Stało się już tradycją rozpoczynanie kolejnego roku pracy naszej Scholi EDEN od… radosnego i kreatywnego (choć nasze „Gwiazdy” używają tu zamiennika – „sadystycznego”) wysiłku fizycznego. Wiadomo, że płuca najbardziej odświeża ożywczy podmuch halnego albo bryzy morskiej – do Wybrzeża jest ździebko daleko, więc… pozostają góry.
Po kilku przesunięciach terminu na datę „górskiej próby” wybraliśmy sobotę 08.10.2011 roku. Wprawdzie zostały zaproponowane kontrpropozycje (basen, Książ), ale wiadomo… demokracja zawsze zwycięży, więc plany wyjazdowe zostały zdominowane przedstawioną nam bogatą „ofertą górskich uciech”. Wybraliśmy (oczywiście całkowicie dobrowolnie) Karpacz i jedną z tras – z nadzieją, że nasz „Szeryf” padnie tam, jak rok temu przy Moni i Agacie.
Od czwartku jednak zaczął się kryzys – prognozy straszyły nas chmurami i deszczem, a poza tym my, „gorące sztuki” lubimy „klimaty tropikalne” (iść w góry przy 5 stopniach?!?!?… nie ma takiej opcji!!!). Wydawało by się, że sprawę przesądził sobotni poranek – zachlapany, chłodny, nieprzyjemny. Ożywiło to na chwilę łącza internetowe – tylko w ten sposób bezstresowo można było odwołać rezerwację na „mega-wyjazd”.
Okazało się jednak, że w naszym gronie są „odszczepieńcy” (żeby nie napisać „masochiści”), dla których ta pogoda nie była wcale zła. Przed 9:00 pojawiły się najpierw Agata i Monia, w chwilę później dotarła także Zosia. Punkt dziewiąta zajechali Państwo Rybiccy w pełnym, 4-osobowym komplecie. W końcu pojawił się także kolejny kierowca, Pan Ryszard – i zaczęło się ustalanie programu wypadu.
Od razu odpadły projekty „stacjonarne” typu basen czy Hejnice lub Książ. Pozostały więc góry, ale… (jak się dowiedział nasz „szef”) tam przez cała noc padało, temperatura nie jest za wysoka (3-5 stopni) i obniżyła się granica śniegu – cóż to jednak dla nas. Najlepszym podsumowaniem było chyba stwierdzenie Pana Krystiana: „Przynajmniej spróbujmy”. OK – w końcu „co nas nie złamie, to nas podniesie”.
Początek jazdy upłynął w nastroju nieokreślonym – z jednej strony frajda, z drugiej – nieco horrorystyczne widoczki za szybami. Ale przeważył optymizm, którego poziom wzrastał wraz ze zbliżaniem się do celu – nie żeby pojawiło się słońce, ale okazało się, że pogoda nie jest wcale taka tragiczna.
Jadąc za „srebrnym pancernym z psem” dotarliśmy do znajomej (dla Moni, Agaty, Oli i Sebastiana) trasy – rozpoczynającej podejście żółtym szlakiem z Wilczej Polany przez Szeroki Most do Schroniska nad Łomniczką. Początek (czyli tzw. rozgrzewka) trwał krótko – do mostu, za którym weszliśmy na skalistą ścieżkę szlaku prowadzącą… szok!!!!… wciąż pod górę!!! Tempo w sumie nie było najgorsze – podobnie jak rok temu nie wszyscy go jednak wytrzymywali (nasz „szeryf” dzielnie pilnował, aby nikt nie został w tyle – hmmm… wygodne). W sumie jednak im wyżej, tym „kryzys wysokościowy” ujawniał się u coraz większej liczby uczestników. Dało się to poznać po: „astmatycznie zdrowych oddechach”; „tempie szarżującego żółwia”; „górskiej bladości” na niektórych twarzach oraz [już poważniej] znikomej ilości dokumentujących to fotek (norrrrrmalnie szok!!!). O ile jednak przed pewien czas „oddech naszej szkapy” dobiegał raczej z tyłu, to w połowie podejścia dołączył do niego „szkapi chórek” kilku osób (personalne milczenie niech będzie oznaką miłosierdzia piszącego). Pojawiły się też pierwsze halucynacje myślowe („Daleko jeszcze?!?!?” – a co to??? Jesteśmy w królestwie Shreka???). Mimo to jednak – wpatrując się w coraz słabiej widoczny wzorek kurtki pana Krystiana (który „wydarł” jak Małysz) – posuwaliśmy się naprzód (gdyby Armia Czerwona posuwała się w tym tempie, Wrocław do dziś byłby niemiecki).
Faktem jest, że pogoda nas jednak zaskoczyła – ruszając spodziewaliśmy się, że wkrótce coś nam przerwie wspinaczkę. Tymczasem, mimo dużego zachmurzenia, niebo zmilczało naszą obecność i nikomu „nie chciało się zapłakać nad naszym losem”. Nawet temperatura (w sumie nie za wysoka) pomagała w szukaniu w sobie „rezerw mocy”. Dopiero przed samym dojściem do Schroniska „Nad Łomniczką” najpierw ostro powiało i pochłodniało, a zaraz potem poczuliśmy „górski płacz litości” – początkowy „kapuśniak” szybko zamienił się w nieomal ulewę, więc szybko schowaliśmy się w schronisku (dołączając do kilkunastosobowej grupy „góroli”). Mimo, że było cieplej niż na zewnątrz, uderzyło nas jedno: „Czemu tutaj jest tak ciemno???” – fakt, za wyjątkiem kilku świec pomieszczenie oświetlała tylko szarówka zza okien. Na zewnątrz zaś Duch Gór postanowił zaserwować nam wyjątkową atrakcję – mieliśmy okazję poobserwować pierwszą (dla nas w tym roku) ŚNIEŻYCĘ!!! I to nie byle jaką – przez kilka minut widać było zaledwie na 3-4 metry. „Pokaz” trwał jednak krótko i po prawie godzinnym odpoczynku postanowiliśmy… ruszyć na Śnieżkę!!! (o sorka – tu mi się „włączyła” retrospekcja – tym tekstem o mało co nie doprowadziliśmy do zawału jedną starszą panią przy naszym stole i podnieśliśmy ciśnienie Zosi i Oli [które „łyknęły tekst bez mydła”]).
Wiadomo – podczas zejścia działają silniej prawa grawitacji, więc do uprzywilejowanych należeli ci, których przyciąganie „łapało mocniej”. Nasze dziewuszki i Sebastian „wydarli” w tempie wyścigowym, zostawiając nam, dorosłym, „łamanie ciszy wyborczej” ( ku wiadomości OKW – to oczywiście żart). Przyhamowali dopiero koło grupy pojazdów z „kogutami” – „oj panienki, czyżbyście coś miały na sumieniu???”. Kiedy jednak minęliśmy tę grupę zaczęło się od nowa.
O ile podczas trasy w górę nasz kapłan „pilnował tyłów”, o tyle z chwilą wejścia w „strefę cywilizacji” (czytaj Karpacz) objął funkcję prowadzącego – choć może niezupełnie, gdyż swoistą czołówkę stanowił „samotny górski traper” Sebo i nasze „Gwiazdki” (którym niedaleko skoczni zaczęły się bacznie przypatrywać nawet niemowlaki – hmmm… ciekawe, dlaczego). Ten układ pasował, dopóki schodziliśmy „cywilizowanymi szlakami”. Jednak w pewnym momencie „szeryf” zaproponował zejście w „dziką trasę” i zaczęło się. Najpierw nasze dziewuszki musiały zawrócić i z „wielką ochotą” podejść z powrotem tych kilkanaście kroków. Jeszcze bardziej ciśnienie podniosło się Sebastianowi, który aby wrócić musiał przejść… chyba pół Karpacza. W końcu jednak wszyscy dotarli i zaczął się „odcinek specjalny”.
Pierwszym niebezpieczeństwem stała się możliwość „niekontrolowanego zjazdu horyzontalnego” w przypadku nieuwagi. To spowodowało, że wszyscy raczej trzymali się grupy i jakość… udało się zachować „pion”. Oczywiście zaraz potem Sebo ruszył przecierać szlak, co kosztowało go dwa kolejne powroty (w momencie wyboru niewłaściwego kierunku). Nie da się ukryć, że w trasie tej krył się swoisty urok – sporo lasu, niezbyt pewnie wyglądający mostek (po którym, „na próbę”, przeszedł jako pierwszy najlżejszy z nas – „szeryf”) i niesamowite zejście do potoku. „Wilcza Polana” była czarująca – no, może za wyjątkiem kolejnej fazy deszczu, który przyspieszył nieco tempo naszego marszu.
W końcu doszliśmy do ul. Wilczej, skąd już tylko minuty dzieliły nas od „zasłużonego odpoczynku”. Oczywiście, Sebo doszedł jako pierwszy – po nim grupa Panienek, w końcu „dinozaury”. Odstępu czasowe przydały się dla bezpieczeństwa podróży powrotnej – w końcu trzeba było „przewentylować nasze odnóża dolne”, a to mogło być zagrożeniem dla koncentracji naszych kierowców.
Tajemnicą poliszynela jest to, że każdy wyjazd jest obwarowany swoistą klauzulą – damy z siebie wszystko, ale… MxDonald’s musi być!!! Przed tym warunkiem ustąpili nawet „maniacy zdrowego żywienia”. Tak więc trasa powrotna musiała zahaczyć o Jelenią Górę i jej najważniejszy (dla nas) lokal gastronomiczny. Pobyt tam trwał coś koło godziny – i nie chodzi tu o kalorie, ale o frajdę. Przy okazji, co niektórzy poznali prawdziwą cenę niektórych artykułów – np. „cmok” za łyka Coli.
Powrót był w sumie spokojny – dziewczyny miały swoje „babskie sekrety”, a my, koło kierownicy próbowaliśmy zachować spokój, widząc „jazdę barana” innego kierowcy, który… wytrącił w końcu w równowagi jednego z nas.
Jak zawsze, na koniec pozostaje jedno (ale za to jakie piękne) słowo DZIĘKUJĘ. Słowo to kieruję w stronę tych, którzy wzięli udział w dzisiejszym wypadzie: Państwu Renacie, Krystianowi, Oli i Sebastianowi Rybickim; panu Ryszardowi i Monice Piekarskim, Agacie Mikulskiej i Zosi Undro – za wspaniałą atmosferę wypadu inauguracyjnego. Mam nadzieję, że to dobry początek kolejnego roku – tak naszej współpracy, jak i „terenowych przygód”. A tym, którzy zwątpili dedykuję jedno słowo (ale bez złośliwości): ŻAŁUJCIE!!!
„Cudze chwalicie, swego nie znacie…” – znamy tę maksymę, i choć w zasadzie się z nią zgadzamy, bardzo często pozostaje tylko kwestią teorii. Ekscytujemy się „cudami z zagranicy”, jeździmy tysiące kilometrów, aby COŚ obejrzeć, a tymczasem… „tuż pod samym nosem” leżą prawdziwe „perełki”. Tak właśnie „perłą” naszego regionu jest zamek Czocha, z którym związana jest ciekawa historia i wiele – mniej lub bardziej prawdopodobnych – podań i legend.
Nie wiem, jak inni, ale ja miałem przyjemność odwiedzić zamek kilkakrotnie – z tym, że zawsze w dzień. W minioną sobotę (01.10) dostałem jednak szansę ujrzenia go w „nocnej krasie” – zupełnie inaczej niż zazwyczaj. W gronie przyjaciół, o 21:30, rozpocząłem udział w „Nocnym zwiedzaniu Czochy”, będącym finałem tegorocznego Turnieju Rycerskiego.
Zostaliśmy ze swadą powitani w Sali balowej przez „wodzireja” zwiedzania, który w ciekawy i humorystyczny sposób nakreślił ogólną historię powstania obiektu. Następnie podzielono nas na grupy, oddając pod opiekę poszczególnych przewodników.
Będąc w grupie 2 miałem nadal przyjemność zwiedzania placu zamkowego w towarzystwie wspomnianego wyżej „wodzireja”, który wspomniał o tragicznym pogrzebie i „pechu grabarzy”, o słynnym (i dosyć dwuznacznym) posągu; wreszcie o przechodzeniu zamku z rąk do rąk w ramach planów i zamierzeń matrymonialnych „wielkich ówczesnego świata”. Podczas spaceru do lochów usłyszeliśmy krótką relację o pobycie w zamku „lisowczyków”, o zdradzie, która zakończyła jedną z batalii zamkowych; wreszcie (choć tu czuję niestety niedosyt) poruszono kwestię tzw. „skarbu zamkowego”, odkrytego (zacytuję – „rzekomo”) podczas ucieczki klucznicy i starosty w 1945 roku. [Tu dodam, że szkoda, iż ta – w sumie najnowsza – historia wciąż pozostaje w „cieniu milczenia”. Jest bardzo interesująca i budzi wiele emocji – może stąd wielka wstrzemięźliwość w poruszaniu kwestii II wojny światowej].
Kiedy już skończyliśmy tę część naszego zwiedzania, dostaliśmy się w ręce „kata” (a raczej jego rzecznika prasowego). Kolejny przewodnik, prowadząc nas piwnicami i lochami dosyć barwnie przedstawiał [„naturalnie radosnym tonem”] „rozkosze” bycia katem, który oczekując na jedyne właściwe zdanie: „Przyznaję się do winy” zyskiwał także locum na koszt miasta i prawo… do prowadzenia „chaty uciech horyzontalnych”. Przy wtórze nastrojowej muzyki przestawił nam także krótką historię jednego z właścicieli, zafascynowanych lokalnym złotem – to właśnie jego los skłonił do wniosku, kończącego tę część naszej trasy: „Złoto szczęścia nie daje, więc… po przejechaniu tak wielu kilometrów ulżyjcie sobie i… zostawcie je tutaj”. Było nieźle – może za wyjątkiem jednego z uczestników, który z jakiegoś powodu chciał zaznaczyć swoją obecność [dla niego było to może śmieszne – ja miałem po jego „występach” raczej poczucie niesmaku].
Po wyjściu z lochów wróciliśmy ponownie do Sali Balowej, gdzie – prowadzeni przez kolejną przewodniczkę – zapoznaliśmy się z historią miejscowych zabaw i tragedii, których „echem” są duchy [pokaz „duchowych spacerów” nie miał może rangi scen z „Pana Samochodzika”, ale… był dosyć sugestywny, budując napięcie, którego kumulacją była „czarna postać klucznika” zaczepiająca w ciemnościach „co nadobniejsze białogłowy”. Było trochę krzyku i sporo śmiechu – pojawiła się nawet „dywersyjna próba uchylenia zasłony tajemnicy czarnej maski”.
Zwiedzając zamkowe korytarze mieliśmy także okazję – przy wtórze „grzmotów” – odwiedzić miejscową bibliotekę i poznać jej tajemne przejście [i znowu osobista refleksja – patrząc po umieszczonych na półkach tytułach zrobiło się żal wojennych losów dawnej bogatej kolekcji zamkowego księgozbioru]. Doprowadziło nas ono (śladami bohaterów „Twierdzy szyfrów”) do winiarni, z której podobno wiodło podziemne przejście do Leśnej (w którym zabłąkał się jeden z dzielnych czerwonoarmistów – błąkał się długo… aż do chwili spotkania z nami podczas tego nocnego spaceru). Przy okazji pobytu w winnicy dowiedzieliśmy się, że pomieszczenie to było wykorzystane także do produkcji innego znanego filmu „Gdzie jest generał?” (to tu Orzeszko „odpoczywał” po trudach patrolowania).
Po zwiedzeniu winiarni wróciliśmy znowu do Sali Balowej, gdzie staliśmy się świadkami rycerskiego pojedynku „o cześć” córki zamku. Walka była ostra i – choć nie towarzyszyły jej „miecze świetlne” -bardzo dynamiczna. W końcu „czarny charakter” poległ, cześć białogłowy została obroniona, a my, zwiedzający – ukontentowani widowiskiem – ruszyliśmy ku ostatniej atrakcji dzisiejszej nocy: tajemniczej studni.
Nasz „wodzirej” najpierw wyszukał „medium”, którym stała się Jagienka. Następnie usłyszeliśmy historię, jak to prawa biologii nie chcą współbrzmieć z zasadami historii („albo-albo” – albo dłuższa ciąża, albo krótsza nieobecność ślubnego) – kiedy już zdążyliśmy się oburzyć niewiernością małżonki pana zamku (która to wina przesłoniła nawet okrutna śmierć w studni) POJAWIŁA SIĘ ONA… BIAŁA PANI Z CZOCHY!!! W świetle buchającego ognia i efektów świetlnych przespacerowała się po blankach dziedzińca zanosząc swoją skargę na okrutny los. Nie da się ukryć – efekt był „piorunujący”. Może dlatego z pokorą my, ta „brzydsza płeć”, przyjęliśmy „wyrównującą proporcje” zamkowych opowieści (w których dominowały w negatywnym klimacie niewiasty) krytykę naszych „męskich wyobrażeń i przypadłości”.
Cały wieczór można by zadedykować zmysłom wzroku i słuchu. Zwieńczeniem stała się jednak „uczta dla ciała” – no, uczta to może zbyt górnolotnie, ale… po pięknym podziękowaniu zostaliśmy zaproszeni do degustacji chleba z zamkowej piekarni. Cóż rzec – był pyszny i naprawdę „szedł jak ciepłe bułeczki”.
Nocne zwiedzanie było bardzo interesującym doświadczeniem. Pragnę podkreślić wielką swobodę i swoisty luz w odkrywaniu przed nami tajemnic Czochy. Dzisiaj, kiedy powagi (w tym także tej sztucznej) jest za dużo, te cechy są bardzo pożądane, skutecznie zachęcając do korzystania z tak cennych inicjatyw i „smakowania” w ich przeżywaniu.
„Wszystko co piękne, szybko się kończy” – tymi słowami proboszcz parafii w Rewalu podsumował dzisiaj kończące się rekolekcje Grupy Odnowy w Duchu Świętym z Wrocławia, odbywające się w tej urokliwej miejscowości. Padły one podczas mszy św. z udziałem wspomnianej grupy i grupy muzycznej „HALLELUJAH”. Idąc na nią zastanawiałem się, ilu uczestników wstanie tak rano (7:30), ale okazało się, że – wcale pojemna – świątynia była pełna. Najważniejszą była atmosfera – mimo porannego „niedospania” było dużo powagi, ale i spontaniczności. Tradycjonalistów może to trochę szokowało, ale dla mnie – zwłaszcza po udziale we mszach św. o uzdrowienie z O.Bogdanem i O.Andrzejem – tego typu postawy są postrzegane bardzo pozytywnie. Przeżyciu Eucharystii sprzyjała także profesjonalna oprawa muzyczna w wykonaniu formacyjnej grupy muzycznej „HALLELUJAH”. W sumie więc naprawdę warto było się zerwać dzisiaj wcześniej, aby wziąć udział w tak wspaniałym przeżyciu.
Co dziwne (przynajmniej dla niektórych), we mszy św. – mimo porannej godziny – wzięła udział duża grupa dzieci. I to właśnie z nimi (a raczej z jedną ze scenek) będzie mi się kojarzyła ta msza [aż żałowałem, że nie miałem jakiegoś mini-aparatu] – wiadomo, pora wczesna, dzieciaki lubią o takiej przebywać jeszcze w „objęciach Morfeusza”. I taka właśnie małolatka siedziała w pierwszej ławce razem z rodzicami. Kiedy przyszedł „czas kryzysu”, po prostu usnęła… w objęciach taty. Wiem, że opis nie oddaje w pełni tego widoku, ale… normalnie, to było piękne.
Msza św. miała też zaskakujący aspekt – jak to mówią, czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, aby spotkać kogoś mieszkającego całkiem niedaleko. Tak właśnie było dzisiaj – współkoncelebransem okazał się bowiem… pierwszy proboszcz mojej parafii, ks. Jerzy. Normalnie… same niespodzianki.
Dzisiejsza msza była jednym z elementów tegorocznego urlopu, który spędzam – jak już od wielu lat – w Rewalu, u Pani Zofii Ripołowskiej. Nie da się ukryć, że sam dojazd [w tym roku eksperymentalny – dla mnie zupełnie nową trasą] nie był łatwy. Ciągłe remonty dróg (oby zakończone przed Euro) wydłużały skutecznie „czas za kółkiem” – w sumie, zamiast dotychczasowych 6 godzin, tegoroczna podróż pochłonęła godzin…8. No, ale w końcu ujrzałem napis „Rewal” i… letnia laba się rozpoczęła.
Oczywiście, na terenie, gdzie wypoczywam od lat, sposób relaksowania się został już dawno określony. Jednym z jego elementów są – krótsze lub dłuższe – morskie spacery. Tak więc, mimo zmęczenia po dniu jazdy, pierwsze kroki zostały skierowane na plażę i… hajda w stronę Trzęsacza.
Ta pierwsza trasa rekonesansyjna zaowocowała dwoma spostrzeżeniami: po pierwsze – wymyło bardzo dużo plaży (różnice w poziomach części poddanej działaniu morza) to nawet 35 cm; po drugie – plaża została zabezpieczona przed erozją [zbocza okolicznych skarp zostały pokryte ochronną warstwą kamienia]; no i te słupki (jak na autostradzie – tylko w żółtym kolorze). Reszta w sumie bez zmian.
Pozostało więc tylko rozpakować się i… zapaść w „błogi stan lewitowania”. Jako, że nastąpiło to dosyć wcześnie, równie wcześnie przyjąłem „pozycję pionu” we wtorkowy poranek. Już o 5:30 rozpocząłem pierwszy urlopowy spacer – tym razem także do Trzęsacza. Niby to niedaleko (jakieś 2 km), ale jak się uderzy we właściwe tempo, to po powrocie pojawi się odrobina potu [przy okazji zauważyłem, że podobnym do mnie „porankomaniaków” było dużo więcej niż rok temu] – czyżby zasada „Kto rano wstaje…” stała się wypoczynkową normą.
Wtorek – jako de facto pierwszy dzień urlopu – dzięki pięknej pogodzie stał się oczywiście pierwszym „podejście” do „przygody z UV” czyli maniackim opalaniem. Wytrzymałem zaledwie 3 godziny [niestety, woda była zbyt chłodna, by sukcesywnie się chłodzić] i sam już nie wiem: albo słońce stało się ostrzejsze, albo… latka lecą. W każdym razie wracając z plaży zdawałem sobie sprawę z tego, że dzisiejsza noc będzie „pełna atrakcji”. Nie pomyliłem się – była „niezła jazda”, ale nic to… dla „urlopowych barw ochronnych” warto wiele poświęcić. Mimo 3-godzinnego leżakowania nie mogłem niestety pozdrawiać znajomych inaczej jak „niedopieczony Apacz”, ale sam tekst „Apacz pozdrawia blade twarze” brzmiał w sms-ach nie najgorzej.
Jako, że lekkie „nadpalenie ciała” spowodowało wcześniejsze zajęcie „pozycji horyzontalnej”, środowa aktywność rozpoczęła się również wcześniej. Już o 6:00 dołączyłem do pozostałym „porannym ptaszków”, wybierając tym razem trasę w stronę Niechorza. Novum tego poranka było wzięcie ze sobą (jak zwykle nieodłącznego) aparatu oraz pierwsze poranne „nękające” sygnały do znajomych. Nikt może nie przeklinał, ale żebyście usłyszeli „rozbudzony” głos jednej z moich respondentek… hmmm… normalnie „cudo”. Ale wszystko to z pełną kulturą i wyrażoną na głos nadzieją, że… następnym razem może trochę później.
Reszta dnia to było właściwie leniuchowanie – tego mi było potrzeba po całym roku pracy: poleżeć, dospać, bez obawy, że zostanie to zaraz przerwane dzwonkiem lub telefonem. Tak więc drugi urlopowy dzień można by nazwać „DNIEM LENIWCA” [ale i tak było super].
Czwartek stał się zaproszeniem do podjęcia dalszego ciągu „łapania letnich barw”. Oczywiście, inauguracją stał się letni spacer – dzisiaj na swój sposób rekordowy, gdyż zaliczyłem trasę całej długości Rewala i do Trzęsacza (w sumie niby tylko 5-6 km, ale… przy bardzo dusznej pogodzie poczułem to „w kościach”). Spacer wydawał się potwierdzać obawy, że dzisiaj także czeka mnie „wypoczynek stacjonarny”, ale – podobnie jak w górach – pogoda tutaj zmienia się z minuty na minutę. Już koło 9:00 pojawiło się pełne słońce i cóż… kocyk ruszył za mną na kolejny „czas rożna”.
Z racji doświadczeń wtorku dzisiaj zabawiłem na plaży krócej żałując, że woda nadal (przynajmniej dla mnie) nie nadawała się do kąpieli [nie należę do morsów]. O ile jednak wczoraj dosypiałem zaległości, o tyle dzisiaj zacząłem w końcu angażować komputer (archiwizując fotki) – co zaowocowało wieloma mailami z całkiem interesującymi zdjęciami [oj, na powrót muszę się zaopatrzyć w kask ochronny i kevlarową kamizelkę ochronną, bo niektóre z nich były sprzed 2-3 lat, a wiadomo, że młodsze panienki są na tym punkcie bardzo wyczulone].
Początek piątku przypominał dni poprzednie – no, może z wyjątkiem godziny. Dzisiaj pozwoliłem sobie na „luksus” wyjścia na plażę o 7:30. Pogoda rewelacyjna – morze gładkie „jak stół”, woda cieplutka, na plaży może nie pustka, ale udało się uniknąć obijania się o siebie. Trasa spaceru miała dzisiaj charakter wspomnieniowy – idąc w stronę Niechorza wszedłem do Rewala na wysokości DW „Strażnica” (gdzie nota bene rozpoczęła się moja znajomość z p.Zofią – kurczę, to już 14 lat). Wracając przez miasto stwierdziłem, że z roku na rok Rewal coraz bardziej pięknieje – naprawdę zrobiono bardzo dużo. Wypiękniał także taras widokowy i jeden z głównych placów miejscowości [szczególnie interesującym stał się dla mnie pomysł podłączenia lamp na placu pod dużą baterię interesująco rozmieszczonych baterii słonecznych – muszę kiedyś wybrać się tutaj w nocy].
Nadeszła sobota. Tradycyjny poranny spacer upewnił mnie, że dzisiaj będzie „ostro” [oczywiście na plaży] – i faktycznie, kiedy o 9:00 rozłożyłem swoje manele i lilipucie kształty, zaczęło się „smażenie”. Dzisiaj było trochę łatwiej – powiewy wiatru powodowały napływanie chmur (dających chwilowy oddech), poza tym dzisiaj woda okazała się łaskawsza (dając możliwość zaliczenia pierwszych tegorocznych kąpieli w Bałtyku). Z tych powodów dzisiejsza „sesja słoneczna” trwała ponad 4 godziny (plus prawie godzinne dopalanie popołudniowe) – no, tu i ówdzie przestałem już przypominać Apacza, upodabniając się bardziej do Kunta-Kinte (ale w sytuacji gdy mocno zbladł). Sobotni finał nieoczekiwanie nabrał charakteru sportowego – nie, nie biegałem czy coś w tym stylu… po prostu dopingowałem naszych siatkarzy. Sprzyjała temu wieczorna ulewa zatrzymująca nas w domkach.
No i wreszcie niedziela. Z racji planowanej mszy dzisiejszy spacer rozpoczął się dużo wcześniej. O 5:30 byłem już przy stanowisku rybaków – i muszę przyznać, że zaskoczył mnie dosyć duży ruch kupujących ryby turystów. Samo wędrowanie odróżniało się od poprzednich jednym – dzisiaj po raz pierwszy trochę zmarzłem. Wychodziło na to, że niedziela stanie się kolejnym dniem „stacjonarnego leniuchowania”. Potwierdziła to aura podczas – wspomnianej wyżej – mszy, kiedy się totalnie rozpadało. Tym „dziwniej” zabrzmiały kończące ją słowa proboszcza, zachęcające do wiary, że pogoda będzie. Kurczę… i spełniło się… gdzieś koło godz. 12:00 słońce znowu pokazało „swój pazur”. Dla mnie nie było to może takie istotne, bo skutki wczorajszego „UV-szaleństwa” skłoniły mnie do bardziej kreatywnego przeżycia dzisiejszego popołudnia – postanowiłem zrobić trochę fotografii porównawczych miejsc, które rok temu, o tej porze, były placem budowy [o ile znajdę archiwalia, postaram się zamieścić fotki z obu okresów]. Dobra, na razie kończę – CZAS NA OBIADOWĄ RYBKĘ…
…oczywiście, smakowała – tym bardziej przy tej pogodzie, która [tu ukłon w stronę miejscowego proboszcza] zdecydowanie się poprawiła. Jako, że „rybka” to kalorie, więc naturalnym następstwem skuszenia się na nią był popołudniowy spacer. Było fajnie i relaksacyjnie. I w sumie tym można by zakończyć opis tego dnia – nie omieszkam jednak zaznaczyć, że pod koniec znów się zachmurzyło. Hmmm… ciekawe, co przyniesie poniedziałek.
Poniedziałek – tradycyjnie już na tegorocznym urlopie – zaczął się wcześnie. Punkt 6:00 rozpoczęła się „poranna zaprawa plażowa”. Z jednej strony dużym zdziwkiem był fakt stosunkowo dużej ilości współspacerowiczów (w tym wielu „sportowców”). Z drugiej – trzeba było się „nastroić” na dzisiejszą pogodę. Zapowiadał się bowiem „dzień słońca” – tak więc w planach oczywiście „UV-randka w jasno”. I faktycznie – już po 9:00 (kiedy zszedłem na plażę) wolnego miejsca zaczęło powoli brakować. Oczywiście, dla mnie to nie przeszkoda – w końcu dla „zaparkowania” moich „lilipucich gabarytów” potrzeba mi zaledwie… 10 m kwadratowych (to oczywiście żart – potrzebowałem tyle, by zmieścił się koc… i ja na nim). Szybko znalazłem „dziuplę w plażowej zabudowie” i zaczęło się. Pamiętam taką reklamę o „przerzucaniu boczków” – dzisiaj było podobnie. Regularność procesu „smażenia” była poddana wskazaniom zegarka: godzina na przód, pół godziny – tył i około 20 minut schładzająca kąpiel. W takim rytmie (dzięki kąpielom i całkiem sporemu wiatrowi) dotrwałem do 14:30, kiedy w końcu ta „rozsądniejsza” część mnie stwierdziła, że… przede mną jeszcze noc, którą trzeba jakoś przeżyć.
Ale rozsądek, wiadomo… rzecz nie zawsze dopuszczana do głosu – więc koło 16:30 postanowiłem się jeszcze „dopalić” (tym bardziej, że w TV pojawiły się anonse o przewidywanych opadach). W sumie wytrzymałem godzinę – silny wiatr po prostu mnie stamtąd „wywiał”. Ale było naprawdę SUPER.
Oczywiście, nie tylko poranne spacery stały się dowodem na istnienie „znamion wieku” – podobnym znakiem stała się [malejąca???] odporność na „randki ze słońcem”. Kiedyś słyszałem taki zwrot: „Spuśćmy na ten temat miłosierną zasłonę milczenia” – użyję go w odniesieniu do tego, jaka była ta noc… hmmm… może nie horror, ale na pewno też nie komedia.
Wtorkowy poranek rozpocząłem więc (mam nadzieję, nie budząc sąsiadów) ze świadomością, że dzisiaj będzie „dzień odpoczynku” od „trzaskania się na mahoń”. Oczywiście, spacer się odbył; zbudziłem podczas niego kilku respondentów; na plaży – jak zwykle – było sporo spacerujących i trenujących (ja dałem sobie z tym spokój z racji „ekologicznych” – klif rewalski jest tak nadwyrężony, że mógłby nie wytrzymać „plażowych wstrząsów sejsmicznych”). Wracając stwierdziłem, że ciężko będzie odmówić sobie opalania, choć z drugiej strony…
Jakby w odpowiedzi na dzisiejszą trudną decyzję pogoda, po kilku pierwszych słonecznych godzinach, zmieniła się na tyle, że przestało mi być aż tak szkoda mojej nieobecności na plaży. Pod wieczór trochę pokropiło i zaczęło się zanosić na to, że kończy się „czas słońca”.
Środowy spacer potwierdził prognozy – zanosiło się na deszcz. Zachmurzone niebo, typowa przed burzą duchota, bezruch powietrza – to skłaniało do przygotowań na zmianę pogody. Pogoda utrzymała się do 9:00, kiedy zaczęło – momentami nawet dosyć ostro – chlapać. Cóż więc pozostało – wykorzystałem ten czas na zaległości korespondencyjne (poczta znowu się ucieszy) i wpadłem w taki rytm, że nawet popołudniowe chwilowe przejaśnienie nie zgoniło mnie na plażę [pewnie szkoda, choć z drugiej strony – jak tu się rozłożyć na mokrym piachu???].
Wiem, że atmosferę „nocnego czuwania” ze środy na czwartek najlepiej zrozumieją ci, którzy mają blaszane dachy – w nocy bowiem zaczęło totalnie lać (padać byłoby tu określeniem nieadekwatnym). A że dachy naszego locum dosyć mocno rezonowały pod wpływem kropli deszczu… pobudka nastąpiła dużo wcześniej (już około 5:00). Wychodziło na to, że tym razem będę musiał sobie odpuścić „poranne balety plażowe” – jednak około 7:00 deszcz powoli ustał i nieco później można było wyjść na jeden z ostatnich tegorocznych „plażowych patroli”.
Widok plaży był oczywiście zupełnie inny niż dotąd – zamoknięta, zachlapana, i prawie pusta. Dzisiaj razem ze mną było w sumie jakieś 10 osób. Oczywiście novum spaceru było także samo morze – od czasu mojego przyjazdu po raz pierwszy w „sztormowej odsłonie”. Po zaliczeniu odcinka do „Strażnicy” wróciłem i – dochodząc do przystani rybackiej – zauważyłem, jaką siłę miał nocny żywioł. Najpierw zwróciłem uwagę na łodzie wyciągnięte na plażę dużo dalej niż zazwyczaj. Zaraz potem zobaczyłem „katastroficzny” obraz łodzi, którą siła spływającej z klifu wody po prostu przewróciła na bok. To już był lekki szok – opady owszem, ale żeby aż tak? Do tego wymyte zejście na plażę. Taaaa… tutaj się naprawdę sporo działo.
Do południa jeszcze dwukrotnie popadało, ale już słabiej i z przerwami – na tyle dużymi, że można się było wyrwać na miasto. I to właśnie zapamiętam z dzisiaj najbardziej.
Okazało się bowiem, że niedaleko – w Niechorzu – wypoczywają moi znajomi z Pleszewa: Martyna i Jakub, którzy postanowili złożyć w Rewalu krótką wizytę. Początek był zabawny, bo telefon od Martyny nie figurował w moich danych – zanim się więc spotkaliśmy mój „twardy dysk” (czytaj: pamięć) spróbował znaleźć wszystkie znane mi osoby o tym imieniu. W końcu przyjechali – zaczęło się od „stresu”, kiedy – po porównaniu – okazało się, że moje kolory są zdecydowanie mniej intensywne. Oczywiście stresu w cudzysłowie, bo całe spotkanie – choć krótkie –było wielką frajdą ujrzenia osób, z którymi nie widziałem się już… ho ho ho, a może i dłużej.
Piątkowy poranek rozpoczął się wcześnie – nieprzypadkowo. Już od wczoraj cieniem na atmosferze wypoczynku położyła się [oczywiście w niewielkim stopniu] świadomość, że już niedługo przyjdzie czas zakończenia urlopu A.D.2011 (nie, żebym nie cieszył się na powrót do swoich). Stąd też dzisiejsza „poranna plażowa zaprawa” rozpoczęła się od sms-owego NIEEEEEE!!! [które boleśnie odczuli moi znajomi – to właśnie przez takie „późne” sms-y zyskałem u nich opinię osoby, z którą nie wolno jechać na dłuższy wypoczynek… a przecież „kto rano wstaje…”].
Wczesnemu ruszeniu na plażę sprzyjała pogoda – po raz pierwszy od dwóch dni dzień rozpoczął się słonecznie. Niestety, kiedy już wyszedłem ze swojej „urlopowej kajuty” okazało się, że słońce słońcem, a temperatura nie jest za bardzo wysoka [dobrze choć, że woda – nadal mokra – była znośna]. Wejściu na plażę towarzyszył ciekawy widok – rodem z czasów „kartkowych”. Mimo wczesnej pory cały odcinek plaży był bowiem pełen osób czekających na… powrót kutra z łowiska (i tu dodam – większość to były osoby w sile wieku, a nie emeryci). Cóż… to cena zdobycia „bałtyckiej świeżynki”.
Wydawało się, że ten ostatni pełny dzień da się – przynajmniej częściowo – spędzić na plaży. Niestety, już wkrótce nieśmiało prześwitujące słońce zostało zakryte przez chmury i wkrótce zachmurzenie stało się dominantą tego dnia. Po południu wprawdzie wiatr trochę przerzedził chmury – ale to umożliwiło tylko krótki spacer (nawet nie po plaży, która była mokra). Swoją drogą – podziwiałem determinację części wczasowiczów, którzy w taką pogodę wyszli w plener. Fakt – wykorzystali wszelkie osłony (wiwat parawany!!!), ale mimo to…
„To już jest koniec…” – te słowa, które kończyły codzienne zabawy w położonym niedaleko lokalu, stały się dzisiaj bardzo aktualne. Tak, tak… niestety… TO JUŻ KONIEC!!! Oczywiście, nie mogło zabraknąć porannego spaceru – tym razem pożegnalnego [te słowa pani Zosia skwitowała: „Prezesie! Jaki ostatni?!?!… Za rok będą następne…” – fakt]. Sama pogoda nastrajała refleksyjnie – bardzo wietrzna, Bałtyk w sztormowej aurze, pustki na plaży. Fajnie się szło, choć trzeba tym razem założyć kurtkę. I tak zakończył się mój URLOP’2011.
Czas na podsumowanie. Oczywiście nie jechałem w celach poznawczych – bawiąc w Rewalu od 15 lat znam go na wylot. Celem był wypoczynek i odrobina „błogosławionego urlopowego lenistwa”. To udało się zrealizować w 100% (co nie znaczy, że pewne rzeczy mnie nie zaskoczyły – Rewal z roku na rok pięknieje). Trochę gorzej wyszło „łapanie kolorów” – albo „znamię lat”, albo ostrzej operujące słońce… spowodowały, że oczywiście nie wrócę jak „Apacz”, ale do planowanego mahoniu jeszcze sporo (ale, po powrocie czekają trawniki – więc się „dopalę”). Za czas super-wypoczynku gorąco dziękuję Pani Zofii Ripołowskiej (ul.Parkowa 10), która – jak zawsze – tworząc sympatyczną i bezpośrednią atmosferę, zapewniła wysoki standard pobytu.
Ta „gorzka refleksja” pojawiła się w mojej myśli w momencie, kiedy wracając z dzisiejszego „górskiego spaceru” zacząłem otrzymywać pogróżki „długiej i bolesnej śmierci” na wypadek ominięcia tego obiektu pożądania małolatów. Oczywiście świadomie „gorzka” umieściłem w cudzysłowie – atmosfera bowiem dzisiejszego „leniuchowania” była tak fajna, że tej „słodyczy” nie skazi żaden inny smak.
Ale zacznę od początku. W tym roku pierwsze jego miesiące – oprócz zimowiska – nie stwarzały jakoś okazji do wspólnych wypadów – a są one potrzebne. Po każdym – mimo obolałych nóg i obietnic „nigdy więcej” wzrasta jakość naszej scholkowej pracy. Stąd też, wykorzystując prognozy ładnej pogody, zaproponowałem wypad w sobotę (14.05). Po konsultacjach – które koordynowała Magda (dzięki Madziu!!!) akces do wyjazdu zgłosiło 13 osób.
I tu się pojawił problem – mieliśmy bowiem zagwarantowane tylko 3 „krążowniki szos”, co (w sumie – bez kierowców) dało nam możność zabrania tylko 11 osób. Ale… jak to mówią – u nas najlepiej wychodzi improwizacja. Okazało się, że zerwani z pościeli rodzice Karolinki wyrazili chęć „wyjazdu plenerowego” (i to taką maszyną, że… dech zapiera). Oprócz mojego były więc 3 wozy – to aż za dużo (ale lepiej więcej niż mniej).
Tak więc, po usunięciu tej niedogodności, z 3-minutowym poślizgiem, ruszyliśmy na trasę. Nie ukrywam, że „siedzący mi na bagażniku” Opel zmuszał do bardziej zdecydowanej jazdy, ale… prędkości światła i dźwięku nie przekroczyliśmy (już słyszę „uff” Rodziców odważnej czwórki). Nasza trasa po części była standardem (Lubań – Olszyna – Gryfów). Dojeżdżając jednak do Rybnicy zaczęły się dziać „dziwne rzeczy”. Najpierw zrezygnowaliśmy z wygodnej trasy do Jeleniej na rzecz nieco ekstremalnej do Cieplic (krótsza, ale ileż trzeba się było namachać kierownicą – to tylko wie Paweł, nasz najmłodszy „szef kierownicy”) – domyślacie się, kto kierował ruchem (dobra, dobra… bez nazwisk… wystarczy hasło „srebrna strzała”). W normalnym układzie jechalibyśmy przez Podgórzyn do Karpacza, ale z naszym kierującym coś się porobiło… norrrrmalnie się zbiesił…. Pojechał trasą, która była novum nawet dla p.Pawła: wyjazd z Podgórzyna na Borowice – skręt na Sosnówkę – zjazd na Karpacz (w sumie po raz pierwszy wjechaliśmy do Karpacza od tej strony – no i te zakręty…). Chyba jedynymi zadowolonymi z trasy były „wozo-przyciski” czyli Gabrysia i Patrycja, które strasznie bawił każdy ostrzejszy zakręt.
W końcu jednak dojechaliśmy. Po trzech próbach znalezienia wolnego miejsca zaparkowaliśmy w lekkim oddaleniu od miejsca rozpoczęcia dzisiejszego wędrowania. I tu pojawił się problem – nasz „szeryf” jest bardzo kreatywny… z dwóch planowanych wcześniej tras utworzył projekt trzeciej, której finał liczył 6 wariantów… Normalnie, i jak tu być spokojnym.
Po krótkiej „rozgrzewce” na trasie „anomalii magnetycznej” (nic nas nie ściągało na dół) weszliśmy w końcu na szlak. Kolor niebieski nie kojarzy nam się ze śmiercią, ale… po 15 minutach zaczęły się powtarzać shreckowskie pytania „daleko jeszcze?” i obietnice „już nigdy więcej. Na czele peletonu, nadając nam rytm, stanęli nasi super-mani: Bartek, Kamil i Paweł. Początkowo towarzyszyła im „damska ochrona” (Martyna i Asia), ale z czasem jakoś pozostała w tyle – na pewno, aby „holować” mające problemy wysokościowe dzieci. Po 20 minutach „luźnej wspinaczki” zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki buntu – „to my już wracamy”. Trzeba było wielkiego zdecydowania, aby ugasić je w zarodku – to może „marcheweczki?”. Żadna z naszych Pań nie chciała skorzystać z tego luksusu. Z takim „dobrowolnym” wysiłkiem doszliśmy do pierwszego dłuższego postoju – tarasu widokowego nad strumieniem. Tu brak miłosierdzia okazał nasz „szeryf” – tylko 7 minut… normalnie szok… a cóż można zrobić w tym czasie… chyba tylko usiąść!!!
Niestety, litości nie było – i po określonym czasie padło hasło „Idziemy dalej”. Wahanie okazali nawet chłopcy (w odróżnieniu od 3-osobowej Kadry wypadu) – no, ale jak trzeba to trudno („na władzę nie poradzę”). Okazało się, że w sumie reszta trasy byłą nawet przyjemna – krótkie podejście i oto… w pełnej krasie ukazał nam się szlak turystyczny z niedaleką Polaną. Sami nie wiemy, co nas pchnęło do przypuszczeń, że tam naprawdę odpoczniemy… Nasz „sheriffo” po prostu zignorował to piękne miejsce i zaproponował – „Następny postój w Samotni” („Czy to daleko???”).
Po krótkiej rezygnacji (bo na bunt nie mieliśmy już siły) okazało się, że trasa zaczyna nam się podobać – przede wszystkim było sporo zejść (a nie, jak dotąd, tylko pod górkę). Niestety – „sheriff-sadistos” wkrótce zaproponował (choć to chyba niezbyt adekwatne określenie) zejście na coś w rodzaju leśnego wyrobiska. Trasa ta została nazwana przez niego „szlakiem koników polnych” oraz „trasą masochistów i samobójców” (a my przecież kochamy WYGODNE ŻYCIE). Początek był niezły. Trzeba było trochę uważniej wpatrywać się pod nogi, ale… szło się nieźle. Niestety, równe kamyki wkrótce się skończyły i trzeba było „drobić jak gejsze” w drobnym górskim tłuczniu. Próbując jakoś powstrzymać ten thriller goniliśmy za „plecami szeryfa” – tak doczołgaliśmy się do Górskiej Chatki, gdzie… jakby z łaski dostaliśmy… 7 minut!!!… odpoczynku. W sumie jednak było nam wszystko jedno… nie damy się… jakoś się dotargamy do punktu schodzenia…
Dalszy ciąg trasy „konika skalnego” rozpoczęli… nie, nie starszyzna, ale nasi super-mani. „Ruszyli jak burza” holując ze sobą (niestety, tylko przez pierwsze 30 metrów) nasze starsze dziewczęta. Wkró™ce uformował się „górski peleton” w porządku: sheriff, Karolina & Gabrysia, obie Karolinki, potem… długo, długo nic… i w końcu reszta. W takim mniej więcej porządku dotarliśmy skalnym szlakiem do „Samotni”. I tu pragniemy się zwrócić do odnośnych władz z doniesieniem – nasz „szeryf” w Samotni nabył coś, co trąci nam „dopalaczem”. Po tym zrobił się już nieznośny – dał nam jednak odpocząć, i to mamy we wdzięcznej pamięci.
Nasza wdzięczność skończyła się jednak, kiedy zobaczyliśmy dalszy ciąg naszej trasy – przecież to nie Himalaje!!! Nie wzięliśmy lin i raków!!!
Podejście do „Strzechy Akademickiej” w pierwszej fazie jest nieco uciążliwe – zwłaszcza, jak się ma za sobą trochę „górskich kilometrów”. Doszliśmy jednak – nie, nie do „Strzechy”, ale do tarasu widokowego, gdzie nasz „księciunio” chciał nas uwiecznić. Zdjęcia wyszły pewnie nieźle, ale… kosztowały nas sporo stresu. Okazało się bowiem, że belka ogrodzenia była zbyt słaba, jak na możliwości naszej grupki. W pewnym momencie poddała się – co kosztowało niektórych z nas trochę strachu (i rozerwane spodnie Bartka – ale jak stwierdził: „Od nadmiaru świeżego powietrza nikt jeszcze nie umarł”). Tak więc w lekkim stresie (i z chęcią szybkiego oddalenia się od „miejsca przestępstwa”) ruszyliśmy czym prędzej dalej. Po kilku minutach pojawiły się kontury dachu „Strzechy”, a w chwilę później – sylwetki „górskich taksówek” (to niby taki żart wiadomo kogo), które miały nas zwieźć w dół.
Dojście do „Strzechy Akademickiej” miało zakończyć naszą wspinaczkę i zapoczątkować schodzenie – niestety, nasze plany nie były kompatybilne z zamierzeniami prowadzącego. Zamiast wygodnie zacząć schodzić, zostaliśmy zmuszeni (co na to Rzecznik Praw Dziecka?!?!?!) do wolty przed Dolinę Łomniczki do czarnego szlaku (oj księciuniu, „będziesz za to umierał długo i boleśnie”). Ciśnienie wzrosło – takie widoki ładnie wyglądają tylko w TV (a co z tymi, którzy mają lęk wysokości???), ale tak „na żywo”??? Dobrze choć, że tym razem było jasno (prawda Moniu?).
Do tej pory naszym komentarzem do „twórczych górskich wysiłków” organizatora wypadu były utyskiwania, że „wchodzić zawsze gorzej”. Niestety, początki zejścia czarnym szlakiem pokazały, że to nie jest prawda. „Skakanie po kamykach”, nazwane (oczywiście bez złośliwości) „górskim masażem stóp” okazała się „totalną masakrą”. Nie dosyć, że łatwo o potknięcie, to jeszcze nasze „miejskie buciki” nie bardzo chciały chronić naszych dolnych kończyn przed uszkodzeniami (kto wymyślił te kamienie?!?!?!).
Czarny szlak powoduje czasem jeszcze jeden skutek – tzw. „górską głupawę”. W naszym przypadku jej objawem stało się śpiewanie – fajne, ale to echo…, no i repertuar („Hej sokoły”, etc) – pytanie, co na to karkonoska fauna. Podczas schodzenia utraciliśmy także resztę pewności co do zamierzeń – początkowo podejrzewanego o szczątkowe objawy miłosierdzia – „szeryfa”. Stwierdziliśmy krótko – nasz ksiądz nie ma litości. Potwierdzeniem tego była nagła zmiana szlaków z czarnego na żółty (który kosztował nas podejście tych kilku metrów pod górę – „a cóż z tego, że tak wyrwaliśmy do przodu”) i propozycja fotki przy wodospadzie (znowu schodzenie…).
No, ale jako, że widzieliśmy już asfalt, daliśmy naszemu przewodnikowi trochę forów – posłusznie ustawiliśmy się do fotki i połaziliśmy trochę w „wodospadowych oparach”. Stąd (już bez zachęty) ruszyliśmy do zaparkowanych około kilometra dalej naszych „krążowników szos”.
I to wtedy właśnie zaczęły się podchody, aby uszanować główny motyw naszego dzisiejszego poświęcenia – „Musi być Mc Donald’s!!!”. Tym razem nie było większych sprzeciwów, więc – usatysfakcjonowani – zapakowaliśmy się do samochodów, oczekując ostatniego etapu dzisiejszej przygody. Było z tym trochę perypetii – kierujący nami ksiądz postanowił przypomnieć nam czas zimowiska, i pojechał nieco okrężnie, sugerując, że teraz jedziemy na – proponowany wcześniej – szlak czerwony. O nie, tego już za dużo – „my tu sobie poczekamy, a…” (chyba nie trzeba dopowiadać reszty). Dalszy ciąg trasy był pewnym wyzwaniem dla reszty kierowców, którzy musieli ostrzej działać kierownicą na ściegieńskich serpentynach – dla nas jednak ważna była możliwość owacyjnego powitania bazy zimowiska (szkoły w Ściegnach). Stąd już, bez żadnych przeszkód dojechaliśmy do jeleniogórskiego Mc Donalda.
Wiemy, że utrata kalorii to – w świecie zdominowanym przez „chemię” – samo zdrowie, ale… jak tu się oprzeć tym „kulinarnym wspaniałościom”. Zdaniem naszej „starszyzny” nadrobiliśmy wszystko, co spaliliśmy na szlaku – a cóż z tego… niech żyje Mc Donald’s!!!
To na tyle relacji – wiem, że jest długa, ale… nasz dzisiejszy „spacer” był jeszcze dłuższy. Dzień możemy uznać za udany – po części dzięki wspaniałej pogodzie; w głównej jednak mierze dzięki atmosferze stworzonej przez uczestników. Im więc: Natalii, Agacie, Monice, Martynie, Joasi, Patrycji, Karolinie, Gabrysi, Karolince, Kamilowi, Bartkowi, Pawłowi, Karolince, p. Pawłowi z osobą towarzyszącą oraz kierowcom, za ten dar „wielkiej górskiej radości” serdecznie dziękuję i liczę, że będziecie zainteresowani kolejnym „luźnym wypadem w góry”.
Zainteresowanych obejrzeniem i pobraniem zdjęć z zimowiska serdecznie zapraszam podten adres
„Szeryf” to tylko pojęcie umowne – tu jednak rządzą niewiasty, a ja jestem w mniejszości. Jednak (choćby ze względu na kapelusik, a także kilkuletni sentyment) niech pozostanie to właśnie określenie. Zimowisko – jak co roku – poprzedza „kampania promocyjna” i obfita korespondencja z osobami i instytucjami, które mogłyby wesprzeć wysiłki organizacyjne W tym roku udało się ten pierwszy etap zakończyć w pierwszym tygodniu stycznia. Potem zostało czekać na odzew. Krok drugi związany był z informacją dla Rodziców uczestników zimowiska – dwa spotkania dały możliwość wyjaśnienia wszelkich szczegółów wyjazdu i zimowego wypoczynku. Mimo, że tegoroczna grupa ma charakter bardzo kameralny (liczy zaledwie 26 osób), krok trzeci – przewóz całego „zimowiskowego majdanu” był dosyć czaso- i pracochłonny; odbył się w trzech częściach. Piątkowy wyjazd (po zajęciach szkolnych) był swoistym „szaleństwem” – wyjechać około 14:00 i zdążyć wrócić do 16:40 (z prawie 40-minutowym rozładunkiem)… to już było coś [tylko ten pośpiech mnie dobija]. Większość pozostałego asortymentu dla naszej grupy została przewieziona w sobotę – tu już było spokojniej, jako, że terminy nie goniły. Wielką pomoc okazał w tej fazie p.Ryszard Piekarski (jak zwykle niezawodny), który od samego początku naszej znajomości wykazuje wiele zrozumienia i życzliwości dla inicjatyw dla naszych dzieciaków. Po rozładunku trzeba było jeszcze zrobić „mega-zakupy”. Tu wielką pomoc okazali wieloletni dobrodzieje wyjazdów zimowiskowych, Państwo Iwona i Bogusław Wiatr.
DZIEŃ 1 niedziela 13.02.2011 roku
W końcu przyszedł TEN DZIEŃ. Już od rana co niektórym wszystko „paliło się w rękach”, a część rodziców miała problemik z dziecięcymi tekstami: „Weźmy jeszcze to”. Jako, że nie brałem udziału w wyjeździe grupy bogatyńskiej, trudno opisać te chwile. W Lubaniu natomiast, zgodnie z ustaleniami, oczekiwaliśmy na przyjazd autokaru od 14:50. Chwila przyjazdu stała się momentem „eksplozji radości” – i to nie tylko dzieci. Najsilniejsze „misiaki”, najgłośniejsze „karpiki” etc. Wymieniła między sobą Kadra z trzech ostatnich wyjazdów zimowiskowych. Na to warto było popatrzeć. Sam dojazd był spokojny, nie znaczony śladem „zielonych min”. Dopiero na miejscu okazało się, że „problemem” stał się bagaż części uczestników – dorównujący często wadze jego właścicielki (tak się jakoś porobiło, że sytuacja ta dotyczyła tylko „piękniejszej części” naszej grupy). Ale z tym problemem sprawnie uporali się Panowie, z Panem Dyrektorem na czele – jako gentelmani wszystkie cięższe bagaże dostarczyli na II piętro [za to oczekujemy, że Dziewczyny pomogą nam pościelić łóżka – nie ma to jak symbioza].
Po 40 minutach zamieszania zeszliśmy się na korytarzu, aby wziąć udział w krótkim apelu, poświęconym zasadom udziału w zimowisku. Prowadził je „szeryf”, ubezpieczany przez ekipę „bodygardów w spódnicy” (czyli przez p.Joasię i p.Jadzię). Słuchaliśmy uważnie [słowo… nie udawaliśmy…], więc ten punkt trwał krótko i był „bezbolesny” (tylko czemu jest „szlaban” na gazówkę???). Po kolacji spotkaliśmy się na pierwszych zimowiskowych zajęciach, mających nam ułatwić wzajemne rozpoznawanie się. Jako, że wiele osób przyjechało do Ściegien któryś z kolei raz, nie było to trudne (a w kilku momentach nawet zabawne). Po zakończeniu spotkania zaczęliśmy oczekiwać sygnału do zabawy – czyli PIERWSZEJ ZIMOWISKOWEJ DYSKOTEKI. Rozpoczęła się z lekkim „poślizgiem”, ale nam to raczej nie przeszkadzało – jako, że ważna jest jakość a nie ilość, postanowiliśmy sobie opóźnienie odbić na parkiecie. Atmosferę zabawy podkreślała typowo dyskotekowa dekoracja – tylko DJ jakoś nie przypominał tych ze srebrnego ekranu (chociaż był czarny). Po godzinie zabawy okazało się, że pierwsi „wymiękli” chłopcy – od 22:00 bawiły się same Panie (czyżby taki „babski wieczór”?); i to tak dobrze, że kiedy w eter poszła muza „I to już koniec”, naprawdę ciężko było w to uwierzyć. Należy jeszcze dodać, że częścią zabawy stał się „koncert życzeń”: p.Joasi zadedykowano kawałek „Jesteś szalona”, p.Teresie – „Hej sokoły” (fragmenty tego, co się wtedy wyczyniało można znaleźć w I cz. filmu o zimowisku); p.Jadzia otrzymała w ramach koncertu utwór „18 lat”, zaś Adrianna [która się zawiesiła] została zresetowana słowami piosenki „Wstawaj i walcz”. W końcu cały „parkietowy babiniec” otrzymał na koniec dedykację od DJ „Rycz mała, rycz” – może trochę dwuznaczne, ale… zabawa byłą przednia. W końcu, kiedy nastała cisza, rozpoczął się „nocny horror” czyli… próba zaśnięcia. Mimo oferowanych nam przez „szeryfa” „bezinwazyjnych metod skłaniania do snu” [drogi Czytelniku! Lepiej, żebyś nie wiedział, co to znaczy…] nasze uciszanie się trwało baaaaardzo długo. Dopiero kierownicza obietnica „nocnej ścieżki przetrwania” skłoniła osobniki najbardziej snoodporne do (no, oczywiście nie do zaśnięcia), ale do „zejścia do podziemia” (śpiwory i koce skutecznie tłumiły dźwięki komórek i chichotów). Jedno tylko nas niepokoiło – co będzie z jutrzejszą pobudką…
DZIEŃ 2 PONIEDZIAŁEK 14.02.2011 r. WALENTYNKI
„Dzień zemsty Kadry” miał być jutro, ALE… ale znaczenie tego wstępu do opisu dnia drugiego pozostawmy na razie na boku (piękno tajemnicy tkwi w samej tajemnicy – przynajmniej do czasu). Nasze nocne obawy okazały się uzasadnione – dla wielu z nas poranna pobudka okazała się „dramatem dnia”… nieeeeeeeeeeeeeee… jeszcze momencik. Niestety, uwieczniający nas na foto szeryf i Kadra nie chcieli nam okazać ani krzty litości. Trudno, jak mus to mus [ale my się zemścimy]. Poranną gimnastykę (kolejny objaw sadyzmu naszego księdza) poprowadzili dzisiaj chłopcy (grupa 1). Początek był może mizerny, ale kiedy na parkiet wyszedł Piotrek, zaczęło się. Niby 10 minut, a niektórzy z nas mieli wylewowe ciśnienie i pragnienie jednego łyka czegoś mokrego. Msza św. była interesującym doświadczeniem – albo zaspanie, albo problemy aklimatyzacyjne spowodowały, że nasz udział we mszy był hmmm… raczej „wyszeptany” lub „wymruczany” [ale oczywiście mamy silną wiarę, że jutro będzie lepiej]. Po śniadaniu przyszedł czas na rywalizację sportową (w końcu nie można żyć tylko skokami) – nie wyszło nam ze śniegiem, więc zawody na najpiękniejszego „zimomena” [czyli bałwana] zostały zastąpione spartakiadę zimowiskową, której hasłem stały się słowa: „W młodym ciele bojowy duch”. Słowa te oczywiście całkowicie zgadzały się ze stanem faktycznym – nie tylko bawiliśmy się wyśmienicie, ale także krzesaliśmy z siebie maksimum naszych sportowych możliwości (była sztafeta, rzuty do kosza, slalom z piłeczką, kozłowanie piłką, odbijanie piłki plażowej – jak widać, konkurencje przygotowywały nas raczej do… sezonu letniego, ale cóż… „tak się kraje, jak materiału staje”. Po wysiłku fizycznym przyszedł czas na ożywienie naszej kreatywności plastycznej – jednym z zajęć grupowych był tzw. „Fotomontaż”. W naszym przypadku połączyliśmy go ze zdolnościami abstrakcji myślenia i postrzegania tego, co wokół nas. Prozaiczne skądinąd zadanie: „Widok za oknami” okazał się wielkim wyzwaniem, efekty zaś były rewelacyjne. Znalazła się jednak grupa antyabstrakcyjna, która ten czas postanowiła spędzić na baaaaaaardzo brutalnej rzeczy – wzajemnym zbijaniu się [oczywiście piłką]. Wydawało się (przynajmniej po lekturze programu dnia), że dzisiaj już nic nas nie zaskoczy – tymczasem Kadra postanowiła nas „rozerwać” na koniec dnia. Po LB (czyli ciszy poobiedniej) zostaliśmy zaproszeni do wzięciu udziału w niewielkim przedsięwzięciu zatytułowanym SSP [„Sadystyczny Spacer Przetrwania”]. Musimy zajrzeć do słownika, bo po zakończeniu 2-godzinnej rywalizacji z kozicami doszliśmy do wniosku, że nie do końca rozumiemy znaczenie tego określenia.
Trasa wybrana przez „szeryfa” miała być lekką rozgrzewką przed jutrzejszym zdobywaniem gór, tymczasem… zostaliśmy „wpuszczeni w kanał”. To, że najmłodsi „łykali” teksty księdza „bez mydła”, to zrozumiałe [a nastraszył nas trasą na przełęcz Okraj i powrotem około 22:00] – ale żeby spowodować błysk niepokoju w oku u nas, starych zimowiskowych wyjadaczy, to już niebezpieczne (czyżby za duża siła przekonywania?). Usprawiedliwieniem może być fakt, że po obejściu miejscowej górki i zaliczeniu „ścieżki zdrowia kozic”, kiedy doszliśmy do Western City, nasz przewodnik bardzo przekonująco zaczął się rozwodzić nad dalszym ciągiem trasy na Okraj – potwierdzeniem tego miało być pójście w stronę Księżej Góry. W końcu, ku naszej uldze, okazało się, że straszenie nas było po prostu „ściemą”, ale… do tej pory trudno nam uwierzyć, że daliśmy się aż tak „wpuścić w maliny”. Poza tym spacer był bardzo przyjemny i pouczający – pozostawił po sobie jednak lekki niepokój: co czeka nas jutro, skoro dzisiaj to był tylko przedsmak? Końcówkę dzisiejszego dnia zdominowały cztery punkty: „Śpiewający Kącik Ducha Gór”, nauka tańca zespołowego, oczywiście Walentynki i konkurs ”Mam talent”. Jak to później przyznał (wymiatający na strunach) ks. Janusz w śpiewie okazaliśmy się bezkonkurencyjni. Podobnie było z poznawaniem zasad kroku cza-czy – nawet nieźle nam to szło [tylko skąd umie to ksiądz?!?!?!]. Walentynki stały się okazją wymiany serdeczności – a to dzięki sprawnie funkcjonującej „Zimowiskowej Poczcie Walentynkowej”, która może spokojnie konkurować z naszą polską. Było sporo śmiechu – zwłaszcza podczas zgadywania, od kogo pochodziła konkretna „walentynka”. Trochę gorzej poszło z „Mam talent” – zgłosiły się aż/tylko 2 wykonawczynie, które zaprezentowały autorską twórczość aranżacji śpiewu (Zosia) oraz umiejętności taneczne (Natalia). Oczywiście nie był to ostatni punkt dnia [przynajmniej dla Kadry] – teraz trzeba nas jeszcze „utulić do snu” – a to zadanie z rodzaju „syzyfowych prac”.
DZIEŃ 3 WTOREK 15.02.2011 roku
Cóż… to musiało się stać… musiał nadejść TEN dzień – DZIEŃ ZEMSTY KADRY (a raczej naszego „szeryfa”). Mieliśmy oczywiście możliwość posmakowania tego, co nas czeka, ale… używając słów Karoliny: „Niech kiedyś pocierpi tyle, ile my dzisiaj”. No, ale do tego zaraz dojdziemy.. Zacznijmy od poranka – dzisiejszą gimnastykę prowadziła grupa „maluchów”. Wiek może nie za duży, ale chęci całkiem spore – niektórzy zakończyli tę „torturę” z potem na czołach [zwłaszcza po tym, jak nasze gimnastyczki wsparł swoją kreatywnością Piotr]. Z racji dzisiejszego wypadu uległ zmianie program dnia. W miejsce porannej mszy zostaliśmy zaproszeni na… śniadanko. To tam właśnie dowiedzieliśmy się [niektórzy z przerażeniem], że wczorajsza trasa to była „bułka z masłem” (o nieeeee!!!! To mnie boli głowa!!!!!! … a mnie brzuch…!!!). Niestety, Kadra była twarda i wszyscy [za wyjątkiem Sary] ruszyliśmy na szlak.
Początek był fajny – świetna pogoda, słaby wiatr i raczej nizinny charakter spaceru; tylko to „żółwie” tempo szeryfa {prędkość dźwięku powinna być zakazana}. W takim optymistycznym nastroju doszliśmy (mijając Księżą Górę) do Komendy Policji w Karpaczu. Jakoś nikt nie chciał złożyć na naszego księdza doniesienia [po prostu… nie wiedzieliśmy tak naprawdę, co jeszcze przed nami], więc chyżo wkroczyliśmy na żółty szlak – i zaczęło się. Najpierw podejście, po których odezwał się u wielu z nas „oddech astmatyka” {tu zapraszamy do obejrzenia filmu „Zimowisko 3”}. Krótki postój, uzupełnienie kalorii i płynów i znowu!!!!… pod górę!!! Szliśmy wprawdzie asfaltem, ale zaczęły się pierwsze myśli typu: „Czy te wysokości są na pewno dla mnie?”. Zyskały na sile, kiedy – po wejściu na szlak czerwony – pojawił się śnieg i lód. Niektórzy z kolonistów to zwolennicy „sportów ekstremalnych” – im przypadło do gustu przedzierania się po częściowo zrujnowanym mostku [problem był nie w tym „częściowo”, ale w pokrywającej go warstwie lodu]. Mimo pewnych utyskiwań na jakość szlaku, doszliśmy do miejsca postoju w znośnych nastrojach. Tu czekała już na nas cieplutka herbata – za to, że wnieśli ją nasi Opiekunowie, darowaliśmy im część winy za nasz wysiłek [no, może nie wszystkim – nad karą dla szeryfa jeszcze pomyślimy]. Po 20 minutach padło hasło „wracamy!!!” – nie bardzo nam się chciało wstawać, ale zostaliśmy poddani działaniu silnego dopingu w postaci obiecanego czasu na zakupy. No nie, dla tej chwili rozkoszy wydawania pieniędzy zrobilibyśmy prawie wszystko. Tak to już jest, że przy schodzeniu działa bardzo silnie grawitacja. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem było tempo [do asfaltu doszliśmy w niecałe 15 minut]; minusem zaś – skłonność do przyjmowania (jakże nieraz bolesnej – „pozycji horyzontalnej”). W sumie jednak szło nieźle – skutecznym zabezpieczeniem na stresy, wysiłek i ból był stający przed oczyma napis: SKLEPY!!! Niestety, rozwiał się on stosunkowo szybko, kiedy po wejściu na czerwony szlak dowiedzieliśmy się (niektórzy z paniką w sercu), że nasz księciu prowadzi nas nim po raz pierwszy. I co teraz?!?!?! Iść czy stawić czynny opór??? – sprawę zawierzyliśmy Duchowi Świętemu. Chyba pomogło, bo po kolejnych 15 minutach znowu zobaczyliśmy cywilizację. Hura!!!!!!!!!!!!! Po dojściu do centrum Karpacza rozeszliśmy się, aby umniejszyć ciężarowi naszych portfeli. Bywało dawniej, że na spotkania po takich zakupach niektórzy dochodzili z solidnym „poślizgiem”. Dzisiaj jednak było inaczej – obojętne, czy sprawił to głód, czy nasza samodyscyplina… o umówionej godzinie wszyscy byliśmy na miejscu spotkania. Stąd (konkretnie, sprzed kościoła) ruszyliśmy do DWK „Wodomierzanka” na wyczekiwany niecierpliwie obiad. W tym momencie zaczęły się „schody”. Do przodu gnał nas głód, stopowało jednak wyczerpanie. Dopóki schodziliśmy to jeszcze jakoś szło – wystarczyła się poddać sile grawitacji. No, ale kiedy ponownie wkroczyliśmy na żółty szlak, padły pytania: „Czy moglibyśmy jednak wrócić na tę Policję?”. Szeryf, jak zwykle, wydarł do przodu [a z nim garstka „góromaniaków”] – my zaś, idąc ich śladami próbowaliśmy dotrzeć do „punktu żywienia”. Dotarliśmy tam o czasie, ale o nastrojach lepiej nie pisać [„Księciu!!! Bój się!!!”]. Obiad był, jak zwykle, pyszny. Do tego nareszcie można było trochę poleniuchować – tylko czemu tak krótko?!?!?! Po 40 minutach padło sadystyczne hasło: „Idziemy dalej!!!”. „A nie można by PSK-em?” – zapytaliśmy nieśmiało. „Co, wymiękacie?” – na takie dictum pozostało jedno… unieść się honorem i pokazać, że nic, ale to nic nas nie boli. Trasa powrotna była dosyć spokojna [no, może oprócz tempa] – skutki jednak na tyle przykre, że na widok szkoły wszyscy stwierdzili zgodnie: „Od dzisiaj kocham szkołę”. Lektura powyższego opisu mogła by skłonić niektórych do [całkowicie nieuzasadnionego] przekonania, że „padliśmy”. Nic z tych rzeczy. Po prostu, trzeba nam było trochę odpoczynku od świeżego górskiego powietrza i wysokości ponad …. m.n.p.m. Poczuł to nasz ksiądz, kiedy w 40 minut po powrocie zaczęliśmy go maglować pytaniem: „Kiedy śpiewamy”? Musiał się poddać – i była to „kapitulacja” bardzo kosztowna. Nieroztropnie założył się, że słychać go lepiej niż nas i w konsekwencji… musiał stawiać słodycze. Yes, yes, yes…!!! W tym nastroju triumfu ruszyliśmy do kościoła na mszę św. – pierwszą, w której mieli uczestniczyć także miejscowi wierni. Nie znamy relacji z tamtej strony, ale mieli z pewnością „ciężki orzech do zgryzienia” – najpierw sam nasz widok; potem autorskie wykonanie psalmu przed Adriannę i Natalię; dialogowana homilia o tym, po co chodzimy na mszę i wreszcie… komunia św. pod dwiema postaciami przy ołtarzu (efekty zobaczymy jutro – ciekawe, czy ktoś się pojawi???). Po powrocie i pysznej kolacji zrobiło się nam błogo – tę atmosferę podkreśliliśmy naszymi nocnymi kreacjami podczas kolejnego konkursu-zabawy „Pidżam Party”. Kreacje były niesamowite, stąd też następująca po niej zabawa była naprawdę „rozrywkowa”. Czytających to naszych Rodziców pragniemy pocieszyć – chociaż powyższe brzmiało może alarmująco, my nie daliśmy za wygraną. Czas ciszy nocnej znów został przesunięty – nie pytajcie, do której godziny…
DZIEŃ CZWARTY ŚRODA 16.02.2011 roku
To już środa, szok!!! Chociaż z drugiej strony – czuć po kościach upływający zimowiskowy czas. Coraz trudniej wstać, że o porannej gimnastyce nie wspomnimy. Dzisiaj udało się nam (ku wielkiemu zaskoczeniu Kadry) skrócić „męki gimnastyczne” – po prostu, część z nas zerwała się z pościeli co najmniej 10 minut za późno. No, ale odrobimy to jutro… Msza św. była pewnym sukcesem – wprawdzie liturgię słowa oddaliśmy „miejscowym”, ale śpiew poszedł nie najgorzej. Podobnie było z dialogiem homiletycznym – dzisiaj rozmawialiśmy o tym, kto, kiedy i w jaki sposób może przyjąć komunię św. Efekt? Do ołtarza podeszło kilku z nas, aby przyjąć komunię duchową (wyrażoną znakiem krzyża). W sumie było więc normalnie, choć coś „wisiało w powietrzu”, bo po mszy „wydarliśmy” do szkoły w takim tempie, że lekkiej zadyszki dostał nawet szeryf. Dzisiejsza msza była sprawowana za Kadrę – pamiętaliśmy o Niej także poza kościołem. Wyrazem naszej wdzięcznej pamięci był zaangażowany udział w konkursie-zabawie: „Kubistyczny portret Kadry” polegający na wykonaniu portretu swojego Opiekuna bez udziału wzroku (czyli z zasłoniętymi oczyma). Jedyną pomocą były wskazówki reszty grupy. Trudno się więc dziwić, że między oryginałami a naszymi „reprodukcjami” były pewne [zupełnie nieistotne] różnice – bo cóż znaczy koślawa ręka czy brak owłosienia głowy (z kłaczkami czaszkowymi przypominającymi raczej…. hmmm… diabelskie rogi). Zabawa była przednia, co zostało uwiecznione także w zapisie wideo.
Kontynuacją naszego dzisiejszego dokazywania były – prowadzone po mistrzowsku przez p. Jadzię i p.Joasię – zabawy „Stodoła” i „Wycieczka”. Nastrój pozostał na długo – wystarczyło go z pewnością na przygotowania i przeprowadzenie kolejnego novum zimowiska – Dnia Hiszpańskiego (po raz pierwszy został przeprowadzony rok temu przez p.Bożenkę). Zabawa polegała na wykonaniu strojów hiszpańskich i przygotowaniu aranżacji tańców hiszpańskich (w tym walki z bykiem). Okazało się, że różnice wiekowe niewiele tutaj znaczyły – wszyscy wykazaliśmy się pomysłowością tak w przygotowaniu kreacji, jak i układach tanecznych. Dzisiejsze popołudnie zdominował początkowo sport plenerowy. Zostaliśmy zaproszeni przez p.Dyrektora Leszka Basińskiego na pobliski Orlik, gdzie odbył się „zacięty” mecz siatkówki (co tam przy nas reprezentacja krajowa). Doszliśmy także do wniosku, że to dobre miejsce do swoistego rewanżyzmu wobec Kadry – skoro my musimy przestrzegać regulaminu, to może Kadra mogła by w zamian pobiegać. Uniknął tego nasz księciu – nie tylko dlatego, że go fizycznie nie było, ale również i z tego powodu, że w podczas kolejnego spotkania „Śpiewającego Kącika Ducha Gór” posłużył się (już po raz drugi) przekupstwem. PRAGNIEMY DONIEŚĆ ODNOŚNYM WŁADZOM, ŻE TUTAJ SZERZY SIĘ KORUPCJA NA NIESPOTYKANĄ SKALĘ. PROPOZYCJE ZAKŁADÓW DOTYCZĄCYCH JAKOŚCI NASZEGO ŚPIEWU (czyli kto lepiej i głośniej) ŁAMIĄ PODSTAWY USTAWY ANTYKORUPCYJNEJ, O GRACH HAZARDOWYCH I DOPINGU (choć może trudno za doping uznać słodycze). Ale abstrahując od powyższego musimy samokrytycznie zgodzić się z opinią naszego „szarpidruta”, że śpiew wychodzi nam rewelacyjnie. Podobnie jest z tańcem zespołowym – dzisiaj poćwiczyliśmy obroty i trzymanie linii prostej. A wydawało by się, że cza-cza jest taka prosta. Trochę się zmachaliśmy – zwłaszcza zaskakiwani poleceniami prowadzącego zajęcia ks.Janusza. No i przyszedł czas na – jak się okazało – „gwóźdź” dzisiejszego dnia. O ile wcześniejsze konkursy rozbawiły nas, o tyle konkurs „Parodia filmu” to była „eksplozja humoru i śmiechu”. Uczestnicy zaprezentowali program na tak wysokim poziomie, że pozostało nam tylko jedno – wysłać materiał do TVP (murowany sukces w Kabaretonie).
Kontynuacją konkursu była Dyskoteka Szarego Człowieka, na której bawiło się może niewielu, ale za to do upadłego. Dzień był więc udany. O dziwo, tym razem udało się nawet regulaminowo zasnąć (no, wyjaśnijmy to sobie – może raczej wyciszyć się, bo o śnie to raczej trudno mówić – zwłaszcza tym, którzy dzisiaj oświadczyli się swoim wybrankom serc… jutro wszak śluby zimowiskowe). Jedno tylko smuci i niepokoi – w ciągu 2 dni nasza grupa zmalała o 2 osoby. Opuściły nas z racji problemów zdrowotnych Ola i Sara – a kilka następnych osób wykazuje pewne powikłania. Miejmy jednak nadzieję, że nie będzie źle.
DZIEŃ PIĄTY CZWARTEK 17.02.2011 roku
A jednak jest źle, oj niedobrze. Dzisiejszy poranek można spokojnie nazwać PORANKIEM KRYZYSU. Nasz „paparazzi” przed ostatnie 2 dni uśpił naszą poranną czujność (dziewczyny przestały się malować z samego rańca) i dzisiaj, kiedy nam się tak dobrze spało… nieeee!!!!!… gdzie jest prokurator!!!!… albo Mieciu!!!… zrobił sesję zdjęciową. Pochwalił nas za nowe „pozycje sypialne” oraz odporność na „lukso-bombardowanie”. Tak naprawdę na błyski zareagowały tylko 3 osoby. Normalnie szok – nasza zemsta będzie długa i bolesna dla naszego księcia.
Jakoś się dobudziliśmy (szczególnie podczas „spaceru do kościoła) – tylko czemu zawsze jest tak, że na trasie „do” pierwszy idzie ksiądz, a „z powrotem” – my? [czyżby „syndrom jadalni”?]. Nieważne – w każdym razie po śniadaniu pozostały smętne resztki (dobrze, że oszczędziliśmy zastawę stołową). W programie przeczytaliśmy, że dzisiaj kolejna próba naszej kondycji – „Czy znowu z szeryfem?!?!?!… My naprawdę nie lubimy szybkości światła!!!”. Jednak po kilku chwilach napięcie opadło – idziemy z p.Jadzią i p.Asią – no, to OK., da się żyć. Trasa do Karpacza przypominała trochę „komedię omyłek” – mimo instruktażu księdza poszliśmy tak jakby na około [księdzu to dobrze… jest tu już szesnasty raz…] i w końcu trzeba było zdobyć „schody śmierci” (podejście do Karpacza Dolnego). Wtorkowa trasa pozostawiła jednak pozytywne skutki – nikt nie wołał „Siostro! tlen!!!”. W odróżnieniu do wtorkowej trasy, dzisiaj poszliśmy tylko i wyłącznie dla przyjemności – jedynymi niezadowolonymi były nasze portfele, które ostro schudły [tak, tak… zakupy na „obczyźnie” mają swój urok… A poza tym można nareszcie kupić coś „zakazanego”]. Ku zdziwieniu Kadry zakupy trwały stosunkowo krótko – wracając „przez pola” doszliśmy do Ściegien około 40 minut wcześniej przed planowaną godziną (jak trzeba to potrafimy). „Czasowy zysk” nie pomógł nam zbytnio – jako, że dzisiaj miało się odbyć ognisko, na nas spadło przygotowanie „paliwa”. Dobrze chociaż (o czym dowiedzieliśmy się od „zimowiskowych weteranów” – Adrianny i Piotra), że tym razem gałęzie leżały zaledwie 200 metrów od planowanego ogniska. A i tak się namachaliśmy – oj, księciu nam za to odpowie… no, chyba, że pieczyste będzie smaczne i wystarczy go na dokładkę… Kiedy we wtorek niektórzy z nas przepowiadali organizatorowi „sadystycznej trasy karpackiej” długie i bolesne cierpienia nie spodziewali się, że odpowiedź będzie równie dramatyczna. Przyszedł na nią czas dzisiaj po podwieczorku. Zostaliśmy zaproszeni do sali disco, gdzie (ku panice niektórych) zastaliśmy przygotowany sprzęt projekcyjny. Początkowo sądziliśmy, że chodzi o zdjęcia [to jeszcze idzie wytrzymać] – niestety, rzeczywistość przerosła nasze najgorsze oczekiwania. Zostały nam zaprezentowane, przygotowane przez księdza filmy z poprzednich dni zimowiska. Tragedia!!!… sadyzm!!!… na to nie podpisywaliśmy zgody!!!… – odpowiedzią na nasze protesty stało się oświadczenie: „To oglądają wszyscy w sieci”… i wtedy się wydało, że filmy te są dostępne na YouTube (no dobrze, to my szukamy telefonu do Rzecznika Praw Dziecka). Oczywiście to „przerażenie” było udawane – świadectwem tego był nas aktywny udział w kolejnych punktach programu. Podczas konkursu „Mumia” zużyliśmy w rekordowym czasie kilka rolek „szlachetnego papieru”, aby najmniejsi członkowie grup zaczęli przypominać mumie [tylko czemu Kadra wybrała taki cieniutki papier – my prosimy o ten z reklamy z mrówką]. Nasze zaangażowanie osiągnęło apogeum podczas kolejnej konkurencji – „Walka o stołek”. Nie da się ukryć, że tutaj pojawiły się elementy „brutalności”. O sukcesie [jak w życiu] decydowała szybkość i silna pewna część ciała. Wielu wylądowało na podłodze, a naszego DJ’a w czerni bawiło chwilowe ściszanie muzyki (falstarty… za to czeka go kolejna porcja boleści). Wreszcie, niejako dla przygotowania atmosfery dzisiejszego wieczoru, nasze „parki narzeczonych” zostały zaproszone do konkursu „Pantoflarz i Pantoflarka zimowiska”. Byliśmy na to przygotowani („weterani” – chwała Wam) – jednak okazało się, że nasza Kadra zmieniła zasady gry. Najpierw zabrano dziewczynom po jednym bucie [OK., na razie wszystko tak jak sądziliśmy]. Okazało się jednak, że ciąg dalszy był pełnym szokiem. To nie chłopcy mieli je nam założyć, ale to my!!!… Dziewczyny!!!… miałyśmy po krótkim biegu pozbawić obuwia naszego partnera, wrócić po swoje i z powrotem zabezpieczyć dolne odnóża naszych panów (o nie, jeśli tak to wygląda w małżeństwie, to my z tego rezygnujemy…). Wkrótce nastroje nam się poprawiły – okazało się bowiem, że nasi chłopcy otrzymali jeszcze trudniejsze zadanie – maraton na II piętro do naszego pokoju, wybranie ciuchu i ubranie każdej z nas w jej garderobę. Taaaaaaa… mimo podpowiedzi i wskazówek chłopcy wykazali się słabą orientacją – prawie połowa ciuchów nie była nasza, ale cóż… „darowanemu koniowi nie zagląda się w uzębienie”. Po tych gorących doświadczeniach musieliśmy chwilę odpocząć, a kiedy ciśnienie i temperatura się ustabilizowały przyszedł czas na kolację – wyjątkową, bo w „Kawiarence pod Gwiazdami”. Ognisko, bo o to chodzi, upłynęła w fajnej atmosferze, choć wielu wybrało raczej plac zabaw niż pieczyste – może dlatego, że właśnie dzisiaj przyszło załamanie pogody i zrobiło się dosyć chłodno (czyżby powrót zimy???). Przez cały czas ogniska nurtowały nas wątpliwości, czy aby na pewno o wszystkim pomyśleliśmy o wszystkim w związku z centralnym punktem dzisiejszego programu – Ślubami Zimowiskowymi. Suknie ślubne… są; krawaty… są; kwiaty i świadkowie… są – co by tu jeszcze? Punkt o 20:30 została wywołana pierwsza para – zaprzysiężenie poprzedziła krótka trasa obsypywana przez świadka kwiatami (cóż z tego, ze sztucznymi). „Kapłanka niesakramentalnego ogniska zimowiskowego” Adrianna wymogła na nas złożenie przysięgi, która momentami zatykała dech w piersi – no, ale czegóż nie robi się z miłości. W końcu, niesione na rękach [i tak ma być do końca zimowiska] wróciłyśmy na miejsce (doznając satysfakcji, że podobna tortura dotknęła też innych). Zgodnie z rytuałem po zaślubinach przyszedł czas na „taniec nowożeńców” – i tu szok, norrrrmalnie… wcięli nam się świadkowie [oj pogadamy sobie z nimi jutro]. Po zakończeniu tej części ceremonii przeszliśmy do naszej stołówki gdzie odbyło się… oczywiście… mega-wesele. Dobrze, że obyło się bez „gorzko, gorzko”, ale wiele elementów prawdziwego wesela pojawiło się na tym wieczornym spotkaniu. Kiedy zaczęło się robić sennie, zostaliśmy ponownie zaproszeni na parkiet, gdzie królowały oczywiście… „pościelowy”. W końcu trzeba się trochę poprzytulać. I tak dotrwaliśmy do momentu zakończenia zabawy. Teraz pozostał tylko jeden problem – jak tu zasnąć po tylu emocjach [a pogadać się nie da, bo nasz kierownik nastawił „radary” na nasze pięterko, czuwając aby wszystko było OK].
DZIEŃ SZÓSTY PIĄTEK 18.02.2011 roku
Noc upłynęła w rozmarzeniu – trudno się więc dziwić, że na gimnastykę udaliśmy się raczej niemrawo. Zapowiadał się bojkot tego punktu programu {któż wymyślił tę poranną torturę?!?!} – aby sytuację przełamać zostali wezwani na pomoc panowie z grupy 1… Piotrek! Tego Ci nie zapomnimy… bój się!!! – tak wymyślnych ćwiczeń nie było od początku tegorocznego zimowiska. Za co to???… Ola, coś Ty mu wczoraj zrobiła???…
Podczas mszy św. rozmawialiśmy o tym, co nas różni i dzieli. Ze zdumieniem uświadomiliśmy sobie, że tak naprawdę różni nas wszystko, ale za to łączy jedno – Osoba, w którą wierzymy, Chrystus [to właśnie wyraża wspólne odmówienie Modlitwy Pańskiej i uścisk dłoni podczas modlitwy]. Na boku warto dodać, że od samego początku towarzyszą nam podczas modlitwy mieszkańcy Ściegien, którzy zaczynają się coraz aktywniej włączać w liturgię (może jeszcze nie w nasze homiletyczne rozmowy, ale już na pewno w modlitwę wiernych).
Kiedy już zostały uzupełnione braki kalorii (śniadanie) podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza zdecydowała się odwiedzić Western City, druga – zaznać błogosławionego spokoju w pokojach.
Trasa do Western City okazała się niełatwa – z racji nocnego opadu śniegu podejście pod górkę było trudne i niektórzy zaliczyli „postawę horyzontalną”. W końcu jednak doszliśmy. Nasz kontakt z atmosferą Dzikiego Zachodu rozpoczęliśmy od… wspólnego beczenia. Nie chodzi tu oczywiście o płacz, ale o prawdziwy bek – w ten sposób „pogadaliśmy” sobie z miejscowymi baranami i owieczkami. Chcieliśmy też powiedzieć parę miłych słów ogierowi, ale okazał się narowisty i zrezygnowaliśmy.
Jako, że nie wszyscy lubią patrzeć na świat z wysokości końskiego grzbietu, podzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza zrezygnowała z jazdy konno – zaliczyła ją podwójnie grupa druga. Oczywiście sprawdziliśmy, czy umiemy się wspinać (czemu ten pal jest taki wyślizgany?!?!?) oraz posługiwać „narzędziami mordu” (oj, naszemu księciowi się zbiera… oj, się zbiera) – ku naszej satysfakcji niektórym z nas wyszło całkiem dobrze strzelanie z łuku i rzut dzidą [gdzie tu można kupić łuk i OSTRE (!!!) strzały???]. Jako, że fundusze wciąż jeszcze pozwalały na odrobinę ekstrawagancji, postanowiliśmy zaproponować na zimowisku nową walutę… nie, nie euro, ale dolary – tyle, że z naszym wizerunkiem.
W tym roku udało nam się także zobaczyć inscenizację napadu na bank i walki rewolwerowców. Było ciekawie – tylko potem trochę strach było podejść do tych panów z bronią. Ciekawy też okazał się taniec indiański – choć tu część z nas już „wymiękła”.
W końcu wszystkie nasze drogi doprowadziły do… Saloonu, gdzie pokrzepiliśmy się nie tylko kowbojską herbatą.
Jako, że jutro Dzień Sponsora, dzisiaj trzeba było sprawdzić i przygotować wszystko, co jutro zostanie zaprezentowane. Przygotowania rozpoczęliśmy po podwieczorku spotkaniem na parkiecie [tylko nie mówcie głośno – my tu ćwiczyliśmy tańce zespołowe.. i to z księdzem…]. „Taniec belgijski” poszedł pięknie (w końcu tańczymy go już 3 lata). 4 pary zdecydowały się zaprezentować układ „Cha-chy” – też poszło nie najgorzej. Tak więc w tej kwestii mamy się czym popisać.
Jeszcze „gorzej” poszło podczas spotkania „Śpiewającego Kącika Ducha Gór” – zmobilizowani obecnością Gości (Państwo Piekarscy) i wzmocnieni głosem wypoczętej Moniki [która do nas dołączyła] zaśpiewaliśmy nieźle. „Kopa” dał nam jednak hazard naszego „Szeryfa” – ponownie zaryzykował i założył się o słodycze, że zaśpiewa głośniej. O nie… tego już za dużo… nasz śpiew „hymnu zimowiskowego” [„Jesteśmy piękni pięknem Twoim, Panie”] słychać było chyba nawet w Karpaczu. Musimy przyznać, że nasz kapłan jest honorowy – za każdym razem przegrywając zakład „wypłacał nagrodę” (tylko nie do końca wiadomo czemu – rozdając słodycze – miał taką zadowoloną minę?… Wietrzymy tu podstęp).
Wieczorną część dnia rozpoczęły Kalambury – podobno zazwyczaj była to konkurencja dosyć spokojna; dzisiaj jednak… cóż, gdyby emocje mogły zabijać… W pewnym momencie Kadra musiała nas od siebie separować – tak chcieliśmy uzyskiwać kolejne punkty [że nie wspomnimy o szaleństwie rysowania i pokazywania haseł]. W sumie, w tej atmosferze mogliśmy się bawić nawet do północy.
Okazało się jednak, że zanim znów zaczniemy się zmagać z bezsennością, niektórzy z nas będą się musieli zmierzyć z „oporną gumową rzeczywistością” – „Taniec z balonami”. Byliśmy twardzi – do tego stopnia, że Kadra wyczerpała cały zasób „balonikowych pozycji” i w końcu dwie pozostałe na parkiecie pary otrzymały „ex aequo” pierwsze miejsce (po brutalnym „przerwaniu życia” naszych balonów przez kierownika).
Podobnie wytrwałymi okazaliśmy się w kolejnej konkurencji – „tańcu na gazecie”. Wprawdzie tym razem kolejno odpadały poszczególne pary, ale wytrzymaliśmy do kubatury… dwóch stóp („Taniec z gwiazdami” to przy tym betka).
Dzisiejsze konkursy tak nas zajęły, że w sumie na wieczorną zabawę pozostało niewiele czasu i większość z nas postanowiła zaliczyć prysznic nieco wcześniej. Nieliczni pozostali tuż przed zakończeniem zabawy zostali poddani przez naszego „księcia” „tanecznemu terrorowi” – został pokazany krok taneczny po którym ci, którzy zaryzykowali (z księdzem włącznie) wyglądali, jak przy drugim zdobywaniu żółtego szlaku we wtorek.
Dzięki tylu atrakcjom (i delikatnej perswazji Kadry) dzisiaj z zaśnięciem nie będzie raczej problemu – przynajmniej taką mamy nadzieję.
DZIEŃ SIÓDMY DZIEŃ SPONSORA SOBOTA 19.02.011 roku
Dzisiaj znowu… zbudziły nas błyski (i wcale nie padało na zewnątrz) – znowu aparat!!!… nieeeee!!! Ciężar tego doświadczenia osłabił jedynie fakt, że dzisiaj mogliśmy sobie pospać aż do… 8:30 [!!!]. Normalnie szok… – to pewnie po to, aby Goście nie widzieli po nas śladów „ciężkich doświadczeń zimowiskowych”.
Gimnastyka – jak zwykle – rozpoczęła się niemrawo, ale nasze małolatki z grupy 2 (wsparte… o nieeeee… przez Piotra) szybko nas rozruszały. Było to potrzebne, bo oprócz przygotowania nas samych, na spotkanie z zaproszonymi Dobrodziejami zimowiska trzeba było przygotować także szkołę. W pokojach zaczęły się więc generalne porządki – nasze panie z miotłami (nie mylić z czarownicami) przygotowały obie sale spotkań i tak doszliśmy do momentu śniadania. Czy to z racji emocji, czy obecności kilku Gości była jakby ciszej [eee… chyba nie… to tylko złośliwa uwaga Kadry].
Msza tym razem wymagała od nas pełnej koncentracji – podczas homilii podsumowaliśmy 5 poruszonych wcześniej zagadnień. Wprawdzie nie korzystaliśmy z dopalaczy (a Kadra wypiła „morze” kawy) – poszło jednak nieźle. Dzisiaj rozmawialiśmy o znaku pokoju – przy okazji towarzyszących temu prezentacji zostali przedstawieni Gościom: „Czerwony Kapturek” (Weronika), „Matka Mateusz” (Karolina) i „plebanijna Natalia” (Natalia). W sumie było wprawdzie dłużej niż zwykle, ale raczej nikt się nudził (poza tym któż odważyłby się popatrzeć na zegarek – ryzykować dodatkowe pytanie?… nigdy!!!).
Powrót, któremu przewodniczyła „zastępca Zimowiskowego Kadry Prawa i Sprawiedliwości” (Adrianna) przebiegła wzorowo [blokada skrzyżowania, pozdrowienie uprzejmych kierowców, którzy nas przepuścili – bez używania klaksonów i odwieczne „na prawo!!!”, gdy coś jechało]. A co, niech nas podziwiają…
Mimo obecności Gości nie udało się opanować „śnieżnych emocji”, na czym straciły Adrianna i pani Joasia. No, bo po co jest śnieg i dziewczyny? – aby je połączyć ze sobą!!!
Po krótkiej 30-minutowej przerwie przyszedł czas na pierwszą odsłonę spotkania z naszymi Gośćmi. W sali disco zaprezentowaliśmy najpierw nasz dorobek wokalny. Poszło super – do tego stopnia, że zasłuchany w naszym śpiewie ks. Janusz zmylił jedną frazę (ale my to wybaczamy).
Potem przyszedł czas na tańce – i tu zaczęła się „jazda”. Pierwszy układ – „Taniec belgijski” – odtańczyliśmy sami. Wyszło super. Przed drugim – „Cha-chą” okazało się jednak, że „wymiękła” jedna z naszych tancerek. To co – albo rezygnujemy, albo „zatrudnimy” naszego instruktora. Mimo obaw, czy księciu wytrzyma, postanowiliśmy zaryzykować. Wyszło super – wprawdzie komendy były nieco głośne, ale za to nie było zmyłek „obrót”. Nasz układ został nagrodzony wielkimi brawami. I na tym miał się zakończyć pokaz – Ada zaproponowała jednak, aby przedstawić poznany wczoraj krok. No, to już solidne ryzyko… poznaliśmy go tylko trochę – ale „do odważnych świat należy”… TAŃCZYMY!!! Podskakujące „lilipucie kilogramy” naszego szefa sprawiały może osobliwe wrażenie, ale trzeba mu przyznać – wytrzymał do końca (podobnie jak my); kolory na naszych twarzach wskazywały jednak wyraźnie, że potrzebujemy wsparcia medycznego [„Siostro!!! Tleeeeen!!!”].
Na tym zakończyła się pierwsza część naszego dzisiejszego spotkania. Pozostawiliśmy naszych Gości i ruszyliśmy do swoich sal „doszlifować” pokazy poszczególnych grup. Przedstawiliśmy je około pół godziny później, wprawiając Komisję Kwalifikacyjną w zakłopotanie – no, bo przy takiej profesjonalnej grze komu przyznać pierwsze miejsce. W końcu zajęły je „ex aequo” grupa 2 i 3 (chłopcy!!! Spoko – grunt, że nie zajęliście miejsca trzeciego).
Obiad stał się próbą „powstrzymywania” – wprawdzie nie musieliśmy nic udawać, ale… wypadało hałasować o kilka decybeli ciszej (i tu złośliwy komentarz kierowniczka: „Błogosławiona ciszo”).
Tym razem nasze śpiewanie (powiązane z hazardem) zostało opatrzone przez naszego „księdza-wędrowniczka” zastrzeżeniem: „Jeśli zaśpiewacie kiepsko, idę z Wami”. Po wielkiej owacji po koncercie wiadome było, że idziemy luźnym krokiem – tym razem (dla przewietrzenia) zostaliśmy zaproszeni na wędrówką w kierunku Kowar. W sumie nie doszliśmy do drugiej okolicznej „metropolii” – trasa jednak była interesująca i wymagająca uwagi – ach te śliskie kamienie.
Dzień dzisiejszy to praktyczne zakończenie zimowiska. Wprawdzie formalnie zwieńczymy go jutrzejszym apelem, ale dzisiaj po raz ostatni będziemy mieli okazję trochę się pobawić. Jako, że Kadra podniosła nam normy (10 osób bawiących się), my postanowiliśmy być sprytni – co jakiś czas na parkiet wkraczały „nowe siły” z kolejnej grupy. Nie ma lekko – słowo się rzekło, zabawa jest do oporu. I była – do 23:00… Nie protestowaliśmy jednak, bo już zaczęło działać zmęczenie.
DZIEŃ ÓSMY NIEDZIELA 20.02.2011 roku
Było ono (zmęczenie) na tyle silne, że dzisiaj – mimo iż mieliśmy „stanąć w pionie” dopiero o godz. 9:00 – przyszło nam to z największym trudem. Zadziałał oczywiście rutyna – Kadra została zasypana pytaniami typu: „O której gimnastyka?”. Było trochę Zdziśka, że dzisiaj darowano nam tę „atrakcję”.
Przyzwyczajenie zadziałało także podczas przygotowań do wyjścia do kościoła. Dzisiaj postanowiliśmy wyjść trochę wcześniej – nasza ostatnia Eucharystia była jednocześnie sumą parafialną. Nie możemy więc „dać plamy” i przyjść na koniec. Okazało się, że nieco przesadziliśmy. Przyszliśmy jako pierwsi – dając tym samym „do myślenia” mieszkańcom Ściegien.
Msza św. była nieco odmienna od tego, do czego przywykliśmy przez minione 6 dni – było jednak sympatycznie; zwłaszcza, kiedy na zakończenie głos zabrała Adrianna, dziękując ks. Proboszczowi w naszym imieniu. Zrobiła to tak profesjonalnie, że teraz już wiemy na pewno – za rok to już będzie Kadra.
Było trochę niepokoju co do obiadu – nasz szeryf z samego rańca wybył, aby odprawić msze w Lubaniu. Niby to niedaleko, ale… dzisiaj trochę przymroziło. Obawy okazały się jednak niepotrzebne. Około 14:00 zobaczyliśmy „srebrną strzałę”, która zajechała z fasonem, aby po raz ostatni pojechać po obiady do Karpacza. Obiad był – jak zwykle – pyszniutki, tylko apetyt był stymulowany przez emocje (a mimo różnych sytuacji było żal, że to już koniec).
Oczekiwanie na apel podsumowujący był trochę deprymujący – w sumie nie było już nic do roboty, a czas „ciągnął się wyjątkowo powoli”. W końcu jednak usłyszeliśmy przedostatni gwizdek i rozpoczęło się – podsumowanie tego wszystkiego, w czym braliśmy udział. Nie brakowało dyplomów (a trzeba przyznać, że nie były to tradycyjne szablony) oraz pamiątek udziału w poszczególnych zajęciach czy konkurencjach – to spowodowało, że (mimo, iż w tym roku było nas niewielu) apel zajął równo godzinę. Szczególną chwilą był moment podziękowania Panu Dyrektorowi Leszkowi Basińskiemu (który dziękując dodał, że tegoroczne zimowisko jest już dziesiątym organizowanym we współpracy z ks.Januszem) oraz Kadrze – było „cieplutko” [i nie miało to nic wspólnego z grzejnikkami]. Kiedy skończyliśmy padło hasło: „Autokar czeka” – i zaczęło się…
Znowu trzeba walczyć z tymi tonami bagażu… „Dziecko, ileś Ty tego wzięła na jeden tydzień?!?!?” – ten tekst pojawił się kilkakrotnie. No, a kiedy już wszystko i wszyscy znaleźli się w autokarze, przyszedł trudny i bolesny moment pożegnania gościnnych Ściegien. Tu i ówdzie pojawiła się „wilgoć powiek”, ale wkrótce zaczęły się pogaduszki, które towarzyszyły aż do przyjazdu do Lubaniu – z „siedzącą nam na ogonie” „srebrną strzałą”. Tam nastąpił prawdziwy exodus… pożegnań i powitań. Z jednej strony rzucanie się sobie w ramiona, z drugiej – oczekujący z niecierpliwością Rodzice. Trwało to kilka ładnych minut – szkoda, że aparat odmówił już posłuszeństwa, bo były to scenki warte uwiecznienia.
Na koniec warto to wszystko podsumować. Wielkie podziękowania należą się przede wszystkim naszej Kadrze: Pani Joasi i Pani Jadzi oraz (tu zwracam uwagę – także należącej do Kadry) Pani Teresie, dzięki którym pobyt na zimowisko był sympatyczny i bezpieczny. W tworzenie atmosfery zimowego wypoczynku wniósł wielki wkład także Dyrektor Szkoły, Pan Leszek Basiński. Wreszcie wielkie podziękowania za atmosferę pobytu w Ściegnach należą się dzieciom i młodzieży, która wzięła udział w zimowisku. To dzięki Wam ja – piszący te słowa – wróciłem z mocnym postanowieniem: „ZA ROK TRZEBA TO POWTÓRZYĆ” [już słyszę chóralną dopowiedź: „Tylko bez wtorkowej zaprawy!!!”]. Wszystkim za możliwość przeżycia tego tygodnia GORĄCO DZIĘKUJĘ!!!