Blog J.B.

Nasz pierwszy wypad górski

Wrzesień to nie tylko miesiąc rozpoczęcia roku szkolnego. To także okazja rozpoczęcia wielu inicjatyw w parafii. U nas taką inicjatywą stało się założenie parafialnej Scholi dziecięco-młodzieżowej. Nasze spotkania odbywają się w każdą sobotę o godz. 11:00, zaś efekty można obserwować i słuchać podczas niedzielnej Mszy św. z udziałem dzieci i młodzieży o godz. 10:00.

Po półtoramiesięcznym okresie spotkań wstępnych, postanowiłem zaproponować mojej 8-osobowej grupce śpiewaków „spotkanie wyjazdowe”. Termin został ustalony na 13.10 (sobota), miejsce próby miały być Ściegny koło Karpacza.

Jedynym problemem mogła się okazać kapryśna, jesienna pogoda. Niestety, wiele znaków wskazywało, że pogoda w tym dniu nie będzie najlepsza. No, ale zobaczymy na miejscu…

W sobotę już od godziny 8:00 zaczął się ruch „turystyczny”. Przybywali nowi uczestnicy wypadu (często z Rodzicami). Przybyły też współopiekunki wyjazdu: Pani Małgosia i Pani Kasia (która jednocześnie przez prawie całą trasę miała „nieprzyjemność” śledzenia mojej bryki – tak Pani Kasiu, trzeba się było zaopatrzyć w gaz-maskę).

Po ostatnich przygotowaniach i chwili w kancelarii ruszyliśmy z 15-minutowym „poślizgiem”. Początek był spokojny – Schola dopiero zaczęła się zapoznawać ze mną, więc daleko jej było do „szaleństwa utrudniającego trzymania się pasa ruchu”. Za Gryfowem zmieniliśmy nieco trasę – skręciliśmy na Mirsk i tamtędy dojechaliśmy do Szklarskiej. Dojeżdżając do niej zrobiliśmy pierwszy postój – na „Zakręcie Śmierci”. Mimo trochę „chmurzastej” pogody udało się zrobić kilka fajnych ujęć – tak grupy, jak i plenerów.

Mimo, że niektórym zaczęło „burczeć w żołądkach” (i tu proszę z tego wyłączyć piszącego te słowa), niedaleko Ściegien zrobiliśmy jeszcze jeden postój – w Sosnówce, przy pięknym zalewie (znający trochę mój foto-dorobek wiedzą, że to miejsce jest przeze mnie bardzo często odwiedzane). Piękna panorama gór plus odbicia w wodzie (no, że nie wspomnę o pysznej herbatce serwowanej przez p.Małgosię i p.Kasię) spowodowały, że nikt tego postoju nie żałował.

Ale w końcu dojechaliśmy do Ściegien, gdzie moich Podopiecznych przywitał napis (w imieniu nieobecnego psa-wartownika): „Jeśli on cię nie zagryzie, to ja cię zastrzelę”. Ale spoko – to tylko tabliczka. Bezpiecznie weszliśmy do środka i zaczęła się próba. Nie powiem, szło nawet nieźle – może to z racji oczekiwania na kolejną herbatę? No, a kiedy po godzinnej „zaprawie” zaczęliśmy „składać sprzęt” (my, to znaczy wice-szefowa Scholi, Natalia i ja), powstał dylemat: co dalej?

W międzyczasie bowiem pogoda ładnie się wyklarowała i trzeba było wybrać jedną z dwóch opcji: wjazd na Równię i zejście szlakiem turystycznym lub „mikro-spacer po Karpaczu”. Nie znając mnie jeszcze od tej strony Schola (i osoby towarzyszące) zdecydowała się wybrać opcję drugą. OK.

Zanim jednak wyjechaliśmy, dzieciaki znalazły oczko wodne z „ławicą rekinów”, które reagowały na każdą zbliżającą się osobę (oj Robert, masz tylu gości… od czasu do czasu trzeba jednego wrzucić, żeby się zwierzęta nie męczyły). No, a kiedy p.Małgosia rzuciła hasłem, że może spróbujmy takiego „rekina z grilla”, uznałem, że robi się niebezpiecznie i czym prędzej rzuciłem hasło: w drogę!!!

W Karpaczu znaleźliśmy super-parking, tuż przy kościele (tam trudno znaleźć miejsce na 1 samochód, a cóż dopiero mówić o tandemie). No i zaczęło się. Najpierw podeszliśmy łatwiejszą trasą (czyli po skałkach) do wodospadu, gdzie znowu doszło do foto-sesji.

Potem co niektórzy dostali lekkiej zadyszki w drodze do Centrum Pneumonologii, gdzie dla odsapnięcia zrobiliśmy krótki postój na placu zabaw. To tu p.Małgosia „wyczaiła” wzorcowego muchomora.

Do tej pory wszyscy sądzili, że trasa naprawdę będzie rekreacyjna. Pewnością tą zachwiał dalszy ciąg trasy i kilkakrotne „sadystyczne” zapowiedzi „księciunia”: „spoko, najgorsze… przed nami”. No, ale i tak odeszliśmy daleko od samochodów. Pozostała więc nadzieja, że nasz przewodnik wie, co robi.

Hmmm… Wiadomo, nadzieja „matką…” ludzi wielkich duchem, więc musiało jej wystarczyć na dalszy ciąg trasy, biegnącej obok Muzeum Lalek do Świątyni Wang. Wszystko byłoby proste, gdyby trzeba było zdobyć wzniesienie o nachyleniu 10-20%. Ale te dwie stromizny… nie nie, to już ostra przesada. CZEMU TUTAJ NIE MA WYCIĄGU ?!?!?!?!

Jakoś jednak wdrapaliśmy się i w nagrodę dostaliśmy 30 minut (aż – tylko?) na „złapanie oddechu” (bo to jeszcze nie koniec – jak usłyszeliśmy). Kiedy już uspokoiły się nam oddechy zrobiliśmy parę pamiątkowych fotek, usłyszeliśmy kilka ciekawych informacji dotyczących świątyni Wang i po małym „co-nieco dla brzusia” ruszyliśmy z powrotem.

Logicznie rzecz biorąc, skoro w tę stronę szliśmy tak pod górkę, to z powrotem trzeba tylko uważać na „hamulce”. A więc spoko… tylko czemu „księciunio” tak dziwnie się uśmiecha. Zrozumieliśmy to dopiero po dojściu na wysokość Muzeum Lalek, kiedy znowu… o zgrozo!!!… zaczęła się trasa pod górkę. No nieeeeeeeeeee!!!… jak tak można…

Okazało się jednak, ze krótkie podejście opłaciło się – z dwóch powodów: najpierw mogliśmy zobaczyć ciekawy efekt podjeżdżania samochodu z wysprzęglonym silnikiem pod górkę (i spacerującego obok niego kierowcę). Pani Kasia stwierdziła, że musi to wypróbować na swojej maszynie

Zaraz potem doszliśmy do Kamieńczyka, mniejszego ale urokliwego wodospadu niedaleko kolejki linowej. I znowu fotki, w tym kilka ekstremalnych. To był ten drugi powód, dla którego „było warto”.

Niestety, okazało się, że zejście także miało być „górską ścieżką zdrowia” – zejście do Białego Jaru kosztowało wiele, zwłaszcza nasze kończyny dolne. Co prawda idący z przodu „księciunio” zapewniał, że taki masaż to samo zdrowie, ale… już nigdy nie odwiedzimy masarni…

W końcu dowlekliśmy się do parkingu, gdzie okazało się, że niektórzy z nas… wciąż mieli kasę. Tak więc trzeba było odwiedzić kilka pobliskich sklepów z pamiątkami.

A ponieważ „brzuchy grały już nie marsza, ale całą symfonię”, po pośpiesznych zakupach ruszyliśmy czym prędzej do zachwalanej przez naszego przewodnika smażalni. Była niestety pełna – stąd konsumpcja odbyła się na zewnątrz, ale rybka była rzeczywiście wyśmienita.

Wydawało się, że tu zakończymy atrakcje dzisiejszego dnia. Ale, dzięki poparciu p.Kasi i p.Małgosi oraz naszej „mega-gitarzystki” Natalii zmusiliśmy się jeszcze na ostatni akcent wypadu – odwiedziny w Western City. Nie trwały długo, ale zobaczyliśmy to wszystko, co przyda się przy organizacji najbliższego zimowiska.

Trasę powrotną cechowała zupełna (krańcowa rzekłbym) odmienność – wyjeżdżaliśmy rano, wracaliśmy w nocy; wyjeżdżaliśmy w atmosferze niepewności „co to będzie”, a wracaliśmy – myślę, że najlepszym określeniem będzie „total-głupawka”. Aż dziwne, że nie zauważyli tego „niebiescy panowie”.

I tak to właśnie było. Myślę, że było fajnie i warto. Ale czy rzeczywiście??? – cóż, o tym zaświadczą komentarze (o które proszę) oraz wypowiedzi, które także umieszczę, jak tylko do mnie dojdą. A na razie to wszystko. Serdeczne dzięki za cierpliwość. Gorąco pozdrawiam z mojej chłodnej plebanii

Ks.Janusz

 

Oczywiście, zapraszam do Galerii Foto…

A żeby nie było, że wypad pobudził tylko moją wenę twórczą, teraz kilka tekstów innych uczestników wypadu (muszę dodać, że na podstawie ich lektury dochodzę do wniosku, że pozwolić mi iść w góry to stworzenie zagrożenia dla społeczeństwa!!! – to oczywiście żart):

 

NATALIA: „To był piękny, słoneczny dzień października. Spotkaliśmy się na placu przed plebanią, wszyscy w dobrych humorach i pełni entuzjazmu. Wycieczka zapowiadała się wspaniale. Nikt, nawet w najśmielszych snach, nie przeczuwał tego, co nas czeka…

Podróż minęła całkiem przyjemnie. Pierwszy przystanek – „zakręt śmierci” – kilka zdjęć, krótkie podziwianie górskich krajobrazów i dalej w drogę. Potem jeszcze Szklarska Poręba i Ściegny, gdzie mieliśmy naszą próbę wokalno-instrumentalną {taka jest wersja oficjalna, bo tak naprawdę zajadaliśmy się pysznym ciastem i wypiliśmy chyba ze 100 litrów herbaty, co było zasługą Pani Kasi i Pani Gosi}. Następnie odbyła się krótka narada nad formą dalszego spędzenia czasu i ponownie wyruszyliśmy w drogę, nadal w błogiej nieświadomości tego, co miało wkrótce nastąpić…

Karpacz – to miasteczko pozostanie w naszej pamięci na długo, gdyż wydarzenia, które miały w nim miejsce, wyryły głębokie piętno w naszych sercach, a przede wszystkim w naszych mięśniach.

Ksiądz Janusz z miną niewiniątka zaproponował nam wędrówkę szlakiem „niemowlaków” po pięknych, zalesionych terenach Karpacza. Pierwszym miejscem, które nam pokazał (zapewne, aby uśpić naszą czujność) był pełen uroku wodospad. Następnie krótka przechadzka opromienioną blaskiem słońca ścieżką i odpoczynek na zielonej polanie, gdzie młodsi z nas mieli okazję skorzystać z niezdemolowanego jeszcze (rzadkość J) placu zabaw. Potem rozpoczęliśmy drugi etap naszej wędrówki. Karmiliśmy oczy jesiennymi widokami, rozmawialiśmy wesoło, co jakiś czas pozowaliśmy do zdjęcia (ile mamy zdjęć „z ukrycia” lepiej nie wiedzieć…). Wreszcie lekko zziajani, z rumieńcami na twarzach, dotarliśmy na łagodne wzniesienie. W oddali widać było szczyty górskie, bliżej – różnej wysokości pagórki. Na jednym z nich, podążając wzrokiem za wyciągnięta ręką przewodnika, dostrzegliśmy wieżę słynnej świątyni Wang.

- I jak samopoczucie? – zapytał niby to łagodnym głosem ksiądz (tak naprawdę był to zdradziecki podstęp, którego nie przeczuwaliśmy). Odrzekliśmy oczywiście, że czujemy się wspaniale, bo nikt jeszcze nie ośmielił się powiedzieć, że nasze siły są już na wyczerpaniu…

- Bardzo się cieszę – odpowiedział ksiądz – bo to jest dopiero początek. Teraz idziemy tam (i wskazał na wieżyczkę świątyni Wang).

Posłusznie ruszyliśmy dalej, bo cóż mogliśmy zrobić? Wspinaczka na szczyt pagórka okazała się sto razy bardziej wyczerpująca, niż nam się wydawało. Gdy dotarliśmy do celu, musieliśmy wyglądać strrrasznie, bo ksiądz zdobył się na odrobinę litości i dał nam trochę czasu wolnego. Na hasło „czas wolny” i „pamiątki” siły nagle nie wiadomo skąd powróciły i czas ten wspominamy bardzo (ale to bardzo) dobrze (gorzej ze wspomnieniami naszych portfeli).

Zejście z powrotem w dół poszło nam dużo łatwiej, okazało się jednak, że to jeszcze nie koniec!!! Uauauauauau!!!!!!!!!!! Zatrzymaliśmy się na chwilę przy kolejnym pięknym wodospadzie, a potem ruszyliśmy kamienistą drogą wzdłuż strumienia. Oj, dużo wody upłynęło w tym strumieniu, zanim wreszcie dotarliśmy do naszych samochodów – wszyscy lekko zziębnięci i wygłodniali chętnie zgodziliśmy się na propozycję spóźnionego obiadu, którą zrealizowaliśmy w smażalni ryb.

Ostatnim etapem wycieczki było Western City, gdzie w małym konkursie na siłę fizyczną zwyciężył oczywiście … ksiądz (kurczę, teraz to już mu nikt z nas nie podskoczy…).

Jeszcze ostatnie spojrzenie na Śnieżkę na tle zachodzącego słońca, ostatni oddech górskim powietrzem i wyruszyliśmy do Lubania, gdzie do dziś narzekamy na zakwasy.

[A tak na serio: wcale nie było tak ciężko. Czas spędziliśmy fantastycznie, za co z całego serca dziękujemy i z niecierpliwością czekamy na następny wspólny wyjazd!!!]

WYCIECZKA SCHOLI

To był nasz pierwszy raz!!!

13 października wyruszyliśmy o godz. 9:10 z placu kościelnego na wycieczkę zorganizowaną przez naszego ukochanego księciulka ks.Janusza Barskiego. Pierwszy zaplanowany postój to Ściegny – tam w zaprzyjaźnionym domu księdza odbyła się próba naszej Scholi. Po wyczerpującym śpiewie nasze opiekunki przygotowały dla nas pyszną herbatkę z miodzikiem. I tu, w Ściegnach był początek i koniec naszego luzu.

Ze Ściegien ruszyliśmy do Karpacza, i tu nasz księciulek pokazał nam swoje umiejętności – po prostu… dał nam niezły wycisk. W Karpaczu odwiedziliśmy dwa wodospady. Zaliczyliśmy kilka „malutkich” górek i zobaczyliśmy świątynię Wang. Pogoda była piękna, a nasz opiekun tylko pstrykał, pstrykał i pstrykał nam fotki.

W drodze powrotnej opiekunowie zaliczyli rybkę, a młodzież – frytki. W angielski sposób dostaliśmy się do Western City, gdzie było odlotowo. Pomimo tego, że nogi nas bolały i popadaliśmy jak muchy to było SUPER.

OBY TO NIE BYŁ OSTATNI RAZ !!!

{Martyna Kleszczyńska}

Wypad Scholi Parafialnej do Karpacza, który odbył się 13.10.2007 roku uważam za bardzo udany, ponieważ nasz ksiądz ciągle szykował dla nas nowe niespodzianki. Wprawdzie byliśmy wyczerpani, lecz było warto. Gdy „wspinaliśmy się” do kościoła Wang, widzieliśmy przepiękne krajobrazy górskie. Szkoda tylko, że sam kościół był zamknięty. Było jeszcze dużo innych atrakcji: karmienie „mini-rekinów”, próba Scholi w „pałacu”, zakupy, Zakręt Śmierci, widoki nad Sosnówką, plac zabaw, miejsce, w którym samochody jeżdżą same bez kierowcy oraz Western City. I tu było najwięcej humoru. Robiliśmy zdjęcia w dybach oraz wiele innych. Ostatnim ważnym westernowskim wydarzeniem było uderzenie młotem. Wszyscy mieli za mało siły, żeby podnieść młot, a co dopiero walnąć nim o glebę. Nasz ksiądz uderzył tak mocno, że omal skali nie zabrakło. Weszliśmy i wyszliśmy z Western City „na lewo”, gdyż… [ustawa o ochronie stanu trzeźwości strażnika – dopisek własny ks.Janusz]. Potem wyjechaliśmy do Lubania – ruszyliśmy o 19:00, a przyjechaliśmy około 20:00.

Ale ale… zapomniałem o pewnym wypadku, który omal nas nie nawiedził oraz o super obiedzie w smażalni ryb. Wyjazd był O.K.

{Kacper Strzeliński}

Zostaw komentarz

XHTML: Możesz użyć następujących tagów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>