Blog J.B.

Archiwum: 'wycieczki' Kategorie

SCHOLA NAM MŁODNIEJE czyli… zimowy sen Czesia…

Autor: admin o 31. stycznia 2016

czyli… dzisiaj bez aktualizacji?!?!

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Znowu zbitka bezsensownych haseł??? Absolutnie nie… po prostu to myśli i słowa, które pojawiły się podczas pierwszego w tym roku wypadu górskiego (31.01.2016 r.), w którym (w zamyśle) miała wziąć udział najwytrwalsza część naszych „gwiazdek” ze Scholi. Pech chciał, że wszystkie się… rozchorowały (jestem jak najdalszy od podejrzliwości, ale… znam taką chorobę… ale niech to pozostanie moją słodką tajemnicą…). W związku z tym wyjazd – nie, nie został odwołany, tylko zmieniono skład uczestników. Wzięła w nim udział „starszyzna plemienna” czyli: p. Małgosia, p. Andrzej, p. Ryszard i nasz „szeryf”. Stąd właśnie wziął się początek tytułu opisu: „Schola nam młodnieje”.
Mówią, że wiek to pojęcie względne; nie świadczy o nim wpis w dowodzie, ale… stan ducha. A ten u nas był znakomity. Już sam początek dowodził, że dzisiaj z nami małolaty musiałyby być bardzo ostrożne (chodzi oczywiście o kondycję).
Mimo wstępnych zapowiedzi ostatecznie postanowiliśmy zacząć nasz wypad w… Szklarskiej Porębie. Pogoda była niezła – słoneczko zza chmur napełniało „szeryfa” nadzieją na „dobre ujęcia”, zaś temperatura (ot takie skromne -3 stopnie) gwarantowała, że się nie przegrzejemy. Szło się super – no, może za jednym wyjątkiem: poza p.Małgosią nikt nie wziął „raków”, a te im wyżej tym bardziej stawały się niezbędne. Oblodzone kamulce utrudniały utrzymanie pionu, przypominając o zasadach grawitacji. Cóż to jednak dla nas. Fakt, nadmiar świeżego powietrza działał trochę jak skopolamina – wydobywając z niektórych szczere wyznania typu: „moja kondycja!!!” czy „chyba wszyscy słyszą moje… sapanie!!!”. Zabrakło tylko sakramentalnego „daleko jeszcze?!?!?” – no, ale nie było z nami Werki czy Julki. A szkoda, bo była dobra okazja do poprawiania rekordów w „łapaniu dupniaków”.
O ile podejście było średnio trudne, o tyle zejście stało się traumą dla… „szeryfa”. Tak liczył na ciekawe ujęcia, a tu nic. Była jedna obiecująca sytuacja, ale „raki” p.Małgosi nie dały mu tej „fotosatysfakcji”. Żal nam „szeryfa”, ale gratulujemy p.Małgosi, że zachowała kończyny na swoim miejscu.
Dzisiejszy wypad miał charakter nieco „sentymentalny” (w końcu nasz „szeryf” przecież „młodnieje”) – wspominając jeden z pierwszych rajdów ze Scholą „Eden” postanowiliśmy pójść tamta trasą i odwiedzić w dalszym ciągu… Karpacz. Kilka lat temu nasze „gwiazdy” nie wierzyły, że dadzą radę tam połazić. Wtedy udało się – tym bardziej dzisiaj, kiedy nie towarzyszyły nam tego typu obawy. Zastanawiało nas tylko jedno – łamiąc kilkuletnią tradycję nasz „szeryf” nie wyłapał jeszcze ani jednej „aktualizacji”. Czyżby „Czesio” zasnął???… czyżby „sen zimowy Czesława”???…
Jakby w odpowiedzi usłyszeliśmy zza kierownicy: „Złapałem aktualizację”, ale…sęk w tym, że „szeryf” przyzwyczaił nas do wysokich „standardów aktualizacyjnych” – tak więc takie coś przy kierownicy się nie liczy… choć faktycznie, trasa została zmieniona.
Najpierw byliśmy pewni, że idziemy do Wangu, ale podejście do niego „szeryf” minął, jakby nie istniało. Czyżby trasa do Sosnówki???… ale to trochę daleko… Okazało się, że „aktualizacja” była wprawdzie minimalna, ale jednak zdezorientowała niektórych z nas. Podejście było całkiem całkiem [nawet rozmówczyni p.Małgosi chciała wzywać pogotowie] – nie wszyscy zauważyli, że do głównego szlaku doszliśmy dużo nad świątynią Wang. Tu jednak powstał dylemat – idziemy dalej do Polany czy schodzimy (jako, że słoneczko już zachodziło). Pan Ryszard był zdesperowany [„Idźmy na Śnieżkę!!!”], ale przeważyła obawa przed zbyt gwałtownym przyjęciem pozycji horyzontalnej w razie powrotu po zmroku [jest ona super tylko w jednym przypadku – przy najlepszym przyjacielu człowieka, jakim jest… łóżko].
Tak więc zeszliśmy do świątyni Wang, tam mała sesja foto i po kamulcach [mega śliskich] doczłapaliśmy do samochodu. Tu dowiedzieliśmy się, że zanim zaczniemy rozkoszować się rybką czeka nas jeszcze spotkanie z… „ściegieńskim rekinem”, Robertem. Z tym „rekinem” to może przesada, ale… spotkanie było niestety chorobotwórcze [choroba nosi nazwę „leniwiec”] – ciepełko z kominka usypiało… „Może by tu tak przenocować?”. Senny nie był tylko Robert, który po „skrytykowaniu” nowej „maszynki fototortur” naszego „szeryfa” zażądał, aby zatrudnił „dobrą gosposię”. Temat wracał kilka razy, ale oczywiście chodziło o jedno – o dobrą kawusię dla gości [trzymamy Cię, Robercie, za słowo – wizyta wkrótce].
Atmosfera była tak zajefajowa, że decyzję „szeryfa”: „No to czas na nas” przyjęliśmy z dużym niezadowolenie, ale cóż, jak kierowca jest jeden, to rządzi ten „kto trzyma kluczyki od bryki”. Ale nie ma „tego złego…” – wkrótce zaczęliśmy się raczyć rybką [snując jednocześnie „apokaliptyczne wizje” tego, co by nas czekało, gdyby były z nami małolaty… M’C DONALD’S!!!].
Trasa powrotna niby przebiegła spokojnie, ale któryś składnik rybki lub „robertowego czaju” poruszył emocje naszego kierowcy – do tego stopnia, że p.Małgosia zaczęła się zastanawiać: „Dzisiaj będzie opis czy… gitara???” [jak widać okazało się, że opis]. Do tego pojawiły się znowu „nutki sentymentalne”: poznaliśmy dyskografię jednej z poprzednich scholi naszego „szeryfa”; do tego p.Robert „zaproponował”, aby do „parafialnego dialogu wokalnego” dodać fajny kawałek o Janie Pawle II [oj, z tego się Pan nie wybroni…]. I w takiej atmosferze dojechaliśmy do Lubania.

Początek roku 2016 był fartowny i jednocześnie pechowy. Fartowny, bo wypad był [przynajmniej w moim odczuciu (pewnie lekko sprzecznym z „niespełnieniem” p.Ryszarda)] udaną inauguracją naszych wypadów. Pechowy zaś, bo do „pełni szczęścia” zabrakło nam naszych dzieciaków, które potrafią być na szlaku baaaaaaaardzo kreatywne. No, ale… „co się odwlecze to nie uciecze”… prawda???
Serdeczne dzięki wszystkim uczestnikom i wielki szacun za atmosferę. Zaś tym, którzy to czytają dedykuję DO ZOBACZYSKA… NA TRASIE…

Napisany w wycieczki | 4 komentarze »

„Dziecko, trzymam cię mocno” czyli… z aktualizacją da się przeżyć

Autor: admin o 20. czerwca 2015

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu naszego spaceru. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Zdaję sobie sprawę, że podtytuł już samym słowem „aktualizacja” budzi w niektórych ambiwalentne emocje (od niepokoju i paniki po rezygnację), ale… bez tej postawy ciągłego szukania „lepszego” szlaku nie byłoby przynajmniej części frajdy naszego „górskiego szaleństwa”. Oczywiście, jak zwykle w tego typu wpisach pojawi się nasz „wędrówkowy” żargon, nawiązujący do tego, co dane nam było przeżyć podczas kolejnego górskiego wypadu, który odbył się w sobotę (20.06.2015 roku). Miał on mieć charakter nieco odmienny od kilku ostatnich – zaplanowany został bowiem jako wyjazd całej Scholi „Dzieciaki z Bożej Paki”. Okazało się jednak, że poranna pogoda spowodowała, że wymiękli prawie wszyscy – z naszych „gwiazd” pozostały tylko Weronika, Julia i Klaudiusz oraz Państwo Anna i Ryszard (plus osoba piszącego tę relację). Była także „nowicjuszka” naszych wędrówek – pani Joasia. Mizerny odzew reszty dzieciaków oczywiście nas rozczarował, ale… patrzymy zawsze na jakość, nie na ilość.
Już sam wyjazd napawał pewnym niepokojem. W górach miało padać, do tego pewne wydarzenie parafialne (i nie chodziło o fascynację pewnym „gabinetem ludzkiej ulgi”) opóźniło wyjazd prawie o godzinę. W końcu jednak ruszyliśmy.
Naszym pierwszym celem stał się wodospad Kamieńczyk w Szklarskiej Porębie (a raczej miał się stać… ale o tym za chwilę). Jechaliśmy GPS-ową „drogą najszybszą” (czyli przez Mirsk) i tu p.Ryszard podjął funkcję „rzecznika medialnego prezesowej Anny”: „Czy my dobrze jedziemy? /…/ A dlaczego tak?, etc – to pytania, na które musiał od razu udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. I tak robił. Fakt, trasa była trochę „niepokojąca” (z racji ciągłego deszczu), ale jechaliśmy do przodu.
Do Szklarskiej wjechaliśmy jak do „krainy deszczowców” – w strugach „łez z nieba”. Dojechaliśmy do parkingu i tu Kadra zaczęła naradę… co dalej?… w tych strugach deszczu daleko przecież nie zajdziemy… W końcu „szeryf znalazł satelitkę” (to z Czesia) i padła propozycja: spróbujmy w Karpaczu. OK – my wytrzymamy, tylko oby potem w komentarzach nie pojawiły się wpisy, że „bolały mnie inne niż normalnie części ciała”.
Wyjazd ze Szklarskiej przebiegł bez przygód, choć wciąż ten deszcz… budził prawdziwy niepokój jak to będzie z dzisiejszym wędrowaniem. Okazał się on nietrwały – zaczął znikać wraz ze stopniową poprawą pogody. Szybko jednak wrócił, kiedy w Piechowicach zaczęliśmy trochę błądzić na objazdach – pojawiło się „czarnowidztwo” w postaci stwierdzenia: „Coś nam się dzisiaj nie układa”. I wtedy właśnie „Czesiu” znowu „znalazł satelitkę”: „Mam aktualizację!!!… Wiem, gdzie pojedziemy…” – zaniepokojony wzrok to najdelikatniejsze określenie reakcji pilota „srebrnej strzały”. Podobnie zachowała się zresztą, kierująca „dziecięcą karetką” pani Ania. Wprawdzie posłusznie włączyła za nami kierunkowskaz i pojechała „w las”, ale komentarz wskazywał na potrzebę wykonania telefonu do „instancji domózgowych”.
Okazało się jednak, że aktualizacja była potrzebna – widok chwiejących się Dzieciaków (spokojnie, to nie cukierki czy kadzidło, ale… przyśnięcie w wygodnej „bryce”) spowodował, że nam, „traperom” zagotowała się krew i padło hasło: „Do boju!!!… to znaczy… sorka… do przodu!!!”. Trasa była widoczna, choć jakby wąska i nierówna (Klaudiusz próbował trafić w jakiś kamień „na śpiąco”, ale te… jakby usuwał się sprzed jego buciorów – nie zaliczył więc zapowiadanej „gleby”). Trasa do Cichej Doliny i żółtym szlakiem przez skałki nie była oczywiście zasadniczym celem dzisiejszej wędrówki – po prostu trzeba było rozprostować kości i trochę się wybudzić. Udało się to znakomicie – 800 metrów (tyle wyliczył GPS pana Ryszarda) to nie maraton, ale… spać już się nie dało. I o to chodziło.
Po dojściu do parkingu ruszyliśmy do Karpacza, cały czas obserwując zmiany pogody – niektórzy podjęli się nawet roli meteo: „Dzisiaj nie będzie już padało” – stwierdziła pani Joasia [no, może nie była to 100%-owa przepowiednia /bo jednak trochę popadało/, ale dodało nam to odwagi].
Odwaga byłą potrzebna, bo zaparkowaliśmy w miejsce, z którego rozpoczęliśmy w ubiegłym roku naszą pierwszą „lightową” (wtedy po raz ostatni uwierzyliśmy z podstawowe znaczenie tego słowa) wędrówkę górską. Pamiętając o zakwasach, „etapie bólu” i „fazie rezygnacji” pani Ania stwierdziła, że ona „schodzi w drugą stronę” (czyli na dół), a Julia, Weronika i Klaudiusz zaczęli się „stroić” na „foszki”. Okazało się jednak, że i dzisiaj udało się nas zaskoczyć – może niewiele, ale jednak…
Wydawało się, że najpierw dojdziemy do zerwanego mostku, a tymczasem, puszczając dzieciaki nieco przodem „szeryf” skręcił w prawo. Narrrmalnie… totalne zaskoczenie – czy my aby znamy ten szlak? Okazało się, ze owszem, ale… z drugiej strony – dawniej staczaliśmy się po nim (tracąc „kontakt z grawitacją” – vide Martynka), teraz trzeba było wejść… ale nie do nas z takimi surprisami… Podeszliśmy w całkiem niezłym tempie. Potem stwierdziliśmy, że nasz „szeryf” potrzebuje resetu „twardego dysku” [jak można pamiętać szczegóły z wypadu sprzed 7 miesięcy?!?!?!] – pan Ryszard stwierdził jednak, że według zasad informatyki to nieetyczne i odmówił „przyłożenia do tego ręki”.
Tak więc Weronika, Julka i Klaudiusz przypominali sobie fragmenty trasy na zasadzie: „Pamiętacie…??? Krok pingwina??? Zjazd pingwinów??? I oczywiście rekordy „kontaktów trzeciego stopnia ze śnieżnym podłożem” naszej Julci???. Nie brakowało zmyłek, ale uczestnicy wędrówki uczyli się bardzo szybko – trójca „młodych duchem” pozostała w bezpiecznym oddaleniu (unikając przez to konieczności dokonywania poprawek w marszrucie), zaś „młodzież”… zaczęła odczytywać sugestie „szeryfa” na wspak (prawie zawsze odkrywając ukryty w nich podstęp)
Jako, że ta część trasy nie zaowocowała jakimś „górskim dramatem”, stąd trasa została wydłużona – o „niewielki kawałek z górki na pazurki” [a poważniej na całkiem solidny górski kilometraż pod górkę, do wysokości skoczni narciarskiej]. Ta część naszego wypadu została kiedyś nazwana „trasą rozklejonego trampka” – nie brakowało więc wspomnień o Sebastianie i dramacie poszukiwań „taśmy Mc Gavera”. Tu właśnie w pewnym momencie Werka sapnęła do pani Ani „Trzymaj mnie, Mamo” i w odpowiedzi padły słowa zacytowane w tytule wpisu. Było „słodko”… do momentu ostatniego podejścia do skoczni. Tu pani Ania przypomniała sobie, że tu potrzebowała „holownika” i dopychała do asfaltu Weronikę. „A może dzisiaj popchniemy szeryfa” – no nie wiem, co miały znaczyć te słowa [tym bardziej, że w pobliżu nie było „cudownych cukiereczków” ani „kadzidła”]. Do tego padły słowa „samokrytyki”: „Teraz rozumiem co czuliście, gdy komplementowałem Was z przodu” – to oczywiście słowa „szeryfa” wypowiedziane na „szarżę Joasi”, która minęła nas z „prędkością lawiny” (tylko od kiedy lawiny schodzą… pod górkę?!?!?).
Ufff… doszliśmy i ku naszemu „zdziwku” poszliśmy nie w górę, ale… w dół… Wszystko byłoby OK, tylko że wciąż pamiętaliśmy „mądrość Ducha Gór”: „Jeśli idziemy w dół to znaczy, że… zaraz zaczniemy się wspinać” – a że zejście było spore już teraz z niepokojem myśleliśmy, co nas czeka przy „fazie wznoszenia”. Nie było może aż tak strasznie – wprawdzie nie biegliśmy (jak podczas jednego z wypadów „górska kozica Dominika”), ale tempo było całkiem całkiem… Trohę zziajani doszliśmy do schroniska, gdzie z tyłu padło sakramentalne „pod górkę” pana Ryszarda. Niestety, „szeryf” chyba dał się ubłagać „mrugającym powiekom” Werki i zdecydował pójść „na kreskę” (czyli skrótem). Z jednej strony to dobrze, z drugiej… pani Ania nastawiała się najpierw na „zmęczenie”, a tu… nic… Ponowne zejście do Wilczej Polany i… tu zaczął się „etap osła” – nie, nie… nie żebym dogadywał naszym dziewuszkom, ale… zaczęły mnie „brać na przetrzymanie”: „Daleko jeszcze???” – spróbujcie to wytrzymać non stop przez kilka minut… „Droga przez mękę” skruszyła chyba serca dorosłych, bo w końcu „spacyfikowali pytające osiołki” – „No to nie będzie basenu”… i cud… dalszych pytań nie było (widzę, że jeszcze muszę się trochę poduczyć „pedagogiki stosowanej”).
Oczywiście, nawet nie myśleliśmy o rezygnacji z odwiedzin „Gołębiewskiego” – to za duża frajda. Tego, co tam się działo nie trzeba opisywać – wie o tym chyba każdy rodzic, który zaprowadzi tam swoją pociechę. Poza tym czas minął bardzo szybko… jaka szkoda (używając ulubionego epitetu mojego kolegi, ks. Piotra)…
Tyle tylko, że nasza „młódź” podczas wodnych harców dojrzała do walki o kolejne ustępstwo – o odwiedzenie Mc Donald’s-a. Niby jedzenie nie najzdrowsze, ale… niedawno był Dzień Dziecka – OK… tym razem ustępujemy… ale żeby to było… przedostatni raz!!! Efekty… po dojechaniu do Jeleniej pan Ryszard wyskoczył z wozu małżonki jak „oparzony” i stwierdził: „Dalej jadę z księdzem” – po czym pani Ania dodała… „Ja też” (chyba tylko my zrozumiemy, co to znaczyło) – norrrrmalnie… „sodomja i gomorja”…
Sama „obiadokolacja” zszokowała nas totalnie – wydawało się, że największą porcję – ze zrozumiałych, choć z gruntu fałszywych przesłanek – zamówi „szeryf”. Tymczasem rekord „zawartości tacy” ustanowiła… Julka. Na widok tego, co przyniosła do stolika zrozumieliśmy, że określenie „Je jak wróbelek” nie jest wcale komplementem. No, a potem „szeryf” stwierdził, że zamówienie jest wyrazem fascynacji (zapewniam – wizualnej) „lilipucimi gabarytami szeryfa” i że Julka chce zmienić „transzę klasyfikacji z wagi muszej na wagę… sumo”. Taaaaaaaaaaaa… działo się…
Sam powrót w „srebrnej strzale” przebiegał w atmosferze „refleksyjno-technicznych dysput”, ale co działa się w „karetce małolata”… tego nie wiem… Wystarczy tylko fakt, że na zakończenie wypadu pani Ania podjechała pod plebanię z jedną prośbą: „Potrzebuję trochę kadzidła”.

Jak łatwo zauważyć było super, mimo niesprzyjającej pogody. To zasługa stałego zespołu „męczenników gór” i osób towarzyszących. W sumie dzisiaj przeszliśmy prawie 6 km – co w przeliczeniu z „licznika górskiego” na nizinny daje nam… ile, panie Ryszardzie…??? Wszystkim uczestnikom dzisiejszego wypadu gorąco dziękuje za wspaniałą atmosferę… i oczywiście zapraszam na kolejny szlak – pewnie już niedługo.        „szeryf”

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

PROBLEMY DAMSKIEJ TOALETY czyli… MUMINKI Z WŁÓCZYKIJEM W GÓRACH…

Autor: admin o 5. czerwca 2015

czyli… PROCESJA BIS…

czyli… KOLEJNA AKTUALIZACJA… OJEJ, CZESIU ZGUBIŁ SATELITKĘ…

czyli… DOPALACZE W AKCJI (vivat cukierki, kadzidło i… górskie powietrze)…

czyli… SOK Z GUMIJAGÓD…

czyli… HYMN GUMISIÓW…

czyli… TO JA SAMA WEJDĘ DO PRALKI…

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny naszego wypadu. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.
Czytających niech nie dziwi ta litania podtytułów. Zazwyczaj wystarczyła moja pamięć, by ogarnąć wielość „budujących treści” z kolejnego wypadu. Tym razem jednak było tyle wątków, że „procesor mi się zawiesił” i musiałem się posiłkować bardziej tradycyjną formą rejestracji – notatkami. Ale dzięki temu nie ominę najciekawszych momentów górskiego wypadu, który odbył się… po zakończeniu procesji Bożego Ciała [!!!] – 04.06.2015 roku. Jako, że pojawi się w opisie zjawisko „nadtlenienia”, być może po części stał się on efektem „przesłonecznienia” podczas procesji.

Tym razem skład nieco się zmienił. Do stałych „wędrowniczków” [Anna, Ryszard i Weronika Skowron, Dominika, Grzegorz i Nadia Szydło oraz Małgorzata Milewska] doszła (dopiero z nami „raczkująca”) „komunistka”, Julia Figurska [tu ukłon i podziękowanie dla Rodziców Julii, że mimo zaskoczenia zgodzili się na jej udział w wypadzie].

Początek trasy przebiegał spokojnie, nic nie zwiastowało „apokalipsy śmiechu”, która nastąpiła na trasie (ale nie uprzedzajmy faktów). Najpierw omówiliśmy wręczoną wczoraj naszym „komunistom” prezentację [przy okazji usłyszałem, że oglądaczy zdziwiła… zbyt mała ilość komentarzy!!!], potem sytuacja zaczęła się ożywiać, kiedy „granatowy krążownik szos” dał nam „powąchać zapach palonej gumy”. Zaczęła się więc swego rodzaju „rywalizacja”, której konsekwencją było „pełne przestrzeganie zasad ruchu drogowego” [dodajmy subiektywnie: z obu stron]. Widząc to nasze Panie [Anna i Małgosia] zaczęły się zastanawiać, czegóż to tam muszą słuchać (muza) [na razie cisza o cudownych cukierkach]. Tak dojechaliśmy do Jeleniej Góry.

Nie byłoby naszych wypadów, gdyby nie zjawisko „aktualizacji” – zmuszające do ciągłej czujności, tym razem wystawiło na próbę wiary Dominiki. Kiedy dowiedziała się na CPN-ie (obowiązkowy „deser” – vide: hot-dog), że nastąpiła zmiana planów – „jedziemy do Karpacza”… „Do Karpacza?!?!?! A miał być Wodospad!!!”… „A ja uwierzyłam…” [no tak, zaczynam obcować z „niewierzącymi”]. Przy okazji okazało się, że szkoda iż „Grześ-Pędziwiatr” nie ma CB radia – wtedy zaskoczenie byłoby mniejsze, choć z drugiej strony… słuchający naszego kanału mogliby dojść do – dla nas katastrofalnych – wniosków…

W Karpaczu okazało się, że „wiara” Dominiki miała swoje konkretne przełożenie na nasze dalsze plany – część uczestników nie dostosowała ciuchów do możliwości przewiana na Równi. Tak więc „Czesiu” zaczął szukać kontaktu z „satelitką”… i znalazł… EUREKA!!! PÓJDZIEMY SZLAKIEM ZIELONYM!!!

Nie jest on wcale taki łatwy. Po pierwsze wciąż pod górkę (i to dosyć stromo); po drugie – wszyscy napotykani turyści (a było ich dzisiaj w Karpaczu mnóstwo)… schodzili w dół… Jak tu się nie stresować, kiedy ci wypoczęci turyści patrzyli na nas „z życzliwością” i serdecznie pozdrawiali (brzmiało to trochę jak „Och, jak nam przykro, że to was spotkało…”). Później, znacznie później, Pani Ania przyznała, że to był właśnie kryzysowy etap jej dzisiejszej wędrówki.

Oczywiście, nie zabrakło pytań Shreka: „Daleko jeszcze???” i prób wykorzystania skałek na… chwilowe siedzisko, ale dorośli (na czele peletonu szli Dominika, Małgosia i Grzegorz) byli nieustępliwi. W tym właśnie momencie dzisiejszej wędrówki Weronika „rozbawiła nas do łez” pytaniem, skierowanym do „szeryfa”: „Dlaczego dzisiaj jest inaczej???… bo ksiądz idzie na końcu, a nie na początku…” – coś w tym musi być. Ta mordęga trwała do momentu dojścia do Doliny Pląsawy, gdzie w końcu mogliśmy na dłuższą chwilę odetchnąć. Pojawiły się myśli i słowa „destrukcyjne”: „Weronika!!! Nie wyskakuj za barierki… nie umiesz fruwać…”, „Ja dalej nie idę…!!!”, etc. Niestety, oprócz dobrego słowa i lekkiego wzmocnienia nie otrzymaliśmy nic więcej [a liczyliśmy na „podwózkę”]. Padło hasło: „Dosyć tego smęcenia… idziemy dalej”.

Nadal w czołówce peletonu był wymieniony wyżej tercet; jednak od pewnego momentu dystans zaczął skracać „szeryf” i wtedy stało się jasne – koniec szlaku jest już blisko. Niestety – dla „szeryfa” – Dominika i Małgosia zorientowały się w podstępnym planie i nie dały się wyprzedzić. Tak więc zwycięzcą byli oni; pozostali zajęli miejsca poza podium [ale przecież tak naprawdę liczył się fakt dojścia do tego miejsca i… zachowania dobrego humoru]. Rzeczywiście, nadal go mieliśmy – szczególnie po małym co nieco na Polanie. Tylko lekkim niepokojem napełniła nas „narada głów klanów”, którzy coś tam, z tajemniczymi uśmiechami, ustalali. „To mi się wcale nie podoba” – solidaryzowaliśmy się z tym oświadczeniem Pani Ani.

Okazało się, że narada dotyczyła dalszego ciągu naszej marszruty – Panowie po dojściu do konsensusu zaproponowali, abyśmy „ruszyli czcigodne członki” i z ambicją ruszyli dalej. Taaaa… z ambicją…!!! „Ja dzwonię po mamę” – odpowiedziała na to Julia, ale w końcu… ambicja okazała się silniejsza.

Początek tej części był nawet lightowy – sporo odcinków z górki i po terenie płaskim. Tylko, że część z nas pamiętała stwierdzenie „szeryfa”: „Skoro jest z górki to znaczy, że zaraz będzie…”. I tak się stało, kiedy ze szlaku turystycznego zeszliśmy na zielony – na tzw. „szlak kozic”. „To znaczy, że ja tu zostanę kozą?” – zapytała Julia. „Nie… to znaczy, że zaraz zaczniesz skakać z kamienia na kamień jak rasowa kozica” – padła odpowiedź.

„Skakanie” okazało się całkiem całkiem – do takiego stopnia, że kiedy spotkaliśmy się z naszymi paparazzi koło Domku Myśliwskiego, zaproponowaliśmy wysłuchanie pierwszej zwrotki „poleczki muminka” [a wywołała ją „saga pieśni dziecięcej” w wykonaniu naszych małolatów: Star Wars, Kubuś Puchatek, „Gdzie strumyk płynie z wolna” (tu tylko nie zgadzał się miesiąc) i innych]. Podobała się z pewnością, tylko próbowaliśmy potem rozgryźć co znaczyło pytanie: „Dziewczyny, co wyście wąchały?”. Ale stawało się coraz weselej.

Dzięki temu dojście do Polany (czyli kółeczko) poszło całkiem sprawnie. Oczywiście czołówka wkrótce zniknęła nam z pola widzenia, ale… to przez tę „damską toaletę” i „włóczykija” [a’propos „włóczykija” dowiedzieliśmy się wkrótce o próbach zdewastowania Karkonoskiego Parku Narodowego… i to przez Panią Dominikę: „Te kije nadają się najlepiej”]. . Nie da się poznać myśli naszych panów, ale… miny mieli nietęgie, kiedy tłumaczyłyśmy, że „to on… to włóczykij… to on prowadził nasze muminki… to wszystko przez niego: ten tłok [„W damskiej toalecie jest zawsze większa kolejka”] i awaria w damskiej toalecie [na szlaku?!?!?!]… i brak papieru toaletowego i wody w spłuczce…”. Mówiłyśmy oczywiście o wiele więcej, ale nasz „rejestrator” nie wziął (Bogu dzięki) dyktafonu. W odpowiedzi powtórzono: „Dziewczyny, co wyście wąchały?… Ano… górskie powietrze”. „Czy to możliwe, żeby to aż tak zadziałało?” – zdawały się pytać zaniepokojone spojrzenia naszych panów.

Wyjście z Polany podzieliło nas trochę na trzy grupy: Pana Grzegorza (który pomknął z „prędkością światła”; Panią Małgosię i „szeryfa” [którzy pozostali przy „prędkości dźwięku”] oraz nas, które hałasowałyśmy niewąsko. Pan Ryszard robił za „łącznika” – przekazując najczęściej informacje o tym, co dzieje się w „szalonych tyłach”. Kiedy więc doszliśmy do Świątyni Wang, nasi Panowie zdołali się trochę pozbierać po szoku i komentując nasze „Tak działa górskie powietrze” zapytali: „To czemu my tak nie mamy”. Chwila zastanowienia i… eureka!!!!!!!!!!!!!… „To przez to kadzidło… tak… z pewnością one jest tu winne… i oczywiście włóczykij…” – ha ha ha!!!!!!!!!!!!

Krótki postój, próba naciągnięcia Rodziców na zakupy i… w końcu wracamy do samochodów. Tym razem niekwestionowanym liderem peletonu okazał się „szeryf”.

Mimo, iż w „muminkowych planach” był jeszcze „dmuchawiec”, nasi kierowcy okazali się „istotami bez serca” i zawieźli nas prosto na rybkę. Cóż… „life is brutal…”.

Zazwyczaj w smażalni zajmujemy się jedzeniem – tym razem jednak było inaczej. Podczas oczekiwania na numery od pierwszego wzwyż [„Kurczę… ten głód rzuca mi się na… pamięć.. był już numer pierwszy?…”] dowiedzieliśmy się przy stole, że:

  • Julia lubi pływać [„Mam teraz ochotę wskoczyć do wody”] J
  • określenie „głupawka” jest zbyt radykalne i nieadekwatne do naszego stanu ducha J
  • Pani Małgosia to tak naprawdę Bunia [„To ona ten sok z gumijagód zrobiła… to ona jest wszystkiemu winna!!!”] – „To jutro sok z gumijagód… i przez płot…” J
  • Muminki muszą mieć siły, aby dociągnąć do Lubania… „włóczykija” J
  • Pan Ryszard jest specjalistą od bajek J
  • „My to Muminki, a oni… to Gumisie” [„Dlatego tak szybko schodzili… – W plecaku mają przecież „soczek gumisiowy”] J
  • Cukierki też mają swoje uboczne działanie („daj jeszcze jednego”) J
  • Są wśród nas „specjaliści od prania”: „Najpierw cię namoczę…” *** „Ale bez wirowania, proszę…” *** „Ja cię kręcę… najpierw zamoczyć mnie chciałeś, a teraz kręcić?!?! – to ja sama wejdę do pralki…” J
  • Przed napisaniem relacji nasz „szeryf” musi wziąć „nocne korepetycje z bajek” 9Bo umknęło mu coś z dzieciństwa) J

 

Podczas konsumpcji powstały także kolejne zwrotki „Hymnu Muminków” – przypomnijmy sobie więc jego melodię i zaśpiewajmy:

 

Muminki z radości skaczą

Gdy księdza Janusza w górach zobaczą

         Muminkiiiiiii ……………….

Ofiary wędrówki

Podeptały wszystkie mrówki

         Muminkiiiiiii ……………….

Czy daleko jeszcze?

Bo spadają na nas kleszcze

         Muminkiiiiiii ……………….

Wycieczka skończona

Na rybkę już pora

         Muminkiiiiiii ……………….

Nic nie może przecież wiecznie trwać

Do domu pora już wracać

         Muminkiiiiiii ……………….

 

W końcu ruszyliśmy z powrotem. Atmosfera w „srebrnej strzale” po prostu „zadymiasta”. Pan Ryszard i „szeryf” postanowili po powrocie „przetestować” jednak to kadzidło, natomiast kierowcy odmówiono poczęstunku „czarodziejskim cukiereczkiem”. Utrzymaliśmy się na pasie ruchu, ale zagrożenie… było całkiem realne. Do tego rozmowy telefoniczne, z których najpierw wynikło, że skład „granatowego krążownika szos” podążył na… Śnieżkę, a później przekomarzanie się odnośnie cukierków („Zostaw coś dla nas, bo nam już mija… nie zjedz wszystkiego…!!!… rzuć je przez okno w naszą stronę, może złapiemy…”) i „poważnej nocnej rozmowy” (tych tekstów wolę nie cytować). Tuż przed Lubaniem dogonił nas „granatowy” (choć lakier był jakby bledszy – czyżby z wrażenia?). Zaczęło się machanie i powstał jeden problem – w którym momencie zaczynają się Księginki… „bo tu już trzeba będzie zachować odrobinę powagi” [to raczej niemożliwe – uwaga kierowcy].

Jeszcze wysadziliśmy Julię (nie, nie… nie używaliśmy środków pirotechnicznych) i zrobiliśmy mały maraton Pani Marcie, a potem…. Hajda na plac przy kościele. I tutaj dokonał się GRANDE FINALE – odśpiewany i odtańczony „Hymn Muminków”, który został zarejestrowany i… będzie podany do publicznej wiadomości. Wrażenie jest… „porażające” – i dobrze, bo dzisiejsza trasa zwykłą na pewno nie była.

 

Dziękując uczestnikom wypadu pragnę poinformować czytelników, że ewentualne komentarze sprzeczne z powyższą relacją są zwykłą „ściemą” – zwłaszcza te o „oddechu naszej szkapy”, przepisach drogowych i tego typu. Jednocześnie zainteresowanych „czarodziejskimi cukierkami” muszę zmartwić – nasze Panie postanowiły jutro wykupić cały lubański zapas i… zacząć dealować.  🙂

Napisany w wycieczki | 4 komentarze »

DZISIAJ EKSTREMALNIE czyli…

Autor: admin o 18. maja 2015

GPS koniecznie potrzebny…

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu wypadu. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Wczorajszy wypad zaowocował inicjatywą powtórzenia szlaku, w nieco odmiennym składzie – tym razem miał mi towarzyszyć Boguś, zaś zamysłem było „wydłużenie” trasy, która… pozostawiała u dotychczasowych uczestników „pewien niedosyt”. Zamysł zamysłem, a życie… to skutecznie koryguje. Dzisiaj byłem tego naocznym świadkiem.
Wyruszyliśmy oczywiście z parkingu przy „ogrodzie japońskim”. Początek trasy był jak wczoraj, więc nie warto specjalnie go opisywać. „Przygoda” zaczęła się z chwilą minięcia zejścia na szlak żółty. Sądziłem, że dalszy ciąg trasy doprowadzi nas (z pewnym nadrobieniem kilometrażu) do miejsca zejścia ze wspomnianego szlaku. Niestety, tym razem nie poszło tak łatwo. Przede wszystkim zaczęły się rozjazdy i trzeba było wybierać te, które prowadziły (według mojego „wewnętrznego kompasu”) w stronę Wodospadu. Niestety, w tym terenie chyba grawitacja trochę się huśtała”, bo zamiast trafić na oczekiwane zejście doszliśmy do jakiegoś, trochę opuszczonego, locum, którego bronił „ostry pies” (o czym ostrzegała tabliczka).
Mimo chęci poznawczej nie zaryzykowaliśmy i poszliśmy trasą, którą wskazał Boguś [to Jego wina], a którą kiedyś (pewnie w epoce kamienia łupanego) ktoś przejeżdżał, ale… w końcu doszliśmy do potoku Podgórnej i szlak po prostu się skończył. Tu właśnie pojawiło się pytanie: „Gdzie właściwie jesteśmy” i duchowa prośba: „GPS pilnie potrzebny”. Pozostała alternatywa: albo wracamy (a nie da się ukryć, czekała nas wtedy nielicha wspinaczka), albo… idziemy wzdłuż potoku licząc trochę na łut szczęścia.
Początek „śledzenia nurtu potoku” był całkiem zabawny, ale w pewnym momencie doszliśmy do miejsca, gdzie pójście dalej stało się niemożliwe. I wtedy mój „całkiem poważny kolega” Boguś zaproponował: „Przejdźmy na drugą stronę”. OK, kamienie przez potok były, ale… jak mam to zrobić ja, który lubię chodzić, ale z kozicami wziąłem rozbrat w ubiegłym stuleciu. Jak było, tak było – fotek nie ma (więc „obciachu” też). Jakoś przeszedłem na drugi brzeg i podjęliśmy „marsz przetrwania”.
Nie było źle, tylko, że w pewnym momencie znowu stanęliśmy przed „okrutną alternatywą” – idziemy jakimś starym szlakiem w lewo (co nie zgadzało się z moją lokalizacją Wodospadu), albo… znowu dyslokujemy się na drugą stronę potoku (tym razem po zerwanym mostku). Muszę być obiektywny, Boguś z wielkim zaangażowanie sprawdził stabilność mostka i po Jego zapewnieniach postanowiłem… znowu zsunąć się ze skał (proszę bez śmiechu – to nie takie proste, kiedy się ma 18 lat +… i parę kilo nadwagi).
Stary, trochę zarośnięty szlak, był naprawdę piękny. Wprawdzie moje trawniki (regularnie koszone) są moją chlubą, ale towarzysząca nam zieleń po prostu… zapychała dech w piersiach. Boguś stwierdził, że Małżonka (Iwonka – ukłony!!!) tu chciałaby trochę dłużej „popasać” [proszę tego nie kojarzyć ze „zdrową żywnością”].
W tym momencie dotychczasowa niepewność rozwiała się, jako że wkrótce trafiliśmy na szlak, który już znałem i wkrótce dotarliśmy do Wodospadu. Tu Boguś popróbował tzw. „skoków podskałkowych” (co wyglądało bardzo efektownie – patrz fotki)Jako, że pogoda dzisiaj była rewelacyjna, sam widok Wodospadu skłonił nas do nostalgii, którą po kilku minutach przerwał turysta, który postanowił się przejść, aby… się wykąpać. Brrr… woda lodowata, a ten… nawet nie wrzasnął. Liczyliśmy mu czas, ale po 10 minutach spasowałem i zaproponowałem: „Idźmy dalej”.
Samo dojście do momentu wczorajszej drugiej „aktualizacji” minął spokojnie (choć spotkaliśmy potencjalnych kolejnych adeptów „gorących kąpieli” pod Wodospadem). I tu zaczęło się podejście. Nie będę ukrywał – Boguś chyba z grzeczności trochę zwalniał, a i tak po dojściu do asfaltu postanowiliśmy uciąć sobie kilka minut „opalania” na sławetnej (wczoraj) ławeczce. Kilka minut zamieniło się w ponad dziesiątkę, więc w końcu zebrałem się w sobie i rzuciłem: „Albo wstajemy, albo uśniemy… a co pomyślą o dwóch śpiących facetach na ławeczce turyści… o zgrozo!!!”.
Dojście do parkingu (mimo dosyć stromego odcinka) był spokojny – przynajmniej dla mnie [wiedziałem, że kres „udręki” już blisko]. Jako, że pogoda była rewelacyjna, postanowiliśmy w nagrodę za dojście tutaj zażyć „słonecznej kąpieli” i przez prawie 20 minut wołaliśmy do słoneczka: „Kiss me”. Ale nawet to musiało znaleźć swój kres. „Albo wstajemy, albo wrócimy… około północy” – to przemówiło do nas obu. I tak właśnie zakończył się ten „ekstremalny wypad”.
Dzięki Bogusiowi zaznałem, już prawie zapomnianej, frajdy zdobywania „tras kozic”. Za to i za fajna atmosferę wędrówki SERDECZNE DZIĘKI. Jednocześnie spieszę uspokoić – na tę trasę nie pójdziemy z dzieciakami, a jeśli w ogóle… to na wyraźne życzenie „towarzystwa”, po wcześniejszym spisaniu testamentów.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Aktualizacja czyli… depnij pan mocniej w ten pedał…

Autor: admin o 17. maja 2015

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanej niżej wędrówki. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Tytuł brzmi abstrakcyjnie, ale w tekście wszystko się wyjaśni. Najpierw przedstawienie opisywanej sytuacji…
Wyszło na to, że poprzedni opis „samotnej” wyprawy w rejon Wodospadu Podgórnej „podgrzał” atmosferę i dzięki temu już w sobotę było wiadomo, że popróbujemy go w marszu zespołowym. Oczywiście, pewnym problemem była tu pogoda, która nie mogła się zdecydować – niż czy wyż, deszcz czy słoneczko. Jednak już w niedzielne przedpołudnie (17.05.2015 r.) uformowała się grupa osób, chcących wziąć udział w kolejnym niedzielnym „aktywnym wypoczynku”. Było nas w sumie 7 osób – „weterani” [czyli pan Ryszard i „szeryf”]; „dynamiczni sezonowi piechociarze” [panie: Kasia i Małgosia] oraz „nowicjusze” (oczywiście naszych wspólnych wypadów, a nie w ogóle…) [Natalia Łapko, Krystyna i Rafał Wyspiańscy]. Wypad postanowiliśmy rozpocząć o godz. 13:30 – przy czym wiele zależało od pogody i od… naszej determinacji.
Już początek trasy był wskazówką, że będzie ciekawie. Najpierw jazda „żółwim tempem” do Jeleniej (gdzie pogoda poprawiła się zdecydowanie), potem trochę „samochodowego slalomu” ulicami miasta i oto jesteśmy w Podgórnej. Trudno mi opisać teksty i reakcje w „czerwonym rydwanie”, ale znamienne stały się słowa na postoju w CPN: „Kurczę, od tej wolnej jazdy to mi lakier zwiało…”. Co do „srebrnej strzały” jechaliśmy w bardzo „pedagogicznych” nastrojach – przez cała drogę „omawialiśmy” naszą Scholę [ale się naszym biednym dziewuszkom czkało].
W Podgórnej trafiliśmy na rajd, którego trasa kolidowała z naszą. Prowadzący „szeryf” zlekceważył „umundurowaną postać” (dobrze, że to nie kosmita – bo to teraz takie modne), traktując ją jako „stopowicza na przepustce”. Jednak postawa „stróża rajdowego porządku” była na tyle emocjonalna, że… o mało co dwa nasze „krążowniki szos” byłyby się nieco „wycałowały”. Ale, Bogu dzięki, pani Kasia miała refleks (no, i doniosły klakson) – w ten sposób pozostaliśmy w pewnym dystansie od siebie [a’propos… okazało się, że strażnik pilnował nie zakłócania trasy rajdu, ale okazało się, że do zjazdu mamy tak blisko, że zdążymy przed cyklistami].
Piszący te słowa pamiętał, jaki był poprzedni podjazd do „Ogrodu japońskiego” [rodem z Ursusa – i to z lat 60-tych]. Tym razem jednak „srebrna strzała” dała z siebie wszystko i nie było „siary”.
Zaczynamy nasze podejście. Początek trasy miał nas nieco zmiękczyć – nie żeby stromizna, ale jednak cały czas pod górkę. Nikomu to chyba jednak nie przeszkadzało, bo teren był tak urokliwy, że trudno było zajmować się takim „drobiazgiem”, jak kilka stopni podnoszenia terenu. Poza tym… co tu będziemy kryć… byliśmy nakarmieni i wypoczęci…
Tak więc początek był raczej spokojny; nie niepokoił nas nawet zbytnio „wypadowy paparazzi”. Do tego pogoda poprawiła się zdecydowanie – słońce operowało tak intensywnie, że tylko nieliczni cieszyli się z tego faktu.
Było kilka „górek” i sporo „zejść” – co „szeryf” kwitował krótkim: „Wiecie, co to oznacza?… że zaraz będzie pod górkę”. I faktycznie było. Nie to nas jednak martwiło – „szeryf” zaczął napomykać o „aktualizacji”, a weterani doskonale wiedzieli, co to oznacza. Ale nadal było bardzo lightowo.
Dojście do wodospadu i przejście szlakiem tuż nad nim był rewelacją – faktycznie, nasz poprzedni wypad w to miejsce był jednak dużo skromniejszy, jeśli chodzi o doznania estetyczne. Ciekawe widoczki, oczywiście sporo fotek i dzielna postawa wszystkim uczestników – to spowodowało, że u podnóża wodospadu stanęliśmy w doskonałych nastrojach. I nie zmieniła tego dalsza część szlaku [tylko ten niepokojący wyraz twarzy „szeryfa”…].
Już od samego początku grupa podzieliła się na dwie części – na osoby, które szły raczej spacerowo oraz na tzw. „czołówkę”. Jako, że momentami dzieliła nas dosyć spora odległość, „peleton” nie był świadomy, że w momencie dochodzenia do końca podejścia pod wodospad w „czołówce” nastąpił świadomy „zamach stanu” na wolność naszych wyborów. Oto (bez konsultacji czy referendum!!!) „szeryf” skierował nas w lewo, na drogę dojazdową. W „peletonie” nikt się nawet nie domyślił, że to była dzisiejsza pierwsza „aktualizacja”, z której słynie nasz przewodnik. Ale że i nastroje i kondycja dopisywały, więc… tym razem wybaczamy… ale żeby to było przedostatni raz…
Odstępy między „peletonem” a „czołówką” oczywiście nie powodowały braku komunikacji – co pewien czas „szeryf” komunikował, że ma dwie wiadomości… „dobrą i złą’. I właśnie po dojściu do mostka pani Kasia usłyszała, że tą dobrą wiadomością jest to, że zaraz zrobi się nizinnie; złą natomiast stało się zaproszenie do „włączenia biegów górskich” (a co to my, „górale” jesteśmy?). Niestety, faktycznie okazało się, że wejście na całkiem lightowy szlak wymagał dosyć ostrego podejścia, ale… wciąż byliśmy w świetnej kondycji (nawet niektórzy zaczęli sugerować, że „albo szlak jest zbyt łatwy, albo ich kondycja jest za dobra”… „no, gdzie to zmęczenie?!?!?”). Upublicznienie tych obaw spowodowało natychmiastową odpowiedź „szeryfa”: „Spokojnie, zaraz poczujecie…” – czyżby jakaś fabryka perfum na trasie???
Niestety, owo „poczujecie” nie dotyczyło zmysłu węchu, a kończyn dolnych, które zostały narażone na solidne przeciążenia. Nikt nie doznał wprawdzie trwałego uszczerbku, ale… pojawił się znajomy oddech „naszej szkapy” (z ostatniego rozdziału). Chwila odpoczynku, jeszcze jeden „świeży oddech” pani Kasi i – zapewnieni, że teraz „to już z górki” – ruszyliśmy przed siebie. Miało być lightowo i „z górki” – przewodnikowi pomyliły się chyba jednak określenia, bo ta lightowa trasa zaowocowała… ciśnieniem, grożącym u niektórych wylewem. Ale trzeba przyznać, że wszyscy doszli w dobrym tempie i po krótkim oddechu przy ogrodzie japońskim wrócił także świetny humor (nie mylić jednak z „głupawą”). I to właśnie tu, na (jak planowaliśmy) końcowym postoju ponownie objawiła się ona… „apokalipsa naszych tras”… AKTUALIZACJA!!!!
W sumie byliśmy z niej zadowoleni, bo trasę zrobiliśmy w dobrym czasie i większość czuła pewien niedosyt. Poinformowany o tym „szeryf” zgodził się, że trzeba coś z tym zrobić i zaproponował… dyslokację do Karpacza. OK… my się zgadzamy…
I właśnie w tym momencie czytelnik tej relacji zrozumie, co oznacza drugi człon tytułu wpisu. Okazało się bowiem, że jadąc do Karpacza trafiliśmy na kolejny etap rajdu, co spowodowało, że przez kilka kilometrów jechaliśmy zaledwie 12 km/h. To właśnie w tym momencie pojawiły się u „szeryfa” pierwsze przebłyski „głupawy” i teksty typu: „No, posuwaj bracie szybciej”. Nie było dobrze, ale nie było też tragicznie – dzielni kolarze pod górkę wprawdzie pełzali, ale za to z górki… próba nadążenia groziła zerwaniem lakieru. I tak, trochę pełzając, trochę z „prędkością światła” dojechaliśmy do Karpacza.
Mimo, że w Karpaczu trudno o bezpłatny parking, znaleźliśmy go bez trudu i padło hasło: „No to w drogę”. Ciekawe, czegóż tutaj doświadczymy…
Początek był frajdą i łatwizną – z górki, dosyć łagodnie i do tego miejsce anomalii magnetycznych. Nogi same chciały pracować. Potem weszliśmy na szlak, który w czasie jednego z poprzednich wypadów został nazwany „odcinkiem głupawy” – to tu pan Ryszard chciał nam pokazać, jak szusować po śniegu. Teraz śniegu nie było, więc nie było też głupawy. Pojawiły się jednak obawy: my jednak wciąż idziemy w dół, a to oznacza, że…
Przy CPN-ie tradycyjny postój na odrobinę kofeiny, tradycyjnego hot-doga i… maleńką wizytę w „miejscu relaksującym”… i ruszamy dalej. „Szeryf” poprowadził nas najpierw do zapory. Fakt, widoczki niezłe, tylko że ważniejszym stały się obawy… „kiedy nastąpi to pod górkę”??? Nie musieliśmy długo czekać. Najpierw krótkie, choć nieco ostre podejście do Centrum Pulmunologii. Tu chwila kontemplowania panoramy Śnieżki i zaproszenie: „Proszę Państwa!!! Ruszamy dalej!!!”. To „dalej” okazało się „morderczą trasą” rodem ze „szkoły przetrwania” – nie dosyć, że cały czas pod górkę, to jeszcze wredne słońce przeniosło się nad Jelenią Górę, zaczęło wiać, a do tego pojawiające się „mobilki” zmuszały nas do szukania ratunku na krawężnikach (co to my, „krawężniki” jesteśmy?!?!?). „Droga przez mękę” trwała prawie 30 minut, ale w końcu zobaczyliśmy „Gołębiewskiego” – niestety, nie wzięliśmy ze sobą strojów, więc nie będzie sauny i tego typu atrakcji.
W tym miejscu nastąpiło pewne zwolnienie tempa i – po konsultacji – trójka „niezwyciężonych” postanowiła samodzielnie zdobyć „karpacki Mount Everest” czyli… podejście do parkingu i stąd zjechać po resztę „wędrowniczej braci”. Piszący te słowa nie miał wprawdzie przy sobie pulsometru, ale tętno przy dojściu do samochodu przypominało… młot pneumatyczny.
Zgodnie z planami zabraliśmy pozostałych pasażerów i… zgodnie z tradycją ruszyliśmy „na rybkę”. Choć apetyty dopisywały okazało się, że „U Rybaka” trzeba zamawiać porcje „mikroskopijne”, żeby dać radę je skonsumować bez brania czegoś na wynos. No, ale większość dała sobie jakoś radę z pyszniutką rybką i – po ponownej „wentylacji płuc” pani Kasi – ruszyliśmy do domu.
Znowu, trudno mi opisać, co się działo w „czerwonym rydwanie”, ale w „srebrnej strzale” atmosfera była bardzo kreatywna. W sumie przez czas podróży zdążyli ułożyć naszej Scholi harmonogram śpiewów i poznawanych tekstów na co najmniej dekadę. Było kreatywnie, ale i nieco sennie – w końcu „rybka działała”… ale uwaga… kierowco… nie ziewamy… nie śpimy…

Czas na podsumowanie. „Aktualizacje” stały się swoistą tradycją naszych wypadów. Dzięki znajomości szlaków tego rejonu mogę je w ostatniej chwili zmieniać i wydaje mi się, że dodaje to naszym wypadom atrakcyjności. Cieszę się, że na dzisiejszy wypad zdecydowało się tyle osób, a tym, którzy „zwątpili” powiem jedno… ŻAŁUJCIE!!! Dziękują za wspaniałą, pełną humoru i dobrego luzu atmosferę i oczywiście… zapraszam za tydzień – tym razem na Równię.

Pozdrawiam   ks. Janusz

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »