Blog J.B.

Archiwum: 'wycieczki' Kategorie

Górski sadyzm czyli… widziane oczyma „poszkodowanych”

Autor: admin o 3. września 2013

01.09.2013, godzina ok. 12:30. Pod plebanią spotykamy się z Proboszczem, aby po długich planowaniach, w końcu ruszyć na górskie szlaki. Pogoda nie była najgorsza ale…tyyyyle czekaliśmy na tą wycieczkę, że nic by nas nie powstrzymało 😉

Kiedy Srebrna Strzała ruszyła, zaczęliśmy się zastanawiać – jak to będzie? Bo trasa wycieczki – mimo wielokrotnego powtórzenia przez naszego Przewodnika…hmmm…nic nam nie mówiła 😉

Dzięki Czesiowi dojechaliśmy do Karpacza, który wiele razy twierdził iż nasz Kierowca jedzie za szybko. Cóż, przyznam nie widziałam prędkościomierza – może to i lepiej;-)

Po zaparkowaniu, ruszyliśmy po prościutkim chodniku i to z górki…Dotarliśmy do wyciągu i kiedy wskoczyliśmy na krzesełka – ja z Nadią poczułyśmy się jak Gwiazdy – Przed nami i za nami Bodyguard:-) To się nazywa obstawa;-)

Podjazd dość spokojny…ale tuż przed „metą” wyciag zaczał lekko zwalniać…hmmm…to chyba nie dlatego, że Szeryf zasiadał przed nami?! 😉

Na górze rozdzieliliśmy „obciążenie” i ruszyliśmy za Przewodnikiem. Dosłownie „ZA”, bo Szeryf ruszył dość ostro. Na szczęście szybko ustaliliśmy, że w sumie to nigdzie nam się nie śpieszy. I tak już we czwórkę podziwialiśmy widoki.

Dość szybko najmłodsza uczestniczka poczula mały głód. Przydałoby się jakieś spokojne miejsce. Szeryf poinformował nas, że za ok.30 min. dotrzemy do Polany. Zaczęła się pierwsza część schodzenia.

„Tato, a co to zaczy gęsiego?” No…jak gąski.

I jak te „gąski” podążaliśmy na dół.

Nagle Gąska prowadząca oświadczyła „CHYBA widzę polanę.” Idziemy…idziemy…”O, chyba jednak nie.” Po kilku minutach ponowne „CHYBA” – ale intensywniejsze. Tak, naszym oczom ukazała się Polana.

Stół, ławki…aż chciało sie usiąść:-)

Rozdzieliliśmy kanapki, które dzielnie „dźwigał” nasz Szeryf i po małym odpoczynku ruszylismy dalej. Ponieważ plecak zrobił się sporo lżejszy, postanowiłam „odciążyć” Przewodnika. Taki dobry uczynek z mojej strony;-)

Powrót trasą Bronka Czecha był kolejną – zaskakującą częścią. Najmniejsza Gąska „wyrwala” po kanapce tak, że zostaliśmy z Księdzem w tyle…Zastanawialiśmy się co miała w swojej kanapce? Ale nie wiemy do dziś:-D

Kiedy oczom ukazała się znajoma droga odetchnęłam z ulgą – Daliśmy radę!

Pierwsze kroki po prostej płaszczyźnie były trudne, ale perspektywa czekającej Srebrnej Strzały – dodała nam sił.

Jak miło było usiąść:-)

Ruszyliśmy w drogę powrotną…z niespodziankami.

Okazało się, że godzina dość późna i do wyboru mamy kolację w Mc Donaldzie lub kolację…w Mc Donaldzie:-D

Wybraliśmy to drugie;-) Najbardziej zadowolona z tego była najmłodsza Gąska.

Kiedy ruszyliśmy do domu okazało się, że nasz Szeryf widzi w ciemności;-) Szok!

Jazdę umiliły nam kawałki duetu Mocni w Duchu feat. Nadia i było super!!!

Dotarliśmy cali i zdrowi:-)

 

Baaaardzo Dziękujemy za wspaniałe popołudnie i czekamy na kolejne;-D

Autorką opisu jest „gąska nr 2” – Dominika. Oczywiście trasę postrzegaliśmy rozmaicie – stąd więc za chwilę postaram się ustosunkować do powyższego opisu. SERDECZNIE ZAPRASZAM !!!

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

CO KROK TO POMYSŁ…

Autor: admin o 28. sierpnia 2013

Wypad do Karpacza

Tak można by spuentować atmosferę kolejnego „górskiego dnia”, będącego efektem mojej wczorajszej „samotnej” wędrówki po obrzeżach KPN. „Spacer” miał charakter testu (w końcu dawno nie zaliczałem górskich ścieżek i wertepów): czy dam radę? Skoro okazało się, że tak, dzisiaj postanowiłem nowy szlak zaprezentować naszej „artystycznej trójce”: Martynce, Joasi i Madzi. Było trochę niepewności (u dziewczyn) czy to aby na pewno dobry pomysł, ale… o 10:00 dotarły do „srebrnej strzały”. Niepokoiła nas trochę pogoda – sporo chmur i taka nijaka temperatura (ale moje pasażerki to młódź, więc „gorąca krew” nie pozwoli zmarznąć… prawda Madziu?).

Trasę do Karpacza rozpoczęliśmy konsumpcyjnie – tzw. „zdrową żywnością” (vivat hot-dogi!!!), zaś kolejnym kilometrom towarzyszyły pogaduszki „Jak to będzie” i wspólnie wyśpiewywane kawałki „Mocnych w Duchu”. Atmosfera stała się tak przyjemna, że kiedy padły słowa: „No, drogie Panie, Karpacz za chwileczkę”, usłyszałem odpowiedź: „To może pojedźmy dalej”. Ach ta niecierpliwość i chęć zaznania „górskiego speedu”…

Podobnie jak wczoraj zaparkowaliśmy na ul.Wilczej, przy czym moje pasażerki były nieco zaniepokojone faktem „niedużego” kawałka asfaltu, który trzeba będzie zaliczyć na końcu tej części wycieczki. I tu należy się wyjaśnienie tytułu – jeszcze podczas jazdy wpadłem na ŚWIETNY pomysł urozmaicenia trasy o drugą: w Sosnówce. Kiedy jednak pojawił się pierwszy pot szybko zmieniłem propozycję na „Perłę Zachodu”. Tak przypuszczam, że Dziewczyny zaczęły się w końcu gubić w wielości możliwości spędzenia tego południa (nie zmieniło się tylko jedno – M’C DONALD’s MUSI BYĆ!!!).

O ile w samochodzie rozmowy były zróżnicowane tematycznie, o tyle początek trasy zdominował „problem tempa”. Martynka stwierdziła, że „tempo reguluje najsłabszy”, co ochoczo potwierdziłem (stawiając za przykład „tempo ślimaka” w moim wykonaniu). Było trochę śmiechu, ale faktycznie, tempo zostało dostosowane do większości „traperów”. Po dojściu do mostka na Łomniczce i rozwidlenia Dziewczyny dowiedziały się, że tym razem idziemy „ekstremalną” trasą rowerową, będącą częścią trasy przez Dolinę Wilczego Potoku.

Paradoksalnie ich niepokój nie budziły podejścia pod wzniesienia terenu, ale… jego spadki. „Co nas czeka dalej, skoro teraz schodzimy?” – tych wątpliwości nie zgasiły moje zapewnienia, że trasa jest naprawdę spoko. Na ścieżce pojawił się też element edukacyjny (w końcu za kilka dni zaczyna się szkoła): każda tabliczka informacyjna (począwszy od paśnika) była odczytywana przynajmniej w dwóch językach, zaś określenie typu „lizawka” weszły do słownika „haseł na szlaku”. Tu też przeżyłem totalny szok – pamiętając o wszystkim zapomniałem o najważniejszym… o naładowaniu aparatu… i właśnie w tm momencie odmówił mi posłuszeństwa. Ale siara…!!!

Po około 30 minutach doszliśmy do DW „Irena” (zapisanego we wspomnieniach zimowiskowych jako miejsce „obiadowej zmyłki”). Tu w końcu moje „traperki” zaczęły się orientować w terenie, ale – podobnie jak ja wczoraj – przeżyły szok, widząc normalnego „szutraka” w miejscu „zimowych telewpadek” naszej Oleńki (chodzi o zaliczenie zaspy podczas rozmowy telefonicznej). Minęliśmy także obiekt, który mógłby stanowić „miejsce westchnień” naszych „klombowych czarodziejów” – rozmaitość roślinek zapierała dech. Wreszcie doszliśmy do miejsca „problemów grawitacyjnych” (to podczas zimowiska), ale tym razem nawet Martyna czuła normalną przyczepność. Ekstremalne zejście okazało się więc całkiem proste – niestety, czekało nas jeszcze „łagodne” podejście i tu musiałem zmotywować moje towarzyszki („marchewka” – to jest to). Prawie wbiegły z powrotem na asfalt, ale tu zaczęły się „schody”: „A może ksiądz by tak podszedł i zjechał po nas?”, „Szkoda, że patrzyłam ile przed nami, kiedy jechaliśmy – teraz jestem tego świadoma” i najbardziej popularne: „Moje noooogi!!!”. Było to jednak tylko takie przekomarzanie się, bo do wozu doszliśmy w dobrym czasie, niezłym czasie i świetnej kondycji.

O tym ostatnim świadczy fakt, że na propozycję wyboru kolejności: M’C Dolnald’s i trasa do „Perły Zachodu” dziewczyny wybrały to drugie. OK.

Początek drugiej części trasy dał mi trochę do myślenia – o ile podczas „górskiego łazikowania” ja musiałem „dociskać hamulce”, o tyle na początku szlaku pieszo-rowerowego im. Mariana Południkiewicza, będącego częścią ścieżki przyrodniczej Parku Krajobrazowego Doliny Bobru, Dziewczynom zaczęło się nagle „spieszyć”. Mimo braku „dopalacza” wykrzesałem z siebie trochę dodatkowej energii, ale jednocześnie zacząłem kombinować, co tu dalej zrobić na trasie powrotnej. No i wpadłem… na pomysł…

… powrotu drugą stroną rzeki Bóbr (o której to trasie tylko słyszałem od Bogusia). W „Perle Zachodu” niestety zastaliśmy zamknięty taras widokowy, zaś zejście do mostu poniżej pokonaliśmy „drepcząc jak gejsze” (schodów było multum, ale jakieś takie wąskie i niepozorne – a zaliczyć tu „dupniaka” nie byłoby zbyt miłą przygodą).

Kiedy w końcu cali i zdrowi (mimo nadmiernego obciążenia mostu – i tu proszę nie patrzeć na mnie) dotarliśmy na drugą stronę rzeki okazało się, że szlaku tak naprawdę nie widać: „No i gdzie ten szlak” – to słowa zdeprymowanej Martynki. Ale trzeba mieć zdolność „spojrzenia przestrzennego” – kilka zaliczonych skałek i nagle szlak pojawił się całkiem wyraźnie. Był bardzo interesujący – zaznaliśmy wszystkiego: poznaliśmy bogactwo rzeczy, które powierzone wodzie (zgodnie z marynarską maksymą) zostaną przez nią zwrócone (ach to bogactwo puszek, siatek, kanap samochodowych, etc.); doświadczyliśmy uroków przedzierania się przez „bagienne ostępy” i wspaniały piaseczek (rodem z polskich plaż); przeżywaliśmy radość traperów, znajdujących zagubiony w chaszczach szlak; do tego nieustanny masaż stóp (za free!!!) i wspaniałe doznania kosmetyczne (takich zapachów nie uświadczysz w „Rossmanie”). To ostatnie (czytaj: oczyszczalnia) spowodowało, że nagle moje towarzyszki doznały „nawrotu pozytywnej energii” – nie, nie chodzi o dotyk, ale o szybszą pracę kończynami dolnymi, przez co ładny kawałek drogi szedłem „czując ich oddechy na plecach”.

Ten końcowy kawałek trasy stał się momentem prawie buntu i utraty jakiegokolwiek zaufania do przewodnika. Mimo, iż widzieliśmy cały czas wieżę widokową (tzw. Grzybek) na Wzgórzu Krzywoustego zaczęły się pojawiać pytania: „Czy my aby nie wylądujemy w centrum Jeleniej Góry?”, „No gdzie ten samochód?” i „Ja chcę do mamy!”. Ale nic to – kiedy zobaczyłem dwa kolejne mostki wiedziałem, że już niedaleko… i faktycznie… 5 minut później „moje Dziewczyny” z niedowierzanie patrzyły na „srebrną strzałę”.

Wprawdzie wsiadając obiecywały sobie, że z wyjściem będzie trudniej, ale M’c Donald’s był pokusą, której nie mogły się oprzeć – i właśnie tu (przynajmniej formalnie) zakończyliśmy dzisiejszy spacer.

Oczywiście pozostała jeszcze trasa powrotna, podczas której Joasia i Madzia liczyły pełny koszt mandatów (które by mi wlepiły, gdyby były „mundurowymi”) i „rozwalały” mnie ziewaniem, zaś Martyna czule tuliła się do szyby. No, ale dałem radę… dojechaliśmy cało i zdrowo… i z przytupem, bo tuż przed parafią trafiliśmy na bardzo interesujący utwór, który postanowiliśmy maksymalnie nagłośnić, aby wszyscy wiedzieli… SZERYF WRÓCIŁ!!!

 

Dziewczyny! Serdeczne dzięki za wspólnie spędzony czas i – o ile pogoda pozwoli – zapraszam na wypad w niedzielę… I OCZYWIŚCIE – CZEKAM NA WPISY..

 

Napisany w wycieczki | 3 komentarze »

WYSTARCZY CHWILA ZAPOMNIENIA…

Autor: admin o 27. sierpnia 2013

Karpacz_08.2013

… i już po wejściu na (skąd inąd dobrze znane) ścieżki górskie słyszy człowiek sarkastyczne górskie echo [rodem z „Killera”]: „I co ty tutaj robisz?”. To echo to może taka metafora, ale fakt – wejście na górskie szlaki po prawie rocznej przerwie było dosyć interesującym doświadczeniem.

W ramach łapania ostatnich wakacyjnych oddechów „wolności” postanowiłem przypomnieć sobie, jak to jest z tymi poziomicami na mapie. Jako, że człowiek osiągnął już stateczny wiek (25 lat kapłaństwa i pięćdziesiątka na kilka miesięcy), więc wybrana trasa nie przypominała tych sprzed kilku lat, ale… podobnie jak tamte była odkrywcza. Od 2 lat już bowiem korciło mnie, aby po dojściu szlakiem zielonym (od ul. Wilczej) do granicy Karkonoskiego Parku Narodowego przetestować szlak rowerowy. Zawsze jednak ambicja pchała mnie wzwyż (tzn. stromo do góry) i na tę trasę brakowało czasu.

Tym razem postanowiłem spróbować – i opłaciło się, choć… no właśnie… okazało się, że w czasie mojej nieobecności w terenie zmienił się on prawie nie do poznania.

Początek trasy był niezły – szedłem po znanych wertepach; tradycyjnie włączyłem „bieg terenowy”, dzięki czemu zasapany, ale pełen dumy mijałem co stateczniejsze grupy „karkonoskich wędrowniczków”. Po dojściu do mostku nad Łomniczką i miejsca postoju przyszło do krótkiego dialogu między „chcieć” a „móc” – zwyciężyło to drugie i ruszyłem [po raz pierwszy] na trasę rowerową. Faktycznie okazała się relaksacyjna i interesująca od strony poznawczej.

Przez dłuższy czas szedłem „na czuja”, ale w pewnym momencie zacząłem się orientować, że zaraz wejdę na znany mi szlak przez Dolinę Wilczego Potoku. Upewniłem się o tym w momencie dojścia do Domu Wczasowego „Irena”, który przez ostatnie 3 lata, podczas zimowiskowych wędrówek, był zmyłką dla moich podopiecznych [zawsze myśleli, że to tu czeka na nich pyszny obiad i… koniec tortury „gonienia za szeryfem”].

Jednak mimo rozpoznania tego miejsca zaraz potem pojawiła się niepewność – bo nagle w miejscu wąskiej (ale pięknej) ścieżki pojawiła się szutrowa droga?!?!?!? Czy aby na pewno nie zagubiłem się?!?!? Trochę mnie to deprymowało – bo to siara zgubić się w terenie, w którym spędziło się czynnie ponad 15 lat. Dobrze, że ten stan nie trwał długo – po kilku minutach „górskiego sprintu” doszedłem do miejsca, w którym podczas tegorocznego zimowiska usłyszałem znamienne słowa Martynki: „Z każdym krokiem czuję, że maleje siła grawitacji”. Tak, już wiem gdzie jestem!!!!! Hurra!!!!!!!!!

I właściwie tutaj już można by zakończyć. Zostało jeszcze dosyć ekstremalne zejście (po którym było widać skutki anomalii pogodowych) i to ostatnie podejście [przez to miejsce i uwiecznione na fotkach „świeżutkie” dzieciaki zyskałem u ich rodziców miano „zimowiskowego sadysty”].

Wejście z powrotem na asfalt było dla mnie dotąd niemiłym doświadczeniem – ul. Wilcza może nie jest stromizną rodem z czarnego szlaku, ale… ciągnie się i ciągnie – a „srebrna strzała” czekała na mnie na samym jej końcu. Tym razem jednak adrenalina podziałała prawidłowo i (choć z nieco przyspieszonym tętnem) w całkiem niezłym tempie zakończyłem dzisiejszy „spacer”.

Czas na podsumowanie. PO PIERWSZE – Karkonosze są nadal piękne (choć maleje ilość miejsc przypominających rodzimą „dzicz”… niestety). PO DRUGIE – jeśli nie chcecie przeżywać „rozterek zagubionego wędrowniczka”, to odwiedzajcie te miejsca w miarę często albo… bierzcie ze sobą GPS. Wreszcie PO TRZECIE – po takim dotlenieniu nie bierzcie się do żadnej roboty [w tym momencie nadtlenienie organizmu zaowocowało sennością]. Jest jeszcze PO CZWARTE – jutro na tę traskę pchnę się z moimi dziewuszkami. Zobaczymy, jak one ją odbiorą (wiem, że na razie zmagają się z wątpliwościami czy warto podjąć ryzyko „spaceru krokiem ślimaka” z tak powolnym szeryfem). Spoko Dziewczyny! Nie będzie źle!!!… będzie jeszcze gorzej…

 


PS. z ranka: Uprzejmie donoszę, że po nocce nie czuję zakwasów 

 

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Odpust’2013

Autor: admin o 20. sierpnia 2013

Opis uroczystości oraz zdjęcia do pobrania można znaleźć W TYM MIEJSCU

Czas trochę rozruszać moją stronkę. Zapraszam do obejrzenie przygotowanych prezentacji fotek, przedstawiających tak przygotowania, jak i przebieg tegorocznej uroczystości odpustowej. Autorami zdjęć (oprócz mnie) są: Paulina Miazga, Joasia i Ryszard Piekarscy, Leszek Basiński. Życzę miłego oglądania.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Urlop’2013 rozpoczęty

Autor: admin o 4. lipca 2013

Są takie dwa momenty, których nie cierpię – ich skrót to WP (nie mylić z Wojskiem Polskim). Te momenty to WYJAZD i POWRÓT. Co je łączy? – pakowanie. Zawsze wtedy pozostaje niepewność, czy aby na pewno wszystko wziąłem ze sobą.
Tegoroczny urlop rozpoczął się dosyć nerwowo – wyjazd zaplanowałem na 5-6 rano; w sumie moją „srebrną strzałę” odpaliłem około 9:00. Skąd ten „poślizg” – to proste. Zajęcia ostatnich 2 dni zablokowały czas wolny i stąd pakowanie tak naprawdę rozpoczęło się dopiero w wieczornych godzinach niedzieli. [cóż to za zajęcia? – ano, sobotni ślub i koncert mojej Scholi w Węglińcu oraz niedzielne poprawiny]. Tak więc dopiero w niedzielny wieczór mogłem wziąć się poważnie do przygotowań urlopowych.
Sama trasa nie nastręczała problemów [w końcu do Rewala jeżdżę już od lat]; no, może za wyjątkiem ruchu ciężarowego – nie mam nic do moich „braci wielotonażowych”, ale… ciągnąć się za nimi i próbować wyprzedzić na naszych polskich drogach zakrawa czasem na rzeczywistość s-f. Dopiero wyjazd na obwodnicę zielonogórską poprawił tempo i komfort jazdy.
Właściwie od niedzieli dręczył mnie niepokój, czy aby tym razem nie powtórzy się rok ubiegły, kiedy to na 10 dni pobytu nad morzem zaznałem 0 (zero!!!) dni słonecznych. Niepokój ten stał się mocniejszy w rejonie Gorzowa, gdzie zacząłem wpadać w regularne fale opadów (z których niektóre nadwyrężyły mocno możliwości moich wycieraczek). Nie żebym panikował, ale… „co będzie jeśli się powtórzy…???”.
Dzięki ruchowi ciężarówek oraz trzem dłuższym postojom trasa zajęła mi prawie 8 godzin – do Rewala dojechałem o prawie 18:00. I tu ból – mimo chęci nie dało się uskutecznić tradycyjnego pierwszego spaceru plażowego [jak to określili współwczasowicze bawiący tu już kilka dni – „ten deszcz ktoś tu przywiózł ze sobą”]. Ale za to jakie było spanie…
Oczywiście we wtorek zadziałał „budzik wewnętrzny”, który zerwał mnie już o 5:45 – dzięki temu już po godz. 6:00 ruszyłem na plażowy szlak, inaugurując w ten sposób sezon letnich marszo-spacerów. Wtorkowa trasa była krótka – zaledwie do ruin w Trzęsacza, ale… w planach było jej wydłużenie. Marsz był fajny mimo prawie burzowej pogody (co widać na filmiku). Ostre wianie (tu ratowały mnie moje lilipucie kilogramy), chwilowe „łzy z nieba” oraz zagłuszający wszystko szum morza – to sceneria tego pierwszego spaceru. Można by rzec, że pogoda zdeprymowała także pozostałych wczasowiczów – na plaży bowiem (na wspomnianym odcinku) spotkałem zaledwie dwie osoby [oczywiście nie licząc klientów otwartych przed chwilą RDR – Rybnych Delikatesów Rewalskich (czytaj: port rybacki)].
Jako, że pogoda nie skłaniała do plażowania, pozostało tylko trochę pochodzić, sprawdzić, co się zmieniło, zrobić kilka ujęć okolicy i… zacząć przygotowywać foto-album z majowej uroczystości w parafii (nie będę krył, że jego skompletowanie i chronologiczne ułożenie zajęło dwa bite dni – w sumie było to 1000 fotek).
W środę obudziła się nadzieja – słoneczko od rana zaczęło ostro działać; zgrzałem się już podczas porannego marszu (tym razem dotarłem do Pobierowa). Zapowiadało się, że dzisiaj łyknę pierwszą dawkę „morskiego zdrowia i UV”. I tak się stało. Pierwsza „kąpiel słoneczna” trwała prawie 5 godzin – niestety, oschłym (czytaj: chłodnym) okazał się Bałtyk. Ominęła więc mnie przyjemność taplania się w wodzie. Nic to jednak – grunt, że łapię „morski mahoń”.
Od 15:00 (po zdrowym obiadku – nie wspomnę, co to było) zaczęła się dalsza batalia zdjęciowa, obejmująca dokumentację „trawnikowych baletów” w parafii. To skutecznie zajęło mnie do wieczora, a wtedy zadziałały skutki nadmiaru jodu, słońca i świeżego powietrza. „Padłem jak rażony gromem”.
Czwartkowy poranek rozpoczął się podobnie jak poprzednie – poranny spacer (tym razem o 5:45), podczas którego pojawiło się zdecydowanie więcej „szaleńców wschodu słońca”. Niektórych zacząłem już rozpoznawać – i vice versa. Morze przypominało bardziej jezioro – gładziutkie i dużo cieplejsze niż wczoraj. 45-minutowy „maratonik” (trochę się zgrzałem) doprowadził do Pobierowa, a z powrotem do centrum Rewala. O ile na plaży było dosyć ożywiony ruch, o tyle w samym Rewalu było cicho i pusto.
Do centrum udałem się w konkretnym celu (tu uwaga: osoby znające moje przyzwyczajenia mogą teraz doznać groźnego w skutkach szoku): postanowiłem postawić sobie śniadanie – świeże bułeczki i te sprawy. Nie będę krył, że pieczyste o 7 rano smakowały wybornie. Tylko dlaczego niektórzy współwczasowicze tak podejrzliwie spoglądali na zegarki – przecież 7 rano to już bliżej niż dalej południa, nie?
Dzisiaj słońce tak dawało, że wytrzymałem zaledwie 3,5 godziny – może tracę kondycję, ale kiedy wróciłem to pierwszą rzeczą, którą uczyniłem było uzupełnienie bilansu wodnego (wypoconego w atmosferę). A kiedy po prysznicy spojrzałem w lustro… o zgrozo… ujrzałem Apacza. Tak tak, wychodzi na to, że na drodze do „morskiego mahoniu” musiał się pojawić etap „czerwonej twarzy”. Wypada liczyć, że jutro sytuacja ulegnie radykalnej zmianie.
Dzisiaj w nocy coś mnie zmogło – wstałem dopiero 6:15!!! Szok!!! Ale mimo to udało się zaliczyć tradycyjny spacer (podczas którego miałem taką szaloną ochotę zadzwonić do kilku znajomych, którzy uwielbiają poranne telefony). Tak więc piątek zaczął się standardowo. Nie zmienił się też program „łapania UV” – dzisiaj krócej, bo silniejszy wiatr opóźnił wyjście na plażę. W każdym razie czuję już skutki „romansowania ze słońcem”, ale to już taka moja urlopowa mania.
Jako, że skończyłem już z albumem, dzisiaj po południu przyszedł czas na rozpoczęcie urlopowej korespondencji. Dosyć ciekawym było spotkanie z pracowniczką poczty, która rozpoznała stałego „urlopowego respondenta” podczas rozmowy [tak to jest urlopować w jednym miejscu przez ponad 10 lat]. No i te „życzliwe” komentarze: „Że też ci się chce?”. No, ale świadomość frajdy u tych, którzy to, co przygotowałem, otrzymają… jest bezcenna.
Sobota okazała się „próbą sił”. Jako, że spacer, śniadanko i poranne ablucje skończyłem do 7:30, postanowiłem rozpocząć plażowanie już o godz. 8:00. Odwaga to czy coś innego?… zacząłem się nad tym zastanawiać, kiedy okazało się, że mimo sąsiedniego parawanu wytrzymać przy porywistym wietrze jest bardzo trudno. No, ale od czego są krzyżówki – zająłem się nimi i w końcu doczekałem momentu, kiedy wiatr stał się nareszcie przyjemnością. Dzisiaj także po raz pierwszy zaryzykowałem kontakt 3 stopnia z Bałtykiem. Było jeszcze chłodno, ale dało się zanurzyć.

Sobota okazała się także rekordzistką czasu pobytu na plaży (wiem, że mój lekarz dostał by teraz palpitacji) – prawie 5 godzin. Ale było tak fajnie, że po prostu nie chciało się schodzić. No i efekty wizualne.

Tak, tak… te „efekty” – dały o sobie znać podczas niedzielnej Eucharystii o 7:30 (którą poprzedził oczywiście spacer do Pobierowa). Może nie wyglądałem jak Afro-Polak, ale na tle bieli alby kontrasty wychodziły po prostu bombiasto. Msza była bardzo fajnym przeżyciem – nie tylko dlatego, że w innym kościele, ale także z racji włączenia się w śpiew mszalny wokalistki o rewelacyjnym głosie. Jak to powiedziałem po mszy: „Jest Pani niebezpieczna… bo tak by się słuchało i słuchało… (a zegarek czuwa)”.

Oczywiście po mszy i solidnym śniadanku znowu przyszedł czas na smażenie i tu wielkie zdziwko… mimo weekendu na plaży było sporo wolnego miejsca (zresztą przez cały czas dawała się zauważyć dużo mniejsza niż w latach minionych liczba wczasowiczów). W każdym razie wytrzymałem 3 godzinki, a potem podskoczyłem do „Rekina” na małą rybkę – to miało być określenie symboliczne, tymczasem rybka rzeczywiście nie była zbyt duża [za duża, żeby nie poczuć – za mała, żeby być najedzonym], ale cóż… to już takie warunki urlopowe.

Poniedziałek stał się momentem ciekawego spotkania, ale i kryzysu. Ciekawego spotkania, bo po dopołudniowej „rozgrzewce UV” do Rewala zajechali nowożeńcy, Dorota i Kamil (których połączyłem 29.06). Trochę pogadaliśmy, sprawdziliśmy jakość rewalskich lodziarni; oczywiście podsumowaliśmy uroczystość ślubną i wesele (z poprawinami włącznie – tam mnie jedna kobita prawie „zajechała” w tańcu). I kiedy już się pożegnaliśmy, przyszedł czas „kryzysu” (już słyszę moich znajomych – „A nie mówiliśmy?”) – chyba trochę przesadziłem w czasem naświetlania albo z „kosmetykami ochronnymi” (czytaj: przyspieszacz) i w rezultacie wtorek musiałem poświęcić na „leczenie ran” [dopiero w tym dniu zrozumiałem sens reklamy „golenia bez bólu”]. Nie było miło, ale czegóż nie robi się dla „urody”.

Mimo poświęcenia jednego dnia sytuacja niewiele się poprawiła – ale w tym momencie zlitowała się nade mną aura, zsyłając dwudniowy czas deszczu. Nigdy on mnie nie cieszył, ale tym razem był „darem niebios”. Nie było może za fajnie, ale… przynajmniej nie było szkoda czasu spędzonego w „rewalskim apartamencie”.

Dzięki temu w piątek od samego rana (5:30) mogłem ruszyć z nowymi siłami na plażę. Nie było zbyt budująco – silny wiatr, dosyć chłodno, no i totalne pustki na plaży. Jedyną nadzieją był błękit widoczny na horyzoncie – no i wiatr, bo tylko on mógł przegnać te wredne chmurzyska.

I tak się stało – ja kończyłem śniadanko, a z nieba zaczęło mrugać słoneczko. Super. Oczywiście był strach, czy sobie dzisiaj nie dołożę, ale… to w końcu ostatni dzień. Jutro, w najlepszym przypadku, poopalam się zaledwie 2 godzinki. Wytrzymałem więc w sumie 5 godzin z 30-minutową przerwą. Zobaczymy, jaka będzie noc.

 

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »