Blog J.B.

ŻYJE SIĘ TYLKO RAZ czyli… WARTO BYŁO

Autor: admin o poniedziałek 10. Październik 2011

Stało się już tradycją rozpoczynanie kolejnego roku pracy naszej Scholi EDEN od… radosnego i kreatywnego (choć nasze „Gwiazdy” używają tu zamiennika – „sadystycznego”) wysiłku fizycznego. Wiadomo, że płuca najbardziej odświeża ożywczy podmuch halnego albo bryzy morskiej – do Wybrzeża jest ździebko daleko, więc… pozostają góry.

Po kilku przesunięciach terminu na datę „górskiej próby” wybraliśmy sobotę 08.10.2011 roku. Wprawdzie zostały zaproponowane kontrpropozycje (basen, Książ), ale wiadomo… demokracja zawsze zwycięży, więc plany wyjazdowe zostały zdominowane przedstawioną nam bogatą „ofertą górskich uciech”. Wybraliśmy (oczywiście całkowicie dobrowolnie) Karpacz i jedną z tras – z nadzieją, że nasz „Szeryf” padnie tam, jak rok temu przy Moni i Agacie.

Od czwartku jednak zaczął się kryzys – prognozy straszyły nas chmurami i deszczem, a poza tym my, „gorące sztuki” lubimy „klimaty tropikalne” (iść w góry przy 5 stopniach?!?!?… nie ma takiej opcji!!!). Wydawało by się, że sprawę przesądził sobotni poranek – zachlapany, chłodny, nieprzyjemny. Ożywiło to na chwilę łącza internetowe – tylko w ten sposób bezstresowo można było odwołać rezerwację na „mega-wyjazd”.

Okazało się jednak, że w naszym gronie są „odszczepieńcy” (żeby nie napisać „masochiści”), dla których ta pogoda nie była wcale zła. Przed 9:00 pojawiły się najpierw Agata i Monia, w chwilę później dotarła także Zosia. Punkt dziewiąta zajechali Państwo Rybiccy w pełnym, 4-osobowym komplecie. W końcu pojawił się także kolejny kierowca, Pan Ryszard – i zaczęło się ustalanie programu wypadu.

Od razu odpadły projekty „stacjonarne” typu basen czy Hejnice lub Książ. Pozostały więc góry, ale… (jak się dowiedział nasz „szef”) tam przez cała noc padało, temperatura nie jest za wysoka (3-5 stopni) i obniżyła się granica śniegu – cóż to jednak dla nas. Najlepszym podsumowaniem było chyba stwierdzenie Pana Krystiana: „Przynajmniej spróbujmy”. OK – w końcu „co nas nie złamie, to nas podniesie”.

Początek jazdy upłynął w nastroju nieokreślonym – z jednej strony frajda, z drugiej – nieco horrorystyczne widoczki za szybami. Ale przeważył optymizm, którego poziom wzrastał wraz ze zbliżaniem się do celu – nie żeby pojawiło się słońce, ale okazało się, że pogoda nie jest wcale taka tragiczna.

Jadąc za „srebrnym pancernym z psem” dotarliśmy do znajomej (dla Moni, Agaty, Oli i Sebastiana) trasy – rozpoczynającej podejście żółtym szlakiem z Wilczej Polany przez Szeroki Most do Schroniska nad Łomniczką. Początek (czyli tzw. rozgrzewka) trwał krótko – do mostu, za którym weszliśmy na skalistą ścieżkę szlaku prowadzącą… szok!!!!… wciąż pod górę!!! Tempo w sumie nie było najgorsze – podobnie jak rok temu nie wszyscy go jednak wytrzymywali (nasz „szeryf” dzielnie pilnował, aby nikt nie został w tyle – hmmm… wygodne). W sumie jednak im wyżej, tym „kryzys wysokościowy” ujawniał się u coraz większej liczby uczestników. Dało się to poznać po: „astmatycznie zdrowych oddechach”; „tempie szarżującego żółwia”; „górskiej bladości” na niektórych twarzach oraz [już poważniej] znikomej ilości dokumentujących to fotek (norrrrrmalnie szok!!!). O ile jednak przed pewien czas „oddech naszej szkapy” dobiegał raczej z tyłu, to w połowie podejścia dołączył do niego „szkapi chórek” kilku osób (personalne milczenie niech będzie oznaką miłosierdzia piszącego). Pojawiły się też pierwsze halucynacje myślowe („Daleko jeszcze?!?!?” – a co to??? Jesteśmy w królestwie Shreka???). Mimo to jednak – wpatrując się w coraz słabiej widoczny wzorek kurtki pana Krystiana (który „wydarł” jak Małysz) – posuwaliśmy się naprzód (gdyby Armia Czerwona posuwała się w tym tempie, Wrocław do dziś byłby niemiecki).

  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg

Faktem jest, że pogoda nas jednak zaskoczyła – ruszając spodziewaliśmy się, że wkrótce coś nam przerwie wspinaczkę. Tymczasem, mimo dużego zachmurzenia, niebo zmilczało naszą obecność i nikomu „nie chciało się zapłakać nad naszym losem”. Nawet temperatura (w sumie nie za wysoka) pomagała w szukaniu w sobie „rezerw mocy”. Dopiero przed samym dojściem do Schroniska „Nad Łomniczką” najpierw ostro powiało i pochłodniało, a zaraz potem poczuliśmy „górski płacz litości” – początkowy „kapuśniak” szybko zamienił się w nieomal ulewę, więc szybko schowaliśmy się w schronisku (dołączając do kilkunastosobowej grupy „góroli”). Mimo, że było cieplej niż na zewnątrz, uderzyło nas jedno: „Czemu tutaj jest tak ciemno???” – fakt, za wyjątkiem kilku świec pomieszczenie oświetlała tylko szarówka zza okien. Na zewnątrz zaś Duch Gór postanowił zaserwować nam wyjątkową atrakcję – mieliśmy okazję poobserwować pierwszą (dla nas w tym roku) ŚNIEŻYCĘ!!! I to nie byle jaką – przez kilka minut widać było zaledwie na 3-4 metry. „Pokaz” trwał jednak krótko i po prawie godzinnym odpoczynku postanowiliśmy… ruszyć na Śnieżkę!!! (o sorka – tu mi się „włączyła” retrospekcja – tym tekstem o mało co nie doprowadziliśmy do zawału jedną starszą panią przy naszym stole i podnieśliśmy ciśnienie Zosi i Oli [które „łyknęły tekst bez mydła”]).

Wiadomo – podczas zejścia działają silniej prawa grawitacji, więc do uprzywilejowanych należeli ci, których przyciąganie „łapało mocniej”. Nasze dziewuszki i Sebastian „wydarli” w tempie wyścigowym, zostawiając nam, dorosłym, „łamanie ciszy wyborczej” ( ku wiadomości OKW – to oczywiście żart). Przyhamowali dopiero koło grupy pojazdów z „kogutami” – „oj panienki, czyżbyście coś miały na sumieniu???”. Kiedy jednak minęliśmy tę grupę zaczęło się od nowa.

O ile podczas trasy w górę nasz kapłan „pilnował tyłów”, o tyle z chwilą wejścia w „strefę cywilizacji” (czytaj Karpacz) objął funkcję prowadzącego – choć może niezupełnie, gdyż swoistą czołówkę stanowił „samotny górski traper” Sebo i nasze „Gwiazdki” (którym niedaleko skoczni zaczęły się bacznie przypatrywać nawet niemowlaki – hmmm… ciekawe, dlaczego). Ten układ pasował, dopóki schodziliśmy „cywilizowanymi szlakami”. Jednak w pewnym momencie „szeryf” zaproponował zejście w „dziką trasę” i zaczęło się. Najpierw nasze dziewuszki musiały zawrócić i z „wielką ochotą” podejść z powrotem tych kilkanaście kroków. Jeszcze bardziej ciśnienie podniosło się Sebastianowi, który aby wrócić musiał przejść… chyba pół Karpacza. W końcu jednak wszyscy dotarli i zaczął się „odcinek specjalny”.

Pierwszym niebezpieczeństwem stała się możliwość „niekontrolowanego zjazdu horyzontalnego” w przypadku nieuwagi. To spowodowało, że wszyscy raczej trzymali się grupy i jakość… udało się zachować „pion”. Oczywiście zaraz potem Sebo ruszył przecierać szlak, co kosztowało go dwa kolejne powroty (w momencie wyboru niewłaściwego kierunku). Nie da się ukryć, że w trasie tej krył się swoisty urok – sporo lasu, niezbyt pewnie wyglądający mostek (po którym, „na próbę”, przeszedł jako pierwszy najlżejszy z nas – „szeryf”) i niesamowite zejście do potoku. „Wilcza Polana” była czarująca – no, może za wyjątkiem kolejnej fazy deszczu, który przyspieszył nieco tempo naszego marszu.

W końcu doszliśmy do ul. Wilczej, skąd już tylko minuty dzieliły nas od „zasłużonego odpoczynku”. Oczywiście, Sebo doszedł jako pierwszy – po nim grupa Panienek, w końcu „dinozaury”. Odstępu czasowe przydały się dla bezpieczeństwa podróży powrotnej – w końcu trzeba było „przewentylować nasze odnóża dolne”, a to mogło być zagrożeniem dla koncentracji naszych kierowców.

Tajemnicą poliszynela jest to, że każdy wyjazd jest obwarowany swoistą klauzulą – damy z siebie wszystko, ale… MxDonald’s musi być!!! Przed tym warunkiem ustąpili nawet „maniacy zdrowego żywienia”. Tak więc trasa powrotna musiała zahaczyć o Jelenią Górę i jej najważniejszy (dla nas) lokal gastronomiczny. Pobyt tam trwał coś koło godziny – i nie chodzi tu o kalorie, ale o frajdę. Przy okazji, co niektórzy poznali prawdziwą cenę niektórych artykułów – np. „cmok” za łyka Coli.

Powrót był w sumie spokojny – dziewczyny miały swoje „babskie sekrety”, a my, koło kierownicy próbowaliśmy zachować spokój, widząc „jazdę barana” innego kierowcy, który… wytrącił w końcu w równowagi jednego z nas.

Jak zawsze, na koniec pozostaje jedno (ale za to jakie piękne) słowo DZIĘKUJĘ. Słowo to kieruję w stronę tych, którzy wzięli udział w dzisiejszym wypadzie: Państwu Renacie, Krystianowi, Oli i Sebastianowi Rybickim; panu Ryszardowi i Monice Piekarskim, Agacie Mikulskiej i Zosi Undro – za wspaniałą atmosferę wypadu inauguracyjnego. Mam nadzieję, że to dobry początek kolejnego roku – tak naszej współpracy, jak i „terenowych przygód”. A tym, którzy zwątpili dedykuję jedno słowo (ale bez złośliwości): ŻAŁUJCIE!!!

Napisany w wycieczki | 5 Komentarzy »

Nocne zwiedzanie Czochy

Autor: admin o środa 5. Październik 2011

Cudze chwalicie, swego nie znacie…” – znamy tę maksymę, i choć w zasadzie się z nią zgadzamy, bardzo często pozostaje tylko kwestią teorii. Ekscytujemy się „cudami z zagranicy”, jeździmy tysiące kilometrów, aby COŚ obejrzeć, a tymczasem… „tuż pod samym nosem” leżą prawdziwe „perełki”. Tak właśnie „perłą” naszego regionu jest zamek Czocha, z którym związana jest ciekawa historia i wiele – mniej lub bardziej prawdopodobnych – podań i legend.

Nie wiem, jak inni, ale ja miałem przyjemność odwiedzić zamek kilkakrotnie – z tym, że zawsze w dzień. W minioną sobotę (01.10) dostałem jednak szansę ujrzenia go w „nocnej krasie” – zupełnie inaczej niż zazwyczaj. W gronie przyjaciół, o 21:30, rozpocząłem udział w „Nocnym zwiedzaniu Czochy”, będącym finałem tegorocznego Turnieju Rycerskiego.

  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg

Zostaliśmy ze swadą powitani w Sali balowej przez „wodzireja” zwiedzania, który w ciekawy i humorystyczny sposób nakreślił ogólną historię powstania obiektu. Następnie podzielono nas na grupy, oddając pod opiekę poszczególnych przewodników.

Będąc w grupie 2 miałem nadal przyjemność zwiedzania placu zamkowego w towarzystwie wspomnianego wyżej „wodzireja”, który wspomniał o tragicznym pogrzebie i „pechu grabarzy”, o słynnym (i dosyć dwuznacznym) posągu; wreszcie o przechodzeniu zamku z rąk do rąk w ramach planów i zamierzeń matrymonialnych „wielkich ówczesnego świata”. Podczas spaceru do lochów usłyszeliśmy krótką relację o pobycie w zamku „lisowczyków”, o zdradzie, która zakończyła jedną z batalii zamkowych; wreszcie (choć tu czuję niestety niedosyt) poruszono kwestię tzw. „skarbu zamkowego”, odkrytego (zacytuję – „rzekomo”) podczas ucieczki klucznicy i starosty w 1945 roku. [Tu dodam, że szkoda, iż ta – w sumie najnowsza – historia wciąż pozostaje w „cieniu milczenia”. Jest bardzo interesująca i budzi wiele emocji – może stąd wielka wstrzemięźliwość w poruszaniu kwestii II wojny światowej].

Kiedy już skończyliśmy tę część naszego zwiedzania, dostaliśmy się w ręce „kata” (a raczej jego rzecznika prasowego). Kolejny przewodnik, prowadząc nas piwnicami i lochami dosyć barwnie przedstawiał [„naturalnie radosnym tonem”] „rozkosze” bycia katem, który oczekując na jedyne właściwe zdanie: „Przyznaję się do winy” zyskiwał także locum na koszt miasta i prawo… do prowadzenia „chaty uciech horyzontalnych”. Przy wtórze nastrojowej muzyki przestawił nam także krótką historię jednego z właścicieli, zafascynowanych lokalnym złotem – to właśnie jego los skłonił do wniosku, kończącego tę część naszej trasy: „Złoto szczęścia nie daje, więc… po przejechaniu tak wielu kilometrów ulżyjcie sobie i… zostawcie je tutaj”. Było nieźle – może za wyjątkiem jednego z uczestników, który z jakiegoś powodu chciał zaznaczyć swoją obecność [dla niego było to może śmieszne – ja miałem po jego „występach” raczej poczucie niesmaku].

Po wyjściu z lochów wróciliśmy ponownie do Sali Balowej, gdzie – prowadzeni przez kolejną przewodniczkę – zapoznaliśmy się z historią miejscowych zabaw i tragedii, których „echem” są duchy [pokaz „duchowych spacerów” nie miał może rangi scen z „Pana Samochodzika”, ale… był dosyć sugestywny, budując napięcie, którego kumulacją była „czarna postać klucznika” zaczepiająca w ciemnościach „co nadobniejsze białogłowy”. Było trochę krzyku i sporo śmiechu – pojawiła się nawet „dywersyjna próba uchylenia zasłony tajemnicy czarnej maski”.

Zwiedzając zamkowe korytarze mieliśmy także okazję – przy wtórze „grzmotów” – odwiedzić miejscową bibliotekę i poznać jej tajemne przejście [i znowu osobista refleksja – patrząc po umieszczonych na półkach tytułach zrobiło się żal wojennych losów dawnej bogatej kolekcji zamkowego księgozbioru]. Doprowadziło nas ono (śladami bohaterów „Twierdzy szyfrów”) do winiarni, z której podobno wiodło podziemne przejście do Leśnej (w którym zabłąkał się jeden z dzielnych czerwonoarmistów – błąkał się długo… aż do chwili spotkania z nami podczas tego nocnego spaceru). Przy okazji pobytu w winnicy dowiedzieliśmy się, że pomieszczenie to było wykorzystane także do produkcji innego znanego filmu „Gdzie jest generał?” (to tu Orzeszko „odpoczywał” po trudach patrolowania).

Po zwiedzeniu winiarni wróciliśmy znowu do Sali Balowej, gdzie staliśmy się świadkami rycerskiego pojedynku „o cześć” córki zamku. Walka była ostra i – choć nie towarzyszyły jej „miecze świetlne” -bardzo dynamiczna. W końcu „czarny charakter” poległ, cześć białogłowy została obroniona, a my, zwiedzający – ukontentowani widowiskiem – ruszyliśmy ku ostatniej atrakcji dzisiejszej nocy: tajemniczej studni.

Nasz „wodzirej” najpierw wyszukał „medium”, którym stała się Jagienka. Następnie usłyszeliśmy historię, jak to prawa biologii nie chcą współbrzmieć z zasadami historii („albo-albo” – albo dłuższa ciąża, albo krótsza nieobecność ślubnego) – kiedy już zdążyliśmy się oburzyć niewiernością małżonki pana zamku (która to wina przesłoniła nawet okrutna śmierć w studni) POJAWIŁA SIĘ ONA… BIAŁA PANI Z CZOCHY!!! W świetle buchającego ognia i efektów świetlnych przespacerowała się po blankach dziedzińca zanosząc swoją skargę na okrutny los. Nie da się ukryć – efekt był „piorunujący”. Może dlatego z pokorą my, ta „brzydsza płeć”, przyjęliśmy „wyrównującą proporcje” zamkowych opowieści (w których dominowały w negatywnym klimacie niewiasty) krytykę naszych „męskich wyobrażeń i przypadłości”.

Cały wieczór można by zadedykować zmysłom wzroku i słuchu. Zwieńczeniem stała się jednak „uczta dla ciała” – no, uczta to może zbyt górnolotnie, ale… po pięknym podziękowaniu zostaliśmy zaproszeni do degustacji chleba z zamkowej piekarni. Cóż rzec – był pyszny i naprawdę „szedł jak ciepłe bułeczki”.

  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg

Nocne zwiedzanie było bardzo interesującym doświadczeniem. Pragnę podkreślić wielką swobodę i swoisty luz w odkrywaniu przed nami tajemnic Czochy. Dzisiaj, kiedy powagi (w tym także tej sztucznej) jest za dużo, te cechy są bardzo pożądane, skutecznie zachęcając do korzystania z tak cennych inicjatyw i „smakowania” w ich przeżywaniu.

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Msza św. o uzdrowienie

Autor: admin o wtorek 4. Październik 2011

Msza św. z modlitwą o uzdrowienie – sprawowana u nas już po raz drugi – to ważne wydarzenie. Tym razem udało się zarejestrować jej część tak w wersji foto, jako i wideo. Poniżej prezentuję dokumentację fotograficzną, którą dedykuję szczególnie uczestnikom liturgii. Zainteresowanych szerszym opisem przebiegu uroczystej mszy św. serdecznie zapraszam W TO MIEJSCE STRONY PARAFIALNEJ      ks. Janusz

  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg
  • Msza.jpg

Napisany w moja praca | 1 Komentarz »

Zapusta 2011

Autor: admin o sobota 23. Lipiec 2011

Zdjęcia z MAFM LEŚNA 2011można znaleźć W TYM MIEJSCU (Stąd pochodzą zdjęcia umieszczone w relacji – dziękuję ich twórcom)


„Przeżyj to sam…” – te wciąż znane i chętnie śpiewane słowa „hiciora” moich młodzieńczych lat tym razem stały się zwieńczeniem szczególnej mszy św., odprawionej w Zapuście w niedzielę 17.07.2011 roku. Dlaczego szczególnej?

Od 2 lat mam przyjemność i zaszczyt być zapraszanym na liturgiczne spotkanie organizowane przez LSA „Odnowa” w Lubaniu. Za każdym razem wspólna modlitwa kończy kolejny Abstynencki Festiwal Muzyczny. W ubiegłym roku miejscem spotkania był Ośrodek Wczasowy w pobliżu Czochy; w tym roku – Rajko-Zapusta, gdzie odbył się tegoroczny, XVII Międzynarodowy Abstynencki Festiwal Muzyczny oraz Zlot Rodzin Abstynenckich (14-17.07.2011 r.).

W ubiegłym roku, celebrując Eucharystię w specyficznym gronie uczestników Festiwalu, zostałem bardzo mile zaskoczony otwartą i bardzo ciepłą atmosferą spotkania. Fakt – ubiegłoroczne spotkanie pozostawiło po sobie także wspomnienie „gitarowego łamańca”, kiedy próbowałem coś zagrać na gitarze bez pasa (dobrze, że nie było to aż tak widoczne na filmiku w You Tube) – ale…

… to pozwoliło lepiej przygotować się na spotkanie tegoroczne. Przede wszystkim byłem już świadomy otwartości i spontaniczności uczestników Zlotu. Zdawałem sobie sprawę, że tu można przeżyć Eucharystię dużo bardziej emocjonalnie (mam nadzieję, że to zdanie także jej uczestników). Oczywiście, tym razem pojechała ze mną moja „duża czarna” (czyli gitara) – „poszarpię struny” na czymś stabilniejszym, niż rok temu – i [co było novum mszy wyjazdowych] Adrian, pełniący nie tylko rolę przedstawiciela Służby Liturgicznej, ale także „pilota”.

Sam wyjazd poprzedziła poranna msza św. w parafii – i tu co niektórzy przeżyli szok. Nie, żebym prowadził „tasiemcowe” rozważania, ale… tym razem rzeczywiście udało się zaskoczyć moich stałych słuchaczy. Homilia, poświęcona „nastrojeniu serca na poznanie Chrystusa” trwała tak „długo”, że na tradycyjne „Amen” zobaczyłem na niektórych twarzach scenki rodem z filmu „Maska”. Nawet ogłoszenia tym razem nie trwały długo – tak więc tę mszę udało się poprowadzić sprawnie i szybko [czego proszę nie mylić z pośpiechem].

Zapusty leżą w pobliżu Biedrzychowic – dojazd tam więc zajął trochę czasu, ale dojechaliśmy z „zapasem” wystarczającym do spokojnego ustalenia obsługi liturgii słowa i śpiewów oraz niektórych pomysłów z mojej strony”. „Męczennik czarnej” (czyli regularnie walczący z jej nastrojeniem p.Paweł – którego nawiasem mówiąc „błogosławiłem” za ostatni odcinek drogi) dostroił instrument; dogadaliśmy się odnośnie porządku liturgii i… zaczęło się.

Najpierw postanowiłem sprawdzić ilu uczestników było świadkami ubiegłorocznego „łamańca gitarowego” – niestety/na szczęście /???/ przynajmniej 2/3 osób brało w tym udział. Skoro tak, to trzeba się było sprężyć – proponując dialogowane wyśpiewane zaproszenie Ducha Świętego starałem się, aby tym razem stanąć z gitarą na wystarczającym poziomie (w końcu grałem dla profesjonalistów). Tym razem nie było szoku (jak rok temu) – większość podjęła śpiew wprowadzający nas w przeżycie Tajemnicy Ciała i Krwi Chrystusa.

W ubiegłym roku rolę lektorów podjęli druhowie; w tym roku odpowiedzialności za proklamowanie Słowa Bożego podjęli się: nasz Burmistrz i Adrian. Po Ewangelii (o chwaście wśród zboża) rozpoczęła się bardzo ważna część tej wyjątkowej liturgii: świadectwo. Zawsze (kiedy spotykam się z oporami wystąpień przy ołtarzu – brak odwagi, emocje, etc.) powtarzam, że ta emocjonalność nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie – podkreśla autentyzm przeżyć osób stających przed innymi. To samo podkreślił stający przed nami „świadek swojego trzeźwienia”. Nie ukrywał emocji, ale… najważniejsze było to, co chciał przekazać – ŻYĆ W TRZEŹWOŚCI JEST DOBRZE I PIĘKNIE.

Kiedy, nagrodzony rzęsistymi brawami, opuścił nasze „prezbiterium” rozpoczęła się (po wyznaniu wiary) kolejna „niespodzianka” przygotowana przeze mnie – wzorem naszej parafialnej mszy z udziałem dzieci zaproponowałem spontaniczną modlitwę wiernych. Nawet w tak zgranej społeczności do takich rzeczy trzeba „rozruszać” – tak więc pierwsze intencje podali Ci, którzy byli już do tego przyzwyczajeni (Magda, p.Paweł, Adrian – no i p.Bożenka… która w tym momencie tak pięknie się „zarumieniła”). Potem nastała chwila ciszy – i kiedy już sądziłem, że pomysł był zbyt śmiały „zaczęło się”. Intencje było proste, ale piękne tym, że płynęły z serca” – gdyby nie konieczność pilnowania czasu, kto wie ile intencji by padło.

Liturgia mszy św. z udziałem dzieci [w naszej parafii] ma także jeszcze jeden moment integrujący – „Modlitwę Pańską”, której słowa odmawiamy tworząc „łańcuch złączonych rąk” (tworzymy wszak jedną rodzinę „ludzi wiary”). O ile przy modlitwie wiernych była chwila wahania, o tyle w tym momencie, na propozycję odpowiedź była natychmiastowa – cały „kościół polowy” stał się wspólnotą złączoną „kręgiem serdecznie wspierających dłoni”.

Oprócz Magdy i p.Pawła o oprawę muzyczną zadbał także jeden z uczestników, który – po wcześniejszych ustaleniach – przygotował swoją dedykację wyśpiewaną podczas komunii. Może mam i „gumowe ucho”, ale to było coś naprawdę super – „od serca i dla serca”. Brawa kończące drugi utwór były całkowicie zasłużone.

Jeśli organizatorzy Zlotu sądzili, że to koniec „niespodzianek”, to przeżyli szok [mam nadzieję, że przyjemny] słysząc prośbę o zgodę na „ogłoszenia parafialne”. Po lekkim zamieszaniu otrzymałem takową i zaczęła się… ostatnia „mega-odsłona” naszego spotkania.

Oczywiście, nie zamierzałem czytać ogłoszeń. Pierwszym było wspomnienie sprzed roku i powtórka śpiewu „Hej Jezu”. Odzew był natychmiastowy i spontaniczny – ledwie się słyszałem. Kiedy już się „rozochociliśmy” padło drugie ogłoszenie – tym razem dedykacja dla wszystkich, religijna wersja „Ojca chrzestnego”. W odróżnieniu od pierwszego utworu dedykacja została wysłuchana w skupieniu i ciszy. No, a kiedy już umilkły (całkiem niezasłużone) brawa pozwoliłem sobie zaproponować trzecie „ogłoszenie” – do wyboru były: „Przeżyj to sam” i „Tyś jak skała”. Alternatywy tak naprawdę chyba nie było – wszyscy „jak jeden mąż” zadecydowali o wyborze pierwszej propozycji [oczywiście także w wersji religijnej]. Dobrze, że nie cierpię na „chorobę morską”, bo to, co działo się przez kolejne minuty mogło co słabszych doprowadzić do zawrotów – ponowny „łańcuch rąk” i… jedna wielka „fala” (bałtycki sztorm to przy tym betka).

Nie da się ukryć, że w tym momencie stwierdziłem, że nadchodzi „moment kryzysu” – z jednej strony luz i spontaniczność, a z drugiej zegarek „wołający o pomstę do…” i przypominający, że trzeba zdążyć na sumę parafialną. Wprawdzie fajnie się grało i śpiewało, ale – po błogosławieństwie – ostatni śpiew, „Barkę” odśpiewano już beze mnie [żal duszę ściska].

Dobrze, że nie powtórzyła się ubiegłoroczna sytuacja „poślizgu czasowego” – tym razem brakowało bowiem „tonujących nastroje” Panów Kościelnych. Udało się dojechać na czas i rozpocząć zgodnie z grafikiem sumę – tyle tylko, że w ser duchu wciąż coś „śpiewało”: PRZEŻYJ TO SAM…

Czas kończyć [znowu, kurczę, się rozpisałem]. Pragnę gorąco podziękować Organizatorom Festiwalu i Zlotu za zaproszenie mnie na to modlitewne spotkanie. Gratuluję wspaniałej atmosfery i – życząc dalszych tak pięknych spotkań – mam nadzieję, że już niedługo znowu spotkamy się w tak wspaniałym gronie.

Napisany w moja praca | 3 Komentarzy »

Urlopowe refleksje

Autor: admin o niedziela 10. Lipiec 2011

„Wszystko co piękne, szybko się kończy” – tymi słowami proboszcz parafii w Rewalu podsumował dzisiaj kończące się rekolekcje Grupy Odnowy w Duchu Świętym z Wrocławia, odbywające się w tej urokliwej miejscowości. Padły one podczas mszy św. z udziałem wspomnianej grupy i grupy muzycznej „HALLELUJAH”. Idąc na nią zastanawiałem się, ilu uczestników wstanie tak rano (7:30), ale okazało się, że – wcale pojemna – świątynia była pełna. Najważniejszą była atmosfera – mimo porannego „niedospania” było dużo powagi, ale i spontaniczności. Tradycjonalistów może to trochę szokowało, ale dla mnie – zwłaszcza po udziale we mszach św. o uzdrowienie z O.Bogdanem i O.Andrzejem – tego typu postawy są postrzegane bardzo pozytywnie. Przeżyciu Eucharystii sprzyjała także profesjonalna oprawa muzyczna w wykonaniu formacyjnej grupy muzycznej „HALLELUJAH”. W sumie więc naprawdę warto było się zerwać dzisiaj wcześniej, aby wziąć udział w tak wspaniałym przeżyciu.

Co dziwne (przynajmniej dla niektórych), we mszy św. – mimo porannej godziny – wzięła udział duża grupa dzieci. I to właśnie z nimi (a raczej z jedną ze scenek) będzie mi się kojarzyła ta msza [aż żałowałem, że nie miałem jakiegoś mini-aparatu] – wiadomo, pora wczesna, dzieciaki lubią o takiej przebywać jeszcze w „objęciach Morfeusza”. I taka właśnie małolatka siedziała w pierwszej ławce razem z rodzicami. Kiedy przyszedł „czas kryzysu”, po prostu usnęła… w objęciach taty. Wiem, że opis nie oddaje w pełni tego widoku, ale… normalnie, to było piękne.

Msza św. miała też zaskakujący aspekt – jak to mówią, czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, aby spotkać kogoś mieszkającego całkiem niedaleko. Tak właśnie było dzisiaj – współkoncelebransem okazał się bowiem… pierwszy proboszcz mojej parafii, ks. Jerzy. Normalnie… same niespodzianki.

  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg

Dzisiejsza msza była jednym z elementów tegorocznego urlopu, który spędzam – jak już od wielu lat – w Rewalu, u Pani Zofii Ripołowskiej. Nie da się ukryć, że sam dojazd [w tym roku eksperymentalny – dla mnie zupełnie nową trasą] nie był łatwy. Ciągłe remonty dróg (oby zakończone przed Euro) wydłużały skutecznie „czas za kółkiem” – w sumie, zamiast dotychczasowych 6 godzin, tegoroczna podróż pochłonęła godzin…8. No, ale w końcu ujrzałem napis „Rewal” i… letnia laba się rozpoczęła.

Oczywiście, na terenie, gdzie wypoczywam od lat, sposób relaksowania się został już dawno określony. Jednym z jego elementów są – krótsze lub dłuższe – morskie spacery. Tak więc, mimo zmęczenia po dniu jazdy, pierwsze kroki zostały skierowane na plażę i… hajda w stronę Trzęsacza.

Ta pierwsza trasa rekonesansyjna zaowocowała dwoma spostrzeżeniami: po pierwsze – wymyło bardzo dużo plaży (różnice w poziomach części poddanej działaniu morza) to nawet 35 cm; po drugie – plaża została zabezpieczona przed erozją [zbocza okolicznych skarp zostały pokryte ochronną warstwą kamienia]; no i te słupki (jak na autostradzie – tylko w żółtym kolorze). Reszta w sumie bez zmian.

Pozostało więc tylko rozpakować się i… zapaść w „błogi stan lewitowania”. Jako, że nastąpiło to dosyć wcześnie, równie wcześnie przyjąłem „pozycję pionu” we wtorkowy poranek. Już o 5:30 rozpocząłem pierwszy urlopowy spacer – tym razem także do Trzęsacza. Niby to niedaleko (jakieś 2 km), ale jak się uderzy we właściwe tempo, to po powrocie pojawi się odrobina potu [przy okazji zauważyłem, że podobnym do mnie „porankomaniaków” było dużo więcej niż rok temu] – czyżby zasada „Kto rano wstaje…” stała się wypoczynkową normą.

Wtorek – jako de facto pierwszy dzień urlopu – dzięki pięknej pogodzie stał się oczywiście pierwszym „podejście” do „przygody z UV” czyli maniackim opalaniem. Wytrzymałem zaledwie 3 godziny [niestety, woda była zbyt chłodna, by sukcesywnie się chłodzić] i sam już nie wiem: albo słońce stało się ostrzejsze, albo… latka lecą. W każdym razie wracając z plaży zdawałem sobie sprawę z tego, że dzisiejsza noc będzie „pełna atrakcji”. Nie pomyliłem się – była „niezła jazda”, ale nic to… dla „urlopowych barw ochronnych” warto wiele poświęcić. Mimo 3-godzinnego leżakowania nie mogłem niestety pozdrawiać znajomych inaczej jak „niedopieczony Apacz”, ale sam tekst „Apacz pozdrawia blade twarze” brzmiał w sms-ach nie najgorzej.

Jako, że lekkie „nadpalenie ciała” spowodowało wcześniejsze zajęcie „pozycji horyzontalnej”, środowa aktywność rozpoczęła się również wcześniej. Już o 6:00 dołączyłem do pozostałym „porannym ptaszków”, wybierając tym razem trasę w stronę Niechorza. Novum tego poranka było wzięcie ze sobą (jak zwykle nieodłącznego) aparatu oraz pierwsze poranne „nękające” sygnały do znajomych. Nikt może nie przeklinał, ale żebyście usłyszeli „rozbudzony” głos jednej z moich respondentek… hmmm… normalnie „cudo”. Ale wszystko to z pełną kulturą i wyrażoną na głos nadzieją, że… następnym razem może trochę później.

Reszta dnia to było właściwie leniuchowanie – tego mi było potrzeba po całym roku pracy: poleżeć, dospać, bez obawy, że zostanie to zaraz przerwane dzwonkiem lub telefonem. Tak więc drugi urlopowy dzień można by nazwać „DNIEM LENIWCA” [ale i tak było super].

Czwartek stał się zaproszeniem do podjęcia dalszego ciągu „łapania letnich barw”. Oczywiście, inauguracją stał się letni spacer – dzisiaj na swój sposób rekordowy, gdyż zaliczyłem trasę całej długości Rewala i do Trzęsacza (w sumie niby tylko 5-6 km, ale… przy bardzo dusznej pogodzie poczułem to „w kościach”). Spacer wydawał się potwierdzać obawy, że dzisiaj także czeka mnie „wypoczynek stacjonarny”, ale – podobnie jak w górach – pogoda tutaj zmienia się z minuty na minutę. Już koło 9:00 pojawiło się pełne słońce i cóż… kocyk ruszył za mną na kolejny „czas rożna”.

Z racji doświadczeń wtorku dzisiaj zabawiłem na plaży krócej żałując, że woda nadal (przynajmniej dla mnie) nie nadawała się do kąpieli [nie należę do morsów]. O ile jednak wczoraj dosypiałem zaległości, o tyle dzisiaj zacząłem w końcu angażować komputer (archiwizując fotki) – co zaowocowało wieloma mailami z całkiem interesującymi zdjęciami [oj, na powrót muszę się zaopatrzyć w kask ochronny i kevlarową kamizelkę ochronną, bo niektóre z nich były sprzed 2-3 lat, a wiadomo, że młodsze panienki są na tym punkcie bardzo wyczulone].

Początek piątku przypominał dni poprzednie – no, może z wyjątkiem godziny. Dzisiaj pozwoliłem sobie na „luksus” wyjścia na plażę o 7:30. Pogoda rewelacyjna – morze gładkie „jak stół”, woda cieplutka, na plaży może nie pustka, ale udało się uniknąć obijania się o siebie. Trasa spaceru miała dzisiaj charakter wspomnieniowy – idąc w stronę Niechorza wszedłem do Rewala na wysokości DW „Strażnica” (gdzie nota bene rozpoczęła się moja znajomość z p.Zofią – kurczę, to już 14 lat). Wracając przez miasto stwierdziłem, że z roku na rok Rewal coraz bardziej pięknieje – naprawdę zrobiono bardzo dużo. Wypiękniał także taras widokowy i jeden z głównych placów miejscowości [szczególnie interesującym stał się dla mnie pomysł podłączenia lamp na placu pod dużą baterię interesująco rozmieszczonych baterii słonecznych – muszę kiedyś wybrać się tutaj w nocy].

Nadeszła sobota. Tradycyjny poranny spacer upewnił mnie, że dzisiaj będzie „ostro” [oczywiście na plaży] – i faktycznie, kiedy o 9:00 rozłożyłem swoje manele i lilipucie kształty, zaczęło się „smażenie”. Dzisiaj było trochę łatwiej – powiewy wiatru powodowały napływanie chmur (dających chwilowy oddech), poza tym dzisiaj woda okazała się łaskawsza (dając możliwość zaliczenia pierwszych tegorocznych kąpieli w Bałtyku). Z tych powodów dzisiejsza „sesja słoneczna” trwała ponad 4 godziny (plus prawie godzinne dopalanie popołudniowe) – no, tu i ówdzie przestałem już przypominać Apacza, upodabniając się bardziej do Kunta-Kinte (ale w sytuacji gdy mocno zbladł). Sobotni finał nieoczekiwanie nabrał charakteru sportowego – nie, nie biegałem czy coś w tym stylu… po prostu dopingowałem naszych siatkarzy. Sprzyjała temu wieczorna ulewa zatrzymująca nas w domkach.

No i wreszcie niedziela. Z racji planowanej mszy dzisiejszy spacer rozpoczął się dużo wcześniej. O 5:30 byłem już przy stanowisku rybaków – i muszę przyznać, że zaskoczył mnie dosyć duży ruch kupujących ryby turystów. Samo wędrowanie odróżniało się od poprzednich jednym – dzisiaj po raz pierwszy trochę zmarzłem. Wychodziło na to, że niedziela stanie się kolejnym dniem „stacjonarnego leniuchowania”. Potwierdziła to aura podczas – wspomnianej wyżej – mszy, kiedy się totalnie rozpadało. Tym „dziwniej” zabrzmiały kończące ją słowa proboszcza, zachęcające do wiary, że pogoda będzie. Kurczę… i spełniło się… gdzieś koło godz. 12:00 słońce znowu pokazało „swój pazur”. Dla mnie nie było to może takie istotne, bo skutki wczorajszego „UV-szaleństwa” skłoniły mnie do bardziej kreatywnego przeżycia dzisiejszego popołudnia – postanowiłem zrobić trochę fotografii porównawczych miejsc, które rok temu, o tej porze, były placem budowy [o ile znajdę archiwalia, postaram się zamieścić fotki z obu okresów]. Dobra, na razie kończę – CZAS NA OBIADOWĄ RYBKĘ…

…oczywiście, smakowała – tym bardziej przy tej pogodzie, która [tu ukłon w stronę miejscowego proboszcza] zdecydowanie się poprawiła. Jako, że „rybka” to kalorie, więc naturalnym następstwem skuszenia się na nią był popołudniowy spacer. Było fajnie i relaksacyjnie. I w sumie tym można by zakończyć opis tego dnia – nie omieszkam jednak zaznaczyć, że pod koniec znów się zachmurzyło. Hmmm… ciekawe, co przyniesie poniedziałek.

Poniedziałek – tradycyjnie już na tegorocznym urlopie – zaczął się wcześnie. Punkt 6:00 rozpoczęła się „poranna zaprawa plażowa”. Z jednej strony dużym zdziwkiem był fakt stosunkowo dużej ilości współspacerowiczów (w tym wielu „sportowców”). Z drugiej – trzeba było się „nastroić” na dzisiejszą pogodę. Zapowiadał się bowiem „dzień słońca” – tak więc w planach oczywiście „UV-randka w jasno”. I faktycznie – już po 9:00 (kiedy zszedłem na plażę) wolnego miejsca zaczęło powoli brakować. Oczywiście, dla mnie to nie przeszkoda – w końcu dla „zaparkowania” moich „lilipucich gabarytów” potrzeba mi zaledwie… 10 m kwadratowych (to oczywiście żart – potrzebowałem tyle, by zmieścił się koc… i ja na nim). Szybko znalazłem „dziuplę w plażowej zabudowie” i zaczęło się. Pamiętam taką reklamę o „przerzucaniu boczków” – dzisiaj było podobnie. Regularność procesu „smażenia” była poddana wskazaniom zegarka: godzina na przód, pół godziny – tył i około 20 minut schładzająca kąpiel. W takim rytmie (dzięki kąpielom i całkiem sporemu wiatrowi) dotrwałem do 14:30, kiedy w końcu ta „rozsądniejsza” część mnie stwierdziła, że… przede mną jeszcze noc, którą trzeba jakoś przeżyć.

Ale rozsądek, wiadomo… rzecz nie zawsze dopuszczana do głosu – więc koło 16:30 postanowiłem się jeszcze „dopalić” (tym bardziej, że w TV pojawiły się anonse o przewidywanych opadach). W sumie wytrzymałem godzinę – silny wiatr po prostu mnie stamtąd „wywiał”. Ale było naprawdę SUPER.

Oczywiście, nie tylko poranne spacery stały się dowodem na istnienie „znamion wieku” – podobnym znakiem stała się [malejąca???] odporność na „randki ze słońcem”. Kiedyś słyszałem taki zwrot: „Spuśćmy na ten temat miłosierną zasłonę milczenia” – użyję go w odniesieniu do tego, jaka była ta noc… hmmm… może nie horror, ale na pewno też nie komedia.

Wtorkowy poranek rozpocząłem więc (mam nadzieję, nie budząc sąsiadów) ze świadomością, że dzisiaj będzie „dzień odpoczynku” od „trzaskania się na mahoń”. Oczywiście, spacer się odbył; zbudziłem podczas niego kilku respondentów; na plaży – jak zwykle – było sporo spacerujących i trenujących (ja dałem sobie z tym spokój z racji „ekologicznych” – klif rewalski jest tak nadwyrężony, że mógłby nie wytrzymać „plażowych wstrząsów sejsmicznych”). Wracając stwierdziłem, że ciężko będzie odmówić sobie opalania, choć z drugiej strony…

Jakby w odpowiedzi na dzisiejszą trudną decyzję pogoda, po kilku pierwszych słonecznych godzinach, zmieniła się na tyle, że przestało mi być aż tak szkoda mojej nieobecności na plaży. Pod wieczór trochę pokropiło i zaczęło się zanosić na to, że kończy się „czas słońca”.

Środowy spacer potwierdził prognozy – zanosiło się na deszcz. Zachmurzone niebo, typowa przed burzą duchota, bezruch powietrza – to skłaniało do przygotowań na zmianę pogody. Pogoda utrzymała się do 9:00, kiedy zaczęło – momentami nawet dosyć ostro – chlapać. Cóż więc pozostało – wykorzystałem ten czas na zaległości korespondencyjne (poczta znowu się ucieszy) i wpadłem w taki rytm, że nawet popołudniowe chwilowe przejaśnienie nie zgoniło mnie na plażę [pewnie szkoda, choć z drugiej strony – jak tu się rozłożyć na mokrym piachu???].

Wiem, że atmosferę „nocnego czuwania” ze środy na czwartek najlepiej zrozumieją ci, którzy mają blaszane dachy – w nocy bowiem zaczęło totalnie lać (padać byłoby tu określeniem nieadekwatnym). A że dachy naszego locum dosyć mocno rezonowały pod wpływem kropli deszczu… pobudka nastąpiła dużo wcześniej (już około 5:00). Wychodziło na to, że tym razem będę musiał sobie odpuścić „poranne balety plażowe” – jednak około 7:00 deszcz powoli ustał i nieco później można było wyjść na jeden z ostatnich tegorocznych „plażowych patroli”.

Widok plaży był oczywiście zupełnie inny niż dotąd – zamoknięta, zachlapana, i prawie pusta. Dzisiaj razem ze mną było w sumie jakieś 10 osób. Oczywiście novum spaceru było także samo morze – od czasu mojego przyjazdu po raz pierwszy w „sztormowej odsłonie”. Po zaliczeniu odcinka do „Strażnicy” wróciłem i – dochodząc do przystani rybackiej – zauważyłem, jaką siłę miał nocny żywioł. Najpierw zwróciłem uwagę na łodzie wyciągnięte na plażę dużo dalej niż zazwyczaj. Zaraz potem zobaczyłem „katastroficzny” obraz łodzi, którą siła spływającej z klifu wody po prostu przewróciła na bok. To już był lekki szok – opady owszem, ale żeby aż tak? Do tego wymyte zejście na plażę. Taaaa… tutaj się naprawdę sporo działo.

Do południa jeszcze dwukrotnie popadało, ale już słabiej i z przerwami – na tyle dużymi, że można się było wyrwać na miasto. I to właśnie zapamiętam z dzisiaj najbardziej.

Okazało się bowiem, że niedaleko – w Niechorzu – wypoczywają moi znajomi z Pleszewa: Martyna i Jakub, którzy postanowili złożyć w Rewalu krótką wizytę. Początek był zabawny, bo telefon od Martyny nie figurował w moich danych – zanim się więc spotkaliśmy mój „twardy dysk” (czytaj: pamięć) spróbował znaleźć wszystkie znane mi osoby o tym imieniu. W końcu przyjechali – zaczęło się od „stresu”, kiedy – po porównaniu – okazało się, że moje kolory są zdecydowanie mniej intensywne. Oczywiście stresu w cudzysłowie, bo całe spotkanie – choć krótkie –było wielką frajdą ujrzenia osób, z którymi nie widziałem się już… ho ho ho, a może i dłużej.

Piątkowy poranek rozpoczął się wcześnie – nieprzypadkowo. Już od wczoraj cieniem na atmosferze wypoczynku położyła się [oczywiście w niewielkim stopniu] świadomość, że już niedługo przyjdzie czas zakończenia urlopu A.D.2011 (nie, żebym nie cieszył się na powrót do swoich). Stąd też dzisiejsza „poranna plażowa zaprawa” rozpoczęła się od sms-owego NIEEEEEE!!! [które boleśnie odczuli moi znajomi – to właśnie przez takie „późne” sms-y zyskałem u nich opinię osoby, z którą nie wolno jechać na dłuższy wypoczynek… a przecież „kto rano wstaje…”].

Wczesnemu ruszeniu na plażę sprzyjała pogoda – po raz pierwszy od dwóch dni dzień rozpoczął się słonecznie. Niestety, kiedy już wyszedłem ze swojej „urlopowej kajuty” okazało się, że słońce słońcem, a temperatura nie jest za bardzo wysoka [dobrze choć, że woda – nadal mokra – była znośna]. Wejściu na plażę towarzyszył ciekawy widok – rodem z czasów „kartkowych”. Mimo wczesnej pory cały odcinek plaży był bowiem pełen osób czekających na… powrót kutra z łowiska (i tu dodam – większość to były osoby w sile wieku, a nie emeryci). Cóż… to cena zdobycia „bałtyckiej świeżynki”.

Wydawało się, że ten ostatni pełny dzień da się – przynajmniej częściowo – spędzić na plaży. Niestety, już wkrótce nieśmiało prześwitujące słońce zostało zakryte przez chmury i wkrótce zachmurzenie stało się dominantą tego dnia. Po południu wprawdzie wiatr trochę przerzedził chmury – ale to umożliwiło tylko krótki spacer (nawet nie po plaży, która była mokra). Swoją drogą – podziwiałem determinację części wczasowiczów, którzy w taką pogodę wyszli w plener. Fakt – wykorzystali wszelkie osłony (wiwat parawany!!!), ale mimo to…

„To już jest koniec…” – te słowa, które kończyły codzienne zabawy w położonym niedaleko lokalu, stały się dzisiaj bardzo aktualne. Tak, tak… niestety… TO JUŻ KONIEC!!! Oczywiście, nie mogło zabraknąć porannego spaceru – tym razem pożegnalnego [te słowa pani Zosia skwitowała: „Prezesie! Jaki ostatni?!?!... Za rok będą następne…” – fakt]. Sama pogoda nastrajała refleksyjnie – bardzo wietrzna, Bałtyk w sztormowej aurze, pustki na plaży. Fajnie się szło, choć trzeba tym razem założyć kurtkę. I tak zakończył się mój URLOP’2011.

Czas na podsumowanie. Oczywiście nie jechałem w celach poznawczych – bawiąc w Rewalu od 15 lat znam go na wylot. Celem był wypoczynek i odrobina „błogosławionego urlopowego lenistwa”. To udało się zrealizować w 100% (co nie znaczy, że pewne rzeczy mnie nie zaskoczyły – Rewal z roku na rok pięknieje). Trochę gorzej wyszło „łapanie kolorów” – albo „znamię lat”, albo ostrzej operujące słońce… spowodowały, że oczywiście nie wrócę jak „Apacz”, ale do planowanego mahoniu jeszcze sporo (ale, po powrocie czekają trawniki – więc się „dopalę”). Za czas super-wypoczynku gorąco dziękuję Pani Zofii Ripołowskiej (ul.Parkowa 10), która – jak zawsze – tworząc sympatyczną i bezpośrednią atmosferę, zapewniła wysoki standard pobytu.

  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »