawitacji. Cóż to jednak dla nas. Fakt, nadmiar świeżego powietrza działał trochę jak skopolamina – wydobywając z niektórych szczere wyznania typu: „moja kondycja!!!” czy „chyba wszyscy słyszą moje… sapanie!!!”. Zabrakło tylko sakramentalnego „daleko jeszcze?!?!?” – no, ale nie było z nami Werki czy Julki. A szkoda, bo była dobra okazja do poprawiania rekordów w „łapaniu dupniaków”.
O ile podejście było średnio trudne, o tyle zejście stało się traumą dla… „szeryfa”. Tak liczył na ciekawe ujęcia, a tu nic. Była jedna obiecująca sytuacja, ale „raki” p.Małgosi nie dały mu tej „fotosatysfakcji”. Żal nam „szeryfa”, ale gratulujemy p.Małgosi, że zachowała kończyny na swoim miejscu.
Dzisiejszy wypad miał charakter nieco „sentymentalny” (w końcu nasz „szeryf” przecież „młodnieje”) – wspominając jeden z pierwszych rajdów ze Scholą „Eden” postanowiliśmy pójść tamta trasą i odwiedzić w dalszym ciągu… Karpacz. Kilka lat temu nasze „gwiazdy” nie wierzyły, że dadzą radę tam połazić. Wtedy udało się – tym bardziej dzisiaj, kiedy nie towarzyszyły nam tego typu obawy. Zastanawiało nas tylko jedno – łamiąc kilkuletnią tradycję nasz „szeryf” nie wyłapał jeszcze ani jednej „aktualizacji”. Czyżby „Czesio” zasnął???… czyżby „sen zimowy Czesława”???…
Jakby w odpowiedzi usłyszeliśmy zza kierownicy: „Złapałem aktualizację”, ale…sęk w tym, że „szeryf” przyzwyczaił nas do wysokich „standardów aktualizacyjnych” – tak więc takie coś przy kierownicy się nie liczy… choć faktycznie, trasa została zmieniona.
Najpierw byliśmy pewni, że idziemy do Wangu, ale podejście do niego „szeryf” minął, jakby nie istniało. Czyżby trasa do Sosnówki???… ale to trochę daleko… Okazało się, że „aktualizacja” była wprawdzie minimalna, ale jednak zdezorientowała niektórych z nas. Podejście było całkiem całkiem [nawet rozmówczyni p.Małgosi chciała wzywać pogotowie] – nie wszyscy zauważyli, że do głównego szlaku doszliśmy dużo nad świątynią Wang. Tu jednak powstał dylemat – idziemy dalej do Polany czy schodzimy (jako, że słoneczko już zachodziło). Pan Ryszard był zdesperowany [„Idźmy na Śnieżkę!!!”], ale przeważyła obawa przed zbyt gwałtownym przyjęciem pozycji horyzontalnej w razie powrotu po zmroku [jest ona super tylko w jednym przypadku – przy najlepszym przyjacielu człowieka, jakim jest… łóżko].
Tak więc zeszliśmy do świątyni Wang, tam mała sesja foto i po kamulcach [mega śliskich] doczłapaliśmy do samochodu. Tu dowiedzieliśmy się, że zanim zaczniemy rozkoszować się rybką czeka nas jeszcze spotkanie z… „ściegieńskim rekinem”, Robertem. Z tym „rekinem” to może przesada, ale… spotkanie było niestety chorobotwórcze [choroba nosi nazwę „leniwiec”] – ciepełko z kominka usypiało… „Może by tu tak przenocować?”. Senny nie był tylko Robert, który po „skrytykowaniu” nowej „maszynki fototortur” naszego „szeryfa” zażądał, aby zatrudnił „dobrą gosposię”. Temat wracał kilka razy, ale oczywiście chodziło o jedno – o dobrą kawusię dla gości [trzymamy Cię, Robercie, za słowo – wizyta wkrótce].
Atmosfera była tak zajefajowa, że decyzję „szeryfa”: „No to czas na nas” przyjęliśmy z dużym niezadowolenie, ale cóż, jak kierowca jest jeden, to rządzi ten „kto trzyma kluczyki od bryki”. Ale nie ma „tego złego…” – wkrótce zaczęliśmy się raczyć rybką [snując jednocześnie „apokaliptyczne wizje” tego, co by nas czekało, gdyby były z nami małolaty… M’C DONALD’S!!!].
Trasa powrotna niby przebiegła spokojnie, ale któryś składnik rybki lub „robertowego czaju” poruszył emocje naszego kierowcy – do tego stopnia, że p.Małgosia zaczęła się zastanawiać: „Dzisiaj będzie opis czy… gitara???” [jak widać okazało się, że opis]. Do tego pojawiły się znowu „nutki sentymentalne”: poznaliśmy dyskografię jednej z poprzednich scholi naszego „szeryfa”; do tego p.Robert „zaproponował”, aby do „parafialnego dialogu wokalnego” dodać fajny kawałek o Janie Pawle II [oj, z tego się Pan nie wybroni…]. I w takiej atmosferze dojechaliśmy do Lubania.

Początek roku 2016 był fartowny i jednocześnie pechowy. Fartowny, bo wypad był [przynajmniej w moim odczuciu (pewnie lekko sprzecznym z „niespełnieniem” p.Ryszarda)] udaną inauguracją naszych wypadów. Pechowy zaś, bo do „pełni szczęścia” zabrakło nam naszych dzieciaków, które potrafią być na szlaku baaaaaaaardzo kreatywne. No, ale… „co się odwlecze to nie uciecze”… prawda???
Serdeczne dzięki wszystkim uczestnikom i wielki szacun za atmosferę. Zaś tym, którzy to czytają dedykuję DO ZOBACZYSKA… NA TRASIE…

Napisany w wycieczki | 4 komentarze »