Blog J.B.

Archiwum: 'wycieczki' Kategorie

Nocne zapiski szeryfa 2012

Autor: admin o 24. Styczeń 2012

Oficjalne sprawozdanie z przebiegu zimowiska można pobrać Z TEGO MIEJSCA

KILKA UWAG TECHNICZNYCH: zamieszczone niżej fotki są prezentacją, którą można ustawić na autoodtwarzanie lub odtwarzać poszczególne zdjęcia ręcznie. Służy temu panel w dolnej części ekranu, aktywizowany po wejściu w to miejsce kursorem. Niżej zostaną umieszczone linki do albumów poszczególnych dni – abyście Państwo mogli pobrać fotki swoich Pociech (zdjęcia są w formacie 1024×680). Oczywiście liczę na komentarze – tak do zdjęć, jak i do opisu[o ile oczywiście znajdą się tacy odważni, którzy do niego sięgną] . Oto linki – kliknięcie w ikonę przekierowuje automatycznie na galerię foto [można z niej pobrać wybrane zdjęcia]:

Zimowisko’2012_1
Zimowisko’2012_2
Zimowisko’2012_3
Zimowisko’2012_4

Zimowisko’2012_5
Zimowisko’2012_6

Zimowisko’2012_7

PRZYGOTOWANIA

„Życia nie liczy się ilością oddechów, ale liczbą chwil, które oddech wstrzymują…” – te słowa, wypowiedziane podczas jednego ze spotkań wigilijnych, stały się także myślą przewodnią kolejnego – XVII organizowanego przez ks. Janusza, a V zainicjowanego w Lubaniu – zimowiska. Podobnie, jak w latach ubiegłych, przygotowanie tygodniowego wyjazdu wymagało wielu przygotowań – świadectwem ich oraz przebiegu jest niniejsza mega-relacja, która [wzorem roku ubiegłego] została zatytułowana „NOCNE ZAPISKI SZERYFA” (to ostatnie jest efektem mianowania mnie „szeryfem” przez Scholę EDEN podczas tegorocznych imienin).

DZIEŃ 1 – 22.01.2012 roku {niedziela}

Tegoroczny wyjazd rozpoczęła najwcześniej grupa bogatyńska, która wyruszyła na szlak o godz. 14:30 – być może dlatego zajechała do Lubania nieco „zmęczona”. Po krótkich powitaniach „starych znajomych” ruszyliśmy dalej, przy czym „eskortująca” nasz autobus „srebrna strzała szeryfa” ledwie nadążała na zakrętach (czyżby „Mistrz kierownicy ucieka 3”?). Kierowca chciał nas chyba uchronić od podróżnej nudy – do Ściegien zajechaliśmy bowiem w nieco ponad 45 minut (czyli taka jakby lekcja…).

Tradycyjnie pierwszym krokiem po przyjeździe jest… wniesienie do szkoły bagaży. I tu zaczęły się „schody” – okazało się bowiem, że bagaże połowy kolonistów znacznie przekraczały… wagę ich ciała. Dobrze, że byli nasi szarmanccy chłopcy oraz Pan Dyrektor, którzy pomogli te niesamowite ciężary wtaszczyć na II piętro [choć z drugiej strony dobrze, że nikt nie żądał dodatku za „uciążliwe warunki pracy”]. Kiedy już uspokoiły się oddechy, nasze dziewuszki zaczęły przystosowywać sale do swoich oczekiwań – momentami było to nawet zabawne, kiedy żywy „metr z hakiem” zmagał się z ponad 1,5-metrową poszwą. No, ale Polki są zdolne do wszystkiego – więc jeszcze przed apelem sale lekcyjne przybrały postać zbiorowych sypialni.

Prowadzony przez „szeryfa” apel przypomniał o podstawowych zasadach bezpiecznego udziału w zimowisku. Trochę się krzywiliśmy na kwestię zakazu napojów gazowanych czy tzw. ciszy nocnej, ale cóż… „na władzę nie poradzę”.

Stare porzekadło mówi, że „Polak głodny to zły” – aby więc zwieńczeniem apelu nie był zły nastrój, Kadra zaprosiła nas na pyszną kolację [dodam – bardzo urozmaiconą, jako że na wspólnym stole pojawiły się wiktuały przygotowane przez naszych Rodziców. Zabrakło chyba tylko owoców morza]. Konsumpcja przeszła wszelkie oczekiwania, ale nie dała rady trosce Rodziców – po „zaciętej walce ze spożywką” pozostało na tyle dużo towaru, że lodówka była przepełniona /”kiedy my to zjemy?!?!?!?”/.

Tegoroczne zimowisko zgromadziło sporo „starych znajomych”, mających czasem kilkuletni „staż zimowiskowy”. Pojawiło się jednak kilka nowych twarzy – stąd też nadal bardzo aktualnym okazało się spotkanie ułatwiające zapamiętanie naszych imion [no, niech ktoś od tej chwili zaryzykuje zawołanie „Ej, ty!”]. To, pożyteczne skąd inąd, ćwiczenie przebiegło w bardzo fajnej atmosferze – wprowadzającej nas w klimat, rozpoczynającej się po jego zakończeniu, zabawy inaugurującej ZIMOWISKO ŚCIEGNY’2012. Klimat ten podkreśliła także wizualizacja sali, która na chwilę wstrzymała nasze oddechy ze zdziwienia. „Biegające” po ścianach buźki, serduszka i kropki tworzyły wyjątkową atmosferę – trudno się więc dziwić, że i sama zabawa zaczęła się od samego początku wspaniałym „ubawem”. Pomogła także muzyka, dostarczona przez nas – przy niej najlepiej nam się bawić.

Zabawa miała swój ciekawy moment – mimo, iż Pidżama Party było przewidziane na termin późniejszy, nasze najmłodsze dziewuszki postanowiły zrobić wcześniejszą „próbę generalną”. Hmmm… wyszło nawet ciekawie – zobaczymy, jak będzie podczas „pidżamowej gali” [najsympatyczniej zaprezentowali się chłopcy, którzy przemykali się między „babińcem” jakby pod ostrzałem – a wszystko po to, aby otrzymać „honorową odznakę ściegieńskiego trapera” czyli… zimowiskowy znaczek].

Poprzednie relacje kończyło zawsze utyskiwanie na jeden z wieczornych negatywów zimowiska – problem ciszy nocne [oj, były już nawet „nocne Polek biegi”]. Tym razem jednak Kadra stwierdza jednoznacznie – CISZA NOCNA NIE SPRAWIŁA WIĘKSZYCH PROBLEMÓW!!! [Fakt, nasza młodzieżówka podjęła próbę „nocnej dyskusji”, ale… w sumie było nieźle].

Niech to będzie dobry znak na dalszy ciąg naszego wypoczynku – tym bardziej, że na znaczku widnieją słowa: „Z Tobą jest super!!!”.

DZIEŃ 2 23.01.2012 roku {poniedziałek}

Muszę przyznać, że przejście z dnia pierwszego w drugi nastąpił u mnie „płynnie” – nie wiem, kiedy zapadłem w „ciężki zimowy sen misia”. W każdym razie dobrze, że zadziałał instynkt (w tym przypadku rozbudzony przez „śmiech wściekłej krówki” z komórki). Mimo iż serce wołało „Nieeee!!!!”, umysł zadecydował: „Dosyć kimania – czas do roboty!!!” [i to nie byle jakiej, bo przecież trzeba wykorzystać element zaskoczenia – zwłaszcza „zimowiskowych debiutantów”, którzy nie byli jeszcze zorientowani, co kryje się pod określeniem „nocnej sesji foto”]. Część dzieciaków była oczywiście przygotowana (co nie zmienia faktu, że „łóżkowe fotki” wyszły bardzo przekonująco) – nasze „kociaki” natomiast przeżyły ciężkie chwili „dostając luksami po oczach”.

Samo w sobie było to chyba lepsze niż pobudkowy gwizdek – zanim zabrzmiał, większa część kolonistów była już na nogach (choć przyjmowany z niechęcią „pion” nie był za bardzo przekonujący). Pomogło to jakoś przeżyć „ciężkie sadystyczne doświadczenie” czyli gimnastykę poranną. Dzisiaj – pod nieobecność „pół-Kadry” zajęcia poprowadzili „ochotnicy” [łatwo było to zauważyć, słysząc sakramentalne: „Dlaczego ja???”]. Zakończone „Kaczuchami” zajęcia wycisnęły z nas „ostatnie poty”, które zmyliśmy przygotowując się do wyjścia na mszę.

Uprzedzeni podczas wczorajszego apelu stanęliśmy w pełnym „rynsztunku Jasia-wędrowniczka” o przewidzianej porze, dzięki czemu do kościoła doszliśmy we właściwym momencie. Nasz najstarszy kolonista, Michał, otrzymał na czas wędrówki prerogatywy „stróża porządku” [blokując skutecznie główne skrzyżowanie Ściegien – cóż, ja jadąc też bym się zatrzymał].

Po krótkiej wspólnotowej modlitwie rozpoczęła się Eucharystia – dzisiaj koncelebrowana w towarzystwie księdza z Zakopanego. Była… hmmm… nieco „milcząca” – może dlatego, że pierwsza; a może po nocnych doświadczeniach, nasz śpiew był nieco „wytłumiony” (ale nic to, jutro będzie lepiej). W kazaniu próbowaliśmy odpowiedzieć na wnikliwe pytania „szeryfa”, po co na zimowisku codzienna msza [bardzo szybko, pamiętając słowa Ewangelii, doszliśmy do wniosku, że podstawa naszego udziału w liturgii – słowa „proszę – dziękuję – przepraszam” oczyszczają nas, nastrajając nas do współpracy, dzięki której zimowisko to czas radosnego odpoczynku nie tylko dla nas, ale i dla Kadry]. „Gwoździem” mszy okazało się dziękczynienie po komunii, kiedy „szeryf” postanowił nas rozruszać, wydobywając nie tylko głośniejszy, ale i fajniej brzmiący śpiew odpowiedzi w piosence „Hej Jezu” (trochę zabawnym były próby zmieszczenia się pod przyciasnawym pasem gitarowym naszego „szczupaka” Magdy).

Droga powrotna – pewnie z racji oczekiwanego śniadania – minęła w rytmach śpiewanych przez nasze animatorki przyśpiewek (tu nasunęło mi się skojarzenie ze „szkołą przetrwania”, gdzie rekruci też powtarzają wyśpiewane słowa sierżantów podczas porannych treningów).

Podczas śniadania odbyła się inauguracja konkursu na „Zimowiskowego Czyściocha” [czyli rywalizacji poszczególnych grup o miano najczystszej]. Ku powszechnemu zdziwieniu dzisiaj najwyższą notę otrzymała grupa chłopców (czy to nie dwuznaczne, że to akurat moja grupa – czyżby obcy był im duch „dynamicznego porządku” lub „twórczego nieładu”?!?!?).

Jako, że na zewnątrz pogoda nie zachęcała do sportowych zmagań plenerowych, postanowiliśmy podjąć rywalizację podczas zabaw stacjonarnych – „Stodoła”, „Karoca”, „Orzeszek” czy „Autobus” dały nam sporo frajdy…

… co przydało się podczas „niespodzianki szeryfa”. Taaaaaaaa… jak to piękne słowa mogą kryć w sobie straszną rzeczywistość. Zaproponowany spacer okazał się… (tu prośba o interwencję Rzecznika Praw Dziecka!!!)… horrorem. Początek nie zapowiadał nieszczęścia – stosunkowo równa droga i spokojny (choć marszowy) krok prowadzącego zwiastowały przyjemność „górskiego spaceru”. Niestety, po blisko 300 metrach zastaliśmy „zmuszeni” do wejścia w leśne ostępy i pokryte głębokim śniegiem ścieżki (które służyły chyba tylko zwierzynie płowej) – być może rekompensatą za wysiłek wspinaczki i „współpracy z ziemską grawitacją” podczas stromych zejść miało być poczucie kroczenia po dziewiczym terenie, ale dla nas to było za wiele… Mamusiu!!! Tatusiu!!!! Pomocyyyyyyy!!!!!!. Do tego jeszcze nasz – rzekomo kontuzjowany – „szeryf” nie tylko „włączył bieg terenowy”, ale ponadto (tu znowu ukłon w stronę Rzecznika) zaczął wskazywać odległą Przełęcz Karkonoską jako docelowe miejsce dzisiejszego „spaceru”. To już nam się nic a nic nie podobało – „my chcemy do domu!!!” (ale jak to zrealizować, kiedy straciliśmy orientację, gdzie jesteśmy???). Niezadowoleni byli także chłopcy (a szczególnie „śnieżny męczennik” Michał), którzy – stanowiąc mniejszość – zostali „sterroryzowani” przez nasze dziewczęta [coś tu jest nie tak – jak dotąd doświadczenie śniegu było nieprzyjemnością dla dziewczyn, a nie odwrotnie. Czyżby piosenka „Kobiety są męskie” była „proroctwem”???].

Po prawie godzinnym tułaniu się po ściegieńskich bezdrożach w końcu [przeżywając objawy traumy]… ZOBACZYLIŚMY CYWILIZACJĘ!!!! Nic to, że towarzyszyła im wyjątkowa aura zapachowa („tego nie doświadczycie w mieście” – to cytat słów „szeryfa”. Proszę je zachować jako dowód oskarżenia o brak litości). No, a kiedy doszliśmy do naszej bazy – śniegoasfalt dosłownie zwinął się pod nami (szybkość światła to przy nas „pikuś”). W sumie w ciągu godziny zrobiliśmy niezłą trasę – ze szkoły, przez Western City i Księżą Górę, ponownie do szkoły. Uff… po powrocie jakoś nie trzeba było nas namawiać do przyjęcia „pozycji horyzontalnych”.

Mimo wysiłku nie poprawił się nasz apetyt – z pysznego obiadu zostało sporo (oj, świnki nas polubią!). W końcu to nie chipsy, nie? Szczególnym akcentem tego punktu programu było wręczenie nam czegoś wyjątkowego – nie-wirtualnej kartki pocztowej (w epoce sms-ów toż to anachronizm!!!) – z sugestią, że warto by coś na nich napisać i wysłać (ależ po co… od czego są nasze sieci???).

Mimo, że niektórzy z nas zbojkotowali obiadek, popołudniowe LB [dla niewtajemniczonych, skrót od „Leżenie Bykiem”] upłynęło dosyć spokojnie. I dobrze, bo po krótkie zabawie integracyjnej rozpoczęło się kolejne szokujące doświadczenie – nauka zespołowego kroku tanecznego. „Pół biedy”, kiedy przyszło nam poćwiczyć „Taniec belgijski” (większość z nas zna go na pamięć), ale kiedy przyszło do układu cha-cha… oooops… zaczęły się „schody”. Najpierw „szeryf” dorwał Magdę (jako znającą krok tańca) i pokazał, co można zrobić na parkiecie w dosyć ostrych rytmach. Ale to jeszcze nic – podziwiać zawsze można (co nie znaczy naśladować). Tymczasem po ostatnich taktach i wspólnych obrotach parkietowych zostaliśmy zaproszeni do podjęcia próby powtórzenia układu. Jako że rolę „bramkarzy” pełniła Kadra, nie mogliśmy spróbować „dyskretnej ucieczki” – pozostało więc cierpieć pod czujnym okiem trenera (tylko czym tak zawiniliśmy?!?!?!). „Zemsta szeryfa” trwała dosyć długo – w końcu postanowiliśmy pójść w ślady dorosłych i ćwiczenie… zbojkotować. Zaczęło się od chóralnego „Litościiii!!!!!”, a kiedy to nic nie dało, cóż – po prostu przerwą wymusiliśmy (z pełnym poparciem reszty Kadry). Wprawdzie przerwało to tok próby, ale i tak byliśmy z siebie dumni – zaliczyć jeden pełny krok oraz częściowo drugi… to nie byle co.

Jako, że Kadra nie zapomniała nam „ciszy mszalnej”, dzisiejsza próba śpiewu… o, sorka… „Śpiewający Kącik Ducha Gór” stała się okazją do poprawienia bilansu. Zaproponowane przez Magdę, Martynę i Joasię piosenki zostały odśpiewane (o dziwo, z dużym zaangażowaniem męskiej części kolonistów). Wyszło jednak na to, że z kondycją jest nie najlepiej – po 40 minutach śpiewu „padliśmy na deski” i resztę próby „poddaliśmy walkowerem”. Co gorsze, nasze trio gitarowe zapowiedziało, że jeżeli jutro tak zajefajnie nie zaśpiewamy, to… oj, lepiej spuśćmy miłosierną kurtynę milczenia.

Prawdopodobnie na finał dzisiejszego śpiewu miały też wpływ emocje związane z mającym się zaraz rozpocząć konkursem MAM TALENT. Zgłosiło się ośmiu wykonawców – i każdemu zależało na najlepiej prezentacji swoich umiejętności.

Konkurs rozpoczęło „uderzeniowe wejście” Wielkiej Trojki [Joasi, Martyny i Magdy], które podjęły się prowadzenia całości programu. Świetne i aktorsko przeprowadzone zapowiedzi nadawały jeszcze „smaczku” i potęgowały ciekawość przed każdym kolejnym występem. Zróżnicowanie występów było olbrzymie – od wykonanych solo piosenek, poprzez taniec zespołowy i parkietową solówkę, aż po… „macho-duecik” (który bardzo aktorsko przedstawił miks kilku utworów z zimowiskowego śpiewnika). W przeglądzie I miejsce zajęła Oliwia, ale tak naprawdę wielkie uznanie należy się wszystkim wykonawcom. Było super.

Jako, że Żury szybko podjęło końcową decyzję, a prowadzący przynieśli ją „lotem strzały”, do ciszy nocnej zostało trochę czasu – nasi „milusińscy” stanęli przed alternatywą: iść spać czy… dalej się bawić. I nie zgadniecie, co wybrali – sam nie wierzyłem… ONI WYBRALI… NIE, TO NIEMOŻLIWE!!!… ONI WYBRALI… DALSZĄ ZABAWĘ!!!

Piszę te słowa o godz. 22:33; na 3 minuty po planowanym zakończeniu drugiej zabawy tegorocznego zimowiska. Muszę przyznać, że w tej dziedzinie maluchy dają nam mega-łupnia (zasypiając sam nie wiem, czy to śnieg tak łupie w dach szkoły, czy też kołaczą się w głowie pozostałości „Ai Se Eu te pego” – że nie wspomnę o tym, że widząc ruch ust rozmówcy mam wyłączoną fonię. Ja żądam od mojego proboszcza podwyżki za niebezpieczne warunki pracy). Wiadomo, że dobre intencje bardzo często ustępują przed rzeczywistością – niby od 3 minut nasze małolaty powinny korzystać z dobroczynnego działania „prysznicówki”, ale… no właśnie… bawią się tak świetnie, że znowu nagiąłem swojej zasady (to jak w „Transporterze”) i dołożyłem kolejne 3 hity dyskotekowego parkietu. Zobaczymy, czy jutro w górach też będą takie wytrwałe.

Jutro może być różnie – wiadomo, DZIEŃ TRAPERA. Drodzy Rodzice, zadzwońcie do swoich pociech z rańca, bo w tym śniegu może być różnie… Yeti czai się wszędzie… a i Duch Gór potrafi wyczyniać różne brewerie.

Opis drugiego dnia zimowiska kończę – licząc na wysłuchanie: SPOKOJNEGO SNU I CISZY W NOCY – DAJ NAM, PANIE!!!

DZIEŃ 3 24.01.2012 roku {wtorek}

Jednym z charakterystycznych elementów programu zimowiskowego wypoczynku jest „Dzień Trapera” – nie wiadomo dlaczego nazwany przez Kolonistów „Dniem Zemsty Szeryfa” (jaka zemsta? To po prostu przyjemność i sama radość). Ale… zacznijmy od początku.

Tradycyjnie, pobudkę poprzedziła „mała niedogodność” w postaci „pościelowej foto-sesji”. Nasze dzieciaki rozkosznie prezentowały się przy swoich „zwierzakach-przytulankach”. Fotki w sumie „same się cykały”. Ci, którzy już nie spali zrobili przy okazji sporo pisku i krzyku, ale… sesja zaowocowała bogactwem uchwyconych obiektywem ujęć. Można nawet rzec, że nie da się zrozumieć wymowy fotek z gimnastyki-przebudzanki (dzisiaj dzielnie prowadzonej przez najmłodszą grupę – dziewczynki z „jedynki”) bez wcześniejszego rzucenia okiem na plon „porannego foto-safari”.

„Dzień Trapera” przebiega w odmiennym porządku niż tradycyjny – jako, że msza św. jest przewidziana w godzinach wieczornych, zaraz po „porannych ablucjach” zasiedliśmy przy śniadanku, słuchając jednocześnie [z rosnącymi obawami] tzw. „dobrych rad szeryfa”. Wkrótce dołączył do nich pakiet sugestii pani Aliny Pasińskiej, Górskiego Przewodnika Sudeckiego, która zaoferowała nam na czas wędrówki swoją pomoc (niestety – nasze nadzieje na przyhamowanie „górskich zapędów szeryfa” – okazały się płonne. Czy życie musi być takie brutalne?!?!?).

W końcu wyruszyliśmy – w sumie w dosyć niepokojącej aurze, nazwanej przez naszych przewodników „bajeczną”… kurczę niedopieczone!!!… a cóż bajkowego jest w gęsto sypiącym śniegu, przez który trzeba się było przebijać?!?!? – i to w warunkach ekstremalnych. Nasz „szeryf” postanowił bowiem rozpocząć dzisiejszą „zemstę” od poprowadzenia nas „polnym szlakiem” /?!?!?/. Co to ma być??!! – gdzie tu ścieżka???; no i te nierówności terenu. Czy nie można prościej – asfaltem?!?!?

Kiedy już doszliśmy do jako tako widocznej ścieżki (koło Księżej Góry) okazało się, że nasze wędrowanie – przynajmniej w fazie początkowej – będzie szło w jednym kierunku: W GÓRĘ!!! No kto to wymyślił, żeby cały czas się wspinać??? – ekstremalny alpinizm nas nie rajcuje (co innego wygodne siedzisko przy kompie). No, ale trzeba było zrobić dobrą minę do tej gry – stąd też początkowo szliśmy słuchając gwizdków i… wypatrując jakiegoś dłuższego odpoczynku. Wkrótce taki się zdarzył – ale to nie z „dobrego szeryfowskiego serca”, lecz dzięki… nieudanym podjazdom pod zaśnieżoną górę kilku samochodów („Niech Pan błogosławi słaby bieżnik tych opon”). Złapany dzięki temu „drugi oddech” był nam niezbędny, aby przeżyć kolejną „górską torturę” – wejście po 46 góro-schodach. Nikt nie pomyślał o windzie czy ruchomym chodniku – no i staliśmy się przez to ofiarami „górskiego sadyzmu”. Ks. Janusz – sam dysząc – nazwał to stadium naszego oddychania „sapaniem starej szkapy… i to z ostatnich stron książki” (no, to jest po prostu… o b u r z a j ą c e ! ! !).

Wydawało się, że wejście do Karpacza jest szczytem, którego nie da się „pobić” – niestety, pomysłowość naszych przewodników okazała się niewyczerpana. Tak więc kolejnym „schodkiem” do pokonania okazała się zapora (a raczej strome do niej podejście). Nie dość, że okazało się strome i śliskie, to jeszcze część z nas (to znaczy damska część kolonistów) straciła sporo „pary” w płucach goniąc za „towarami” z wyprzedzającej nas grupy sportowej. „Kobiety mnie zgubią – rzekł kogut wypadając przekupce z koszyka” – dzisiaj ta zasada podziałała w drugą stronę. Nasze panienki dzielnie goniły swoich „wybrańców” – niestety, okazało się, że drogi obu grup nieco się „rozeszły” przy tamie; i z dwojga – serca i rozumu – zwyciężył [Bogu dzięki!!!] ten drugi. Nie poprawiło to jednak kondycji – tak więc nasze „zdobywanie szczytów” przypominało w tym momencie spacer „chorego na lumbago”.

Samo przejście zapory też było sporym problemem – z góry pejzaż wyglądał nieco niesamowicie, wywołując u części z nas „lęk wysokości” [oj, nie darujemy „szeryfowi” tych chwil strachu – tym bardziej, że sprawił wrażenie czymś bardzo rozbawionego].

W tym momencie pojawiły się pierwsze problemy wynikłe z nadmiaru spożytych płynów i… przemoczenia niektórych butów. Na to drugie nie dało się nic poradzić – jednak końcowy etap tej części szlaku doprowadził nas do stacji paliw przy Białym Jarze, gdzie mogliśmy skorzystać z cywilizowanego WC i rozgrzać się pyszną „herbatką bez prądu” (Pani Tereso!!! Dziękujemy!!!).

Do tego momentu szliśmy na dużym luzie – od tej chwili jednak nasz prowadzący zaczął nerwowo spoglądać na zegarek, „zachęcając” [choć to może nie jest najbardziej adekwatne określenie] do „wrzucenia biegu terenowego”. Niestety, towarzyszyły temu „pogróżki” – „Bo nie będzie obiadu”. I co my mieliśmy zrobić… my, małe „zimowiskowe istotki”??? Zacisnęliśmy zęby; ponowiliśmy obietnice ZEMSTY i… próbowaliśmy nadążać (swoją drogą, informujemy lekarza naszego „szeryfa”, że jego kontuzjowane kolano to „jedna wielka ściema” – my rozumiemy, że góry działają destrukcyjnie, ale bez przesady… co to my jesteśmy, jacyś wyczynowcy??? A gdzie prawa dziecka???).

Pal sześć, kiedy szło się z góry (a raczej „staczało”) – gorzej, że w pewnym momencie pojawiło się przed nami dosyć ostre podejście, a nasze „skrzynki za nic nie chciały wejść na bieg górski” (no, może za wyjątkiem Joasi i Magdy, które kilkanaście metrów… przebiegły – nie mogliśmy na to patrzeć… także z obawy, że nasz przewodnik delikatnie „zachęci nas” i do tego. Okazało się jednak, że i dla niego podejście było męczące – i w ten sposób doszliśmy do Domu Wczasowego. Tak nas to poruszyło, że niektórzy końcówkę przebyli z „szybkością dźwięku”. Niestety, wysiłek okazał się płonny – to nie wypatrywana „Wodomierzanka”. Nasze rozczarowanie sięgnęło zenitu i po chwili przeszło w pełną przerażenia rezygnację – w momencie wejścia na ledwie widoczny szlak prowadzący przez Wilczą Polanę. Nie będziemy „ściemniać” – widoczki były rewelacyjne, ale trasa… wymagała dużej uwagi i naśladowania „szeryfa” (a przynajmniej kroczenia jego śladami – bo ślady były baaaardzo widoczne i głębokie).

Ten odcinek trasy wymagał od nas dużej sprawności – począwszy od „zjazdów na nie bele-czym”, poprzez zapadanie się po kolana, byliśmy zmuszani także do przyjmowania „zimowych postaw hołdu dla Ducha Gór” (niektóre przygięte przez śnieg drzewa mogliśmy ominąć tylko na… kolanach). To oraz zauważalne przyspieszenie tempa spowodowało, że z jednej strony część z nas wybierała prostszy (choć nie najzdrowszy dla ciuchów) sposób zaliczania zejść (na tzw. „pupę”); z drugiej zaś – ostatnie podejście część z nas zaliczyła dosłownie „na czworakach”. Dobrze więc, że ostatni etap do „Wodomierzanki” prowadził w dół – zadziałała grawitacja, i jakoś doturlaliśmy się do miejsca odpoczynku i posiłku.

Obiad był rewelacyjny (zresztą „Wodomierzanka” słynie z dobrej kuchni), a krzesła tak rozkosznie miękkie. Fajnie było choć na chwilę dać spoczynek spracowanym kończynom dolnym – choć nie ukrywamy, że ponowne powstanie wymagało od nas hartu ducha w stopniu heroicznym (no dobrze, przyznamy się – była też inna motywacja… ZAKUPY!!!… Dla nich moglibyśmy nawet powtórzyć trasę [chociaż – tu uwaga grupowego paparazzi – Monia na kolanach i z nieco dziwną miną skłaniała do nieco odmiennych wniosków].

To, co działo się przez kolejną godzinę, niech pozostanie naszą słodką tajemnicą – dodamy jednak, że znacznie wzrosły zyski karpackich sklepów. Po godzinie „rozkoszy opróżniania portfela” zeszliśmy się przy kościele i stąd ruszyliśmy do naszej bazy.

Podczas trasy, wiodącej polną drogą, powstał jeden problem. Nasze dziewuszki (najwidoczniej mając jeszcze duży zapas energii) postanowiły znowu poznęcać się nad chłopakami – ale jak tu rzucać przy „szeryfie” (stróżu prawa i porządku)? W końcu padło oczekiwane hasło: „Śnieżki… go go go!!!”. Tego, co się działo przez kwadrans nie wytrzyma ani papier, ani sieć – pominę to więc milczeniem. Podkreślę natomiast swoisty ewenement tegorocznego zimowiska – zazwyczaj pewnym problemem w długich trasach są maluchy. Tymczasem dzisiaj jako pierwsze do szkoły doszły właśnie nasze dwie „maskoteczki”: Oliwia i Kaja (przebierały nóżkami jak gejsze, ale… utrzymały tempo). Wielkie brawa!!!

Kolejna godzina była „balsamem” – tak dla Kadry, jak i dla nas. Może nie „padliśmy”, ale… niewiele brakowało. Stąd też podstawową pozycją tego czasu stała się „pozycja horyzontalna”. Niestety, godzina to tak niewiele. O godz. 17:00 zerwała nas na nogi BEZLITOSNA Kadra i „pod-Kadra” (cytat z Wiktorii), „delikatnie” zapraszając do udziału w kolejnym spotkaniu „Śpiewającego Kącika Ducha Gór” – było to jednocześnie przygotowanie do mszy św., która tym razem była przewidziana na wieczór. Jakoś wykrzesaliśmy z siebie trochę „pomruków” – no, bo widząc „euforię szeryfa” po górskich zmaganiach, lepiej było nie ryzykować.

W końcu zmusiliśmy nasze obolałe kończyny dolne do ponownego wysiłku i ruszyliśmy do kościoła, gdzie już czekał na nas ks.Jacek (z Zakopanego) wraz ze swoją grupą. Msza była fajna – podczas kazania rozmawialiśmy o znaczeniu mszalnego słowa „przepraszam” oraz symbolice znaku pokoju. Pomagała nam w tym grupa ks.Jacka. Trochę tylko żałujemy, że w drodze do kościoła „odebrało nam głos”. Oczywiście zaśpiewaliśmy, ale… to już nie to, co na próbie [chociaż gwoli ścisłości podczas „Hej Jezu” granego i prowadzonego przez ks.Janusza daliśmy z siebie wszystko – „full wypas”]. Mimo to, celebrujący mszę ks.Jacek, bardzo sympatycznie nas podsumował – dziękujemy. Msza byłą w sumie spokojna – choć trochę nam się podniosło ciśnienie, kiedy podczas homilii usłyszeliśmy słowa o „lekkim górskim spacerku” – no, bez przesady…

Ostatnim akcentem dzisiejszego, jakże obfitego we wrażenia, dnia miało być Pidżama Party – konkurs z prezentacją „ciuchów wieczoro-nocnych”. Zgłosiła się nawet dosyć liczna grupa uczestników, choć nas, obserwujących pokaz, cały czas dręczyło pytanie – „Czemu te nasze „śpiochy” tak bardzo przypominają zombi? Czy już mamy się zacząć bać? Konkurs został przeprowadzony sprawnie i parę minut po 21 rozeszliśmy się do sal – część, aby zmyć te „prawie niewidoczne” makijaże (drogie Mamy! Sprawdźcie swoje zapasy kosmetyków – być może jest tam niezły debet).

Do tej pory wieczorne zabawy było okazją do pokazania naszej kondycji i umiejętności dobrej zabawy. Niestety, dzisiaj spasowaliśmy – i po zakończeniu Pidżama Party na parkiecie pozostała 4-osobowa grupka „rozrywkowych dziewczyn”. Mimo, że to niewiele, bawiły się co najmniej za pół zimowiska- chwała im za to!!! A były to: Zuzia, Andzia i Weronika.

Czas podsumować ten dzień. Był na pewno „mocnym uderzeniem”. Nasze dzieciaki i młodzież sprawiły się bardzo dzielnie – ten podziw wyrażała także Pani Przewodnik. Reasumując więc – dzisiejszy „test trapera” wszyscy zdali celująco. Teraz, Rodzice, bójcie się – Wasze pociechy mogą zechcieć poprowadzić Was „swoimi śladami”.

DZIEŃ 4 25.01.2012 roku {środa}

Chyba mamy „kryzysik” (to wszystko przez te góry i „szeryfowskie leciutkie trasy”) – gimnastyczka-przebudzanka rozpoczęła się z „poślizgiem”. Zdążyliśmy, ale – poranek był „na styk”. Do tego trochę nas zastopowało, jeśli chodzi o dynamikę ćwiczeń – nawet taniec belgijski był bez tej „zimowiskowej iskierki”, ale… wystarczy dobra herbata (dla Kadry kawusia) i „staniemy w pionie”.

Po niedospanej gimnastyce przyszedł czas na „poranny spacer” do kościoła. Brrrrr… ależ na tym dworze zrobiło się zimno!!! Gdzie się podziała ta przepiękna „zimowa wiosna”??? Do tego pod butami zrobiło się jakby ślisko – jak tu nie zaliczyć no, tego….

Sama msza (znowu koncelebrowana) przebiegła dosyć spokojnie, choć niestety to nie posłużyło naszemu śpiewaniu. Brak chorej Magdy i jej „towarzyszki” [gitary] spowodował, że śpiew już nie był taki zaje…fajny, ale… naszym gościom się podobał. Za to dzisiejsze kazanie było dla nas sporym wyzwaniem – próbując odkryć znaczenie symboliki gestów podczas „Modlitwy Pańskiej” musieliśmy wiele sytuacji demonstrować, pomagając odkryć odpowiedź na wnikliwe pytania „szeryfa”. Było nieźle, ale… uff… trochę się zgrzaliśmy…

O ile w dniu przyjazdu zastanawialiśmy się, czy nasz wypoczynek będzie „deszczowiskiem” czy „śniegowiskiem”, o tyle dzisiaj pogoda nastrajała zimowo. Nie mogło więc zabraknąć „bliskich spotkań III stopnia z białym puchem”. Pod czujnym okiem naszych „Aniołów”: pani Jadzi i pani Bożenki udaliśmy się na miejscowy sankodrom – i zaczęło się. Najpierw zaczęliśmy ćwiczyć i rywalizować w konkurencji na najdłuższy ślizg – i tu szok… podobno im cięższe, tym lepiej się toczy, a tymczasem najdłuższy ślizg wykonała lekka jak piórka Zuzia (my wiemy swoje – po prostu chwyciła się chmurek i dlatego taki wynik). Ta pewność uległa jednak zachwianiu podczas drugiego konkursu – na najzabawniejszy zjazd – tu również nasza filigranowa Zuzia znalazła się w czołówce. Jaki z tego wniosek? – „Małe (w tym przypadku lekkie) jest piękne (w tym przypadku – twórcze)”.

Śniegowa rywalizacja oraz konfrontacja z artystycznym wyzwaniem w postaci plakatu-wizytówki grupy tak zaostrzył apetyt, że naszego „dostawcę pieczystego” powitał dzisiaj wyjątkowo liczny orszak „żywieniowych wolontariuszy” [wszystko, byle jak najszybciej coś zjeść].

Dobrze, że obiad był bardzo kaloryczny, bo na podwieczorek czekało nas coś, czego przeżycie wymagało wiele energii (i to pozytywnej) oraz hartu ducha. Kiedy po 30-minutowym LB wróciliśmy do stołówki, zastaliśmy ją przemeblowaną, a na rozwieszonym ekranie zobaczyliśmy… o zgrozo!!!… nas (ale 3 dni temu). Niestety, właśnie podczas popołudniowego „mniam-mniam” nasz „szeryf” pokazał nam, po co było całe to dotychczasowe „błyskanie po oczach”. Normalnie szok… niektórym z nas maślany rogal stawał dosłownie „kością w gardle”. To się nadaje… do prokuratury!!!… to nie mogę być ja!!!… proszę to wykasować!!! Taaaaaaaaaaaaa… reakcje były rozmaite – łączyło je jedno: PRAGNIENIE ZEMSTY (i to krwawej) [i tu refleksja osobista: a któż powiedział, że życie to bajka?].

Niestety, kiedy już obejrzeliśmy ostatnie kadry, okazało się, że to jeszcze nie koniec. Po 10-minutowej przerwie kolejny gwizdek (bo tu niestety panuje „system gwizdkowy”) zwołał nas na „Śpiewający Kącik Ducha Gór”, podczas którego nasz gitarowy kwartet próbował zrobić z nas grupę wokalną „Ich dwadzieściaośmioro”. No, może nie wszystko wyszło, ale… momentami struny grzały się jak… grzanki.

Po zmaltretowaniu naszych strun głosowych przyszedł czas na kolejny test – tym razem ze słuchu, rytmiki i… kondycji. Dwa dni temu poznaliśmy podstawy kroku cha-cha. Dzisiaj przyszło nam tę wiedzę poszerzyć i sprawdzić w praktyce. Wymiatająca na parkiecie „pół-Kadra” [oraz – ku naszemu zdziwku – „szeryf”] postanowili nas „zajechać” do końca. W ciągu baaaaaardzo ciężkich 65 minut zaliczyliśmy przyspieszony kurs tego tańca, przygotowując się do sobotniej gali. Oj, ciężkie jest życie kolonisty…

Kolejna godzina dzisiejszego dnia to okazja po zaprezentowania naszych możliwości artystycznych, ale także… do zemsty na „szeryfie”. Konkurs „Mam talent” pozwolił pokazać parodię programów telewizyjnych, w tym (jako pastisz „Faktów”) przedstawić naszą zimowiskową niedolę pod „twardą szeryfowską odznaką”. Śmiali się[chyba] wszyscy…

Na godziny nocne została przewidziana zabawa, podczas której „tajniacy szeryfa” mieli oceniać, jak się bawimy [my protestujemy przeciwko takiej inwigilacji!!!]. Okazało się, że w sumie nie mieli wiele do roboty – po krótkim czasie wspólnej dobrej zabawy nagle gdzieś wybyły starsze dziewuszki.

Powód był prozaiczny – zbliżał się moment zawarcia związku zimowiskowego i poruszone serducha szukały tego drugiego, kompatybilnego. Nie był to proces całkowicie spontaniczny – nie wiem, czy nie sprzeciwia się to jakimś normom medycznym lub prawnym, ale… UWAGA!!!… tym sterowano!!! Już od poniedziałku po szkolę krążyły „swatki”: „ciotka” Bożenka, „ciotka” Jadzia, „mamuśka” Martyna oraz nasze „gwiazdki” Joasia i Madzia. Jak się dobrze poszuka, to się znajdzie – tak więc, po usilnych zabiegach udało im się znaleźć kilku straceńców, którzy zgodzili się na dobrowolną utratę wolności w ostatnich dniach zimowiska [że o wynoszeniu cudzych bagażów do autokaru i zakupie górskich obrączek nie wspomnę].

Proces „sterowanego zakochania” doprowadził do zakłóceń (bardzo zresztą sympatycznych) naszej balangi. Oto, na prawie 30 minut przed jej zakończeniem, „DJ w czerni” został poproszony o wyłączenie muzy. W zapadłej nagle ciszy padły słowa: „Czy Ty, Oliwio, zgadzasz się wyjść za mnie?”… i po chwili cicha odpowiedź: „Tak”. Wielkie brawa i taniec dla „zaręczonych” w kółku sympatyków zwieńczyły te pierwsze na zimowisku’2012 oświadczyny. Nie był to jednak koniec „miłosnych przygód” tego wieczoru. Po niecałym kwadransie muza znowu przycichła, a wszyscy zgromadzeni, spoglądając na składającego swojej Lubej homagium Michała, usłyszeli: „Karino, czy zgadzasz się zostać moją zimowiskową żoną?” Czy trzeba tu wpisać odpowiedź? … Zgadzam się z czytającymi ten tekst – nie ma takiej potrzeby; mogła być tylko jedna… A przypieczętował ją piękny zaręczynowy taniec obu par.

Tak to się składa w życiu, że szczęście jednych jest czasem odkupione łzami innych. Traktujemy zaręczyny i śluby jako zimowiskową zabawę – jednak po wyjściu z sali zabaw można było odnieść wrażenie, że wkroczyliśmy w czas apokalipsy. Full łez, rozpaczliwe szlochy i głośny płacz – tak zareagowały nasze panienki na „zabór” jednego z nielicznych facetów naszej grupy. Co dziwniejsze, wspólnie płakały wybrane i… hmmm… nie wybrane [któż pojmie kobiecą logikę???]. I właśnie te łzy stały się powodem swoistego bojkotu naszej dzisiejszej zabawy przez część kolonistek. Zabawa jakoś doszła do pomyślnego końca, ale Kadra cały czas zastanawia się, czy nie trzeba będzie wzywać Straży Pożarnej i dobrego kardiologa, aby usunąć szkody „powodziowe” i zaleczyć rany „złamanych serc”.

Kończąc pozostaje tylko mieć nadzieję, że jutrzejsze śluby zimowiskowe przebiegną w spokojniejszej atmosferze – bo jak nie, to lepiej od razu wezwać na pomoc brygadę GROM. Życząc naszym singlom i zaręczonym spokojnej nocki, a Rodzicom i czytającym ten „horror” spokoju w oczekiwaniu na ciąg dalszy serdecznie pozdrawiamy. Hasłem dzisiejszego dnia były wyśpiewane fajnie słowa: „Jesteśmy piękni…”

DZIEŃ 5  26.01.2012 roku  {czwartek}

No dobrze… czas zacząć kolejny, już piąty, dzień naszej zimowiskowej przygody – dzień o tyle ważny, że to właśnie dzisiaj grupa naszych dzielnych Kolonistek i Kolonistów stanie na „ślubnym kobiercu” [doświadczenie trudne i dla „wybrańców”, i dla tych „zawiedzionych – patrz końcówka opisu dnia 4]. Trzymajmy się jednak chronologii…

Dzień zaczął się bardzo wcześnie – bo już kwadrans przed siódmą zaczęło się błyskać. Chodziło oczywiście o ulubione sadystyczne zajęcie naszego „szeryfa” – o foto-nękanie nas w najmniej spodziewanych sytuacjach. Tym razem udało mu się zaskoczyć nawet, czujną do tej pory, Kadrę [w sumie należało by się zastanowić, kiedy „szeryf” śpi?].

Kiedy już doszliśmy do siebie po tym „traumatycznym” doświadczeniu, rozpoczęła się gimnastyka – nieobecną początkowo Kadrę zastąpiły nasze „dziewuszki z trojki”. Jednak po kilku minutach Kadra pojawiła się na horyzoncie i to w formie sugerującej „bliski kontakt z dopalaczami”. Oj, nasze Panie dały nam ostry wycisk w ciągu zaledwie jednego utworu [OK – do listy objętych naszą zemstą dołączamy nowe twarze…].

Wprawdzie nie jesteśmy może profesjonalnymi traperami, ale… odpowiednia motywacja może nas skłonić nawet do… górskiej wędrówki. Taką motywacją był dzisiaj nadal zauważalny nadmiar środków płatniczych. Tę gotówkę trzeba było jakoś zagospodarować – a najbliższym dużym centrum płatności jest Karpacz. Cóż więc robić – mimo mrozu [-10 stopni] opatuliliśmy się, w co się dało i ruszyliśmy na podbój Karpacza. Co się tam działo, niech pozostanie naszą słodką tajemnicą – dodamy tylko jedno: KOCHANI RODZICE!!! NADAL JESTEŚCIE WYPŁACALNI!!!

Drugim ważnym punktem dzisiejszego wypoczynku był kulig [jak się później dowiedzieliśmy, pierwszy od kilku ostatnich lat – tamte nie doszły do skutku z racji pogodowych]. Z lekkim poślizgiem podjechał do nas ciągnik i zaczęło się przygotowywanie – muszę przyznać, że kobieta w sklepie odzieżowym dokonuje szybszego wyboru niż nasze panienki i kawalerowie ze starszych grup. Kolejność saneczek, sposób wiązania i inne tego typu sprawy nieco opóźniły wyjazd pierwszej grupy… a nawet kiedy grupa ruszyła, to na odcinek zaledwie kilkunastu metrów [jak to określił nasz przewoźnik: „Boże! Ile wy jecie?”]. Trochę lepiej poszło grupie młodszej – bo wiadomo… to wszystko chucherka, ważące po parę deko. Niezależnie od przerw kulig był bardzo udany, a wielokrotne „łupniaki” tylko dodawały mu smaczku.

W trakcie kuligu odwiedzili nas Rodzice Idy – postanowili zostać aż do wieczornego ogniska. Stąd też, ponieważ poprzedzało go spotkanie „Śpiewającego Kącika Ducha Gór”, zostali zaproszeni jako jurorzy na nasze ćwiczenia wokalno-instrumentalne. Tu doszło do małego „dysonansu” – nasza pół-Kadra lekko zszokowana narzuconym rytmem „wymiatania” stwierdziła, że od dzisiaj „szeryfowi” nie wolno pić kawy [piszący te słowa nie bardzo wie o co chodzi, ale faktycznie – dzisiaj gitara sama układała się do grania ostrych taktów]. Udzieliło się też w pewnym stopniu naszym „ściegieńskim słowikom” – po pierwszych taktach „Hej Jezu” zaskoczeni instrumentaliści najpierw sprawdzili, czy my to naprawdę my (a potem zadali trudne pytanie: „Dlaczego w kościele jest dużo ciszej?”). Dalszy ciąg próby poszedł już „z górki” [no, za wyjątkiem tempa – zasapaliśmy się co najmniej tak, jak w drodze do Karpacza].

Już w trakcie śpiewu dało się zauważyć wzrastające napięcie – wiadomo… śluby coraz bliżej. Być może więc naturalną rzeczą stał się fakt niewielkiej liczby kolonistów zainteresowanych ogniskiem czyli kolacją w „kawiarence pod Śnieżką”. Do oczekiwania na niesakramentalne TAK doszła jeszcze bogata oferta znajdującego się nie opodal placu zabaw, z którego – mimo ciemności – skorzystała duża część naszych dzieciaków.

Po powrocie rozpoczął się „młyn przedślubnych przygotowań” – wiadomo… ostatnie fastrygi i te sprawy… W końcu, o 21:00 zabrzmiał „róg miłości” wzywający kandydatów do „zimowiskowego zamążpójścia i ożenku”. Par było w sumie pięć. Nasze „kapłanki ogniska domowego” nie miały więc aż tak dużo roboty – pewnie dlatego swoje obowiązki wypełniły nad wyraz sumiennie [okraszając każdą ceremonię swoistą wyśpiewaną dedykacją]. Centrum uroczystości było oczywiście wypowiedzenie słów „przysięgi niesakramentalnej” – która… no cóż…

Po tradycyjnym „tańcu nowożeńców” [uff… ale się podniosła temperatura w „szałasie ślubów”] zostaliśmy zaproszeni – tak tak… na prawdziwe wesele. Nie było śpiewów „gorzka… herbata”, ale i tak było wesoło {no, może nie wszystkim, bo tu i ówdzie słychać było ciche łkanie – „ach, ta miłość…”}.

W końcu tak „Zimowiskowi żonkosie”, jak i obserwatorzy (vivat Wiktoria!!!) wrócili na salę, aby rozładować emocje w tańcu. Jedynym wyznacznikiem atmosfery były powtarzające się często prośby o… wolne tańce – i to nie tylko ze strony samych „zaślubionych”, ale także od gości (oj nowożeńcy, pilnujcie siebie nawzajem, bo „goście-sępy” czekają na okazję…).

W końcu zabrzmiał tradycyjny utwór finałowy „I to już koniec”, po czym rozeszliśmy się do pokojów – i chociaż cisza nocna teoretycznie rozpoczęła się o 23:10, to jeszcze dużo po północy słychać było ciche „miłosne” westchnienia we wszystkich salach. My, Kadra, oczywiście dzielnie czuwaliśmy na korytarzach, aby nie tylko przebieg, ale także finał dzisiejszej zabawy był piękny i bezpieczny.

DZIEŃ 6  27.01.2012 roku  {piątek}

Taaaaaa…. Dzisiejsza pobudka to był jeden wielki koszmar. Nasi „nowożeńcy”, po nocy pełnej wspomnień i marzeń o „wybrankach/wybrańcach serca” wstali jakby lekko „nie w formie”. Jednak, zgodnie z umową, podjęli się prowadzenia naszej „przebudzanki”. Niektóre pary dały nam nawet dosyć ostry wycisk [to pewnie z nadmiaru emocji]. Emocji tych nie zabrakło także podczas mszy św., podczas której rozmawialiśmy o naszych intencjach [taaak… dzisiaj tych „własnych” z pewnością nie brakowało].

Czas dopołudniowy został podzielony na trzy odsłony (przeżywane w poszczególnych grupach – tym razem łączonych). Jedna udała się wraz z panią Jadzią i „szeryfem” do Western City {niestety, ku ich zmartwieniu znów „sadystyczną trasą szeryfów” czyli okolicznymi wzgórzami – to pytamy… po co jest asfalt?!?!?!?}. Druga grupa podjęła wyzwanie sportowe, zajmując salę gimnastyczną. Trzecia wreszcie wybrała nieco inny sport – „kształtowanie ciała-gumy” podczas zabawy „Twister”. Tak więc wypoczynek był aktywny, choć nieco mniej dynamiczny, niż w ostatnich dniach [czyżby Kadra też już „pasowała”???].

Piątkowe południe zostało naznaczone oczekiwaniem na jutrzejsze spotkanie z Gośćmi-Dobrodziejami naszego wypoczynku. Zaraz po podwieczorku zostaliśmy zaproszeni na „zimowiskowy cha-cha-parkiet”, gdzie nadszedł czas na ostatnie „drobiazgi” przed jutrzejszym występem. Na „pierwszy ogień” poszedł układ „Smidje” [dla niewtajemniczonych – taniec belgijski]. Jako, że znamy go już od 3 lat, sam taniec był po prostu formalnością – wszyscy tańczyli jak zawodowcy {bo w końcu nimi jesteśmy… nie???}. Nasze „tancereczki”, Karina i Monia, przejęły zaraz po tym prowadzenie dalszego ciągu spotkania, przypominając układ „No sa” /nie wiadomo dlaczego nazywany w „szeryf-żargonie” NOC W SPA???/.

Aby ulżyć wymęczonym kończynom dolnym zaraz po „stepowisku” zostaliśmy zachęceni do udziału w kolejnej „próbie charakteru” – spotkaniu wokalno-instrumentalnym pod egidą Ducha Gór [albo nasz „szeryf” dzisiaj odpuścił sobie kawę, albo nieco słabował, bo udało się zachować normalne tempo śpiewu i instrumentarium]. Niestety, prawie godzinne śpiewanie, mimo naszego „poświęcenia” nie dało nam forów na wieczór – zaraz po jego zakończeniu znów wróciliśmy na parkiet, aby powtórzyć „No sa” i dopracować szczegóły układu cha-cha. Ten ostatni niestety wykruszył nasze dzielne szeregi – zostało zaledwie… 5 par i połówka [którą uzupełnił nasz kapłan]. Podczas tańca doszliśmy do wniosku, że albo proponowany układ jest zbyt rozbudowany, albo potrzeba nam dłuższego utworu – wykonanie całości tańca ledwo mieściło się w czasie trwania utworu (za rok prosimy o coś dłuższego oraz krok hip-hop).

Po kolacji rozpoczął się kolejny czas konkursowy, który tym razem dał nam posmakować tego, co będziemy jutro przeżywać. Przybyli nasi Goście, reprezentujący Urząd Gminy Podgórzyn i Jelenią Górę mieli okazję obejrzeć i posłuchać próbki naszych możliwości oraz potwierdzić, że jesteśmy gotowi do wejścia w czynne „życie społeczno-polityczne” („Walka o stołek” stała się bowiem potwierdzeniem, że nawet po „trupach” potrafimy znaleźć dla naszego siedziska wygodne i bezpieczne miejsce).

Kiedy już dobiegł końca zażarty finał (niestety, w obsadzie damskiej – faceci wypadli w ćwierćfinałach), powiało nam prehistorią. Pamiętając film „Mumia” z lekkimi obawami obserwowaliśmy proces powstawania takiej mumii – reprezentujące poszczególne grupy tercety starały się jak najszybciej i najdokładniej owinąć „mumię”… „papierem do szlachetnych celów”. Było sporo zabawy, no i ostry doping.

Jako, że wspomnienia ślubne były wciąż świeże, nikomu nie sprawił kłopotów kolejny konkurs – „taniec na gazecie” – choć niektórzy partnerzy nie przewidzieli, że lepiej zadbać o jak najniższą wagę współtańczącego [no, bo kiedy przestrzeń tańca zmalała do połowy wielkości stopy, trudno było unieść „wspaniałe kilogramy” partnerki i stanąć na palcach]. Obserwująca Kadra stwierdziła jednak, że byliśmy dzielni, dochodząc w tej konkurencji „do granic absurdu” {„Tak tańcząc moglibyście zrobić w M-1 mega dyskotekę” – skomentował „szeryf”}.

W końcu, aby nieco wytonować, zostaliśmy zaproszeni do wzięcia udziału w „zimowiskowych Kalamburach”, w których największe zdecydowanie okazał grupa chłopców, pod dzielną wodzą Michała. Mimo braku zabawy tanecznej ta ostatnia dyscyplina tak nas „zmęczyła”, że tym razem cisza nocna (chyba po raz pierwszy na zimowisku) zaczęła się o czasie.

Jutro SPONSORS-DAY – okazja do podkreślenia dobroci serca i wyrażenia naszej wdzięczności. Niech przesłaniem na jutrzejsze spotkanie będą słowa: „Jesteśmy nie tylko piękni, ale i mocni w tym, co tu robimy” (i nie chodzi tu wcale o nasze psikusy).

DZIEŃ 7   28.01.2012 roku  {sobota}

Jak słyszeliśmy, ten dzień – obchodzony już od 9 lat – zawsze był „dniem triumfu i radości”: triumfu naszych umiejętności i radości obserwujących nas Gości. Dla wielu z nas był jednak „wielką niewiadomą” – stąd też mimo oficjalnie późniejszej pobudki, część z nas wstała dużo wcześniej {zaskakując nawet naszego „porannego paparazzi”}. Nie obyło się bez „przebudzani”, która miała jednak charakter bardziej „stepowiska” niż gimnastyki [na wszelki wypadek przypomnieliśmy sobie wszystkie 3 układy taneczne i… wyszło SUPER]. Nasz „szeryf” podtrzymał wczorajszy zakład „o batona” {mieliśmy wygrać w przypadku zaskoczenia go dobrą jakością naszego wokalu podczas mszy i spotkania}.

Nadmiar energii był widoczny na trasie do kościoła, podczas której pojawiły się nawet „sierżant-przyśpiewki”. Nasze trio „pół-Kadry” rozbudzało w ten sposób nasze możliwości – w końcu zakład to sprawa honorowa [i bynajmniej nie podpada to pod ustawę o hazardzie].

Msza św., w której wzięła udział kilkuosobowa grupa Dobrodziejów zimowiska oraz rodzice Zuzi (jednej z naszych „maskoteczek”) rozpoczęła się od przypomnienia, kogo objęliśmy już naszą modlitwą – była Kadra, pani Teresa, nasi Rodzice, my, nasze parafie. Teraz przyszedł czas na modlitwę za i z tymi, bez których wyjazd (w tej formule) byłby niemożliwy. Dużym wyzwaniem stało się kazanie, podczas którego musieliśmy sobie przypomnieć to, o czym rozmawialiśmy przez cały tydzień {oj tak, nie dało się spać czy drzemać w tym czasie}. Wyszło fajnie, przy czym nasi Goście zostali poruszeni nową formułą „znaku pokoju”, zaprezentowaną przez naszego „Misiaka-Zosię”. Podczas homilii została także przedstawiona nasza Zuzia (Rodzice „urośli” nieco słuchając ciepłych słów na jej temat). Oczywiście, jakości liturgii odpowiadało nasze instrumentarium i wokal. Naprawdę staraliśmy się (i to wcale nie dla tego batona – przynajmniej niech w to wierzy nasz „szeryf”) – dzięki temu części śpiewane potrafiły poruszyć. Nie zdziwiło nas więc „ogłoszenie parafialne” o zwycięstwie w naszym zimowiskowym „słodkim zakładzie” – ale jednocześnie uradowało do takiego stopnia, że nasz „szef” musiał bardzo wyciągać nogi, aby zdążyć zablokować na nasze przejście „komunikacyjne serce” Ściegien.

Po dojściu do szkoły (którą wielu z nas zaczęło już nazywać „domem”) i kilkunastu minutach „na oddech” zeszliśmy znowu do naszej „sali tanecznej”, gdzie rozpoczęła się przewidziana na 30 minut prezentacja. Zaczęliśmy od śpiewu (zapowiedzianego przez Magdę) – było rewelacyjnie, a „słowiczy tercet” [Monika, Karina i Michał] normalnie „zatkał” słuchaczy. Śpiewając podkreśliliśmy nasze piękno oraz siłę głosu i energię wieku. Oczywiście występom towarzyszyły obfite i rzęsiste brawa oraz bardzo przyjemne komentarze.

W końcu przyszedł czas na „lekkie poruszenie” czyli prezentację układów tanecznych. „Smidje” nie zaskoczyło naszych Gości [wielu z nich uczestniczyło w poprzednich edycjach Dnia Sponsora]. Pełnym sukcesem stał się natomiast pokaz „No sa” oraz „Cha-cha”. Ten pierwszy, w aranżacji naszych Pań: Bożenki i Jadzi, dał okazję do pokazania „stacjonarnego dynamizmu” każdej i każdego z nas; zaś „cha-cha” (podczas której „szef” uzupełnił „braki osobowe” tańczących) wzbudziła pełny aplauz. Daliśmy z siebie wszystko i sądzimy, że nasz pokaz był w pełni udany. Podkreślili to kolejni mówcy, reprezentujący: Radę Miasta Lubań, bogatyńską Radę Parafialną i Rodziców [że o „komentarzach pod wąsem” Pana Dyrektora nie wspomnimy].

Po zakończonym pokazie dostaliśmy nieco wolnego, aby odetchnąć po „parkietowych emocjach”. Dało to nam też czas, aby przygotować się do finału jednego z ostatnich zimowiskowych konkursów – na najciekawszy plakat-wizytówkę grupy. Było sporo śmiechu, kiedy nasi Goście oglądali i słuchali naszych komentarzy – trochę im współczuliśmy, bo – mimo różnic wiekowych – tak naprawdę nasze plakaty były „prima-sort”. No i w końcu okazało się, że dobrze myśleliśmy – nie mogąc nas plasować na kolejnych miejscach czcigodne Żury zdecydowały… przyznać wszystkim grupom PIERWSZE miejsce!!!

W tym czasie nasz „szeryf” robił kolejne „obiado-kilometry”. Jego wysiłek (wsparty przez pana Bogusława i nas, przy odbiorze) zaowocował pysznym obiadkiem, spożytym razem w – tym razem odświętnie przystrojonej – jadalni. Grupa 2 zadbała o opiekę stołów VIP-owskich oraz wsparła pół-Kadrę w roznoszeniu dań. Może nie był to Hilton, ale Gołębiewski by się tego nie powstydził. Brawo Dziewczyny… i Panowie!!!

Kiedy Goście już nas opuścili, Kadra przeżyła niemały szok… okazało się, że uchowały się jeszcze osoby POSIADAJĄCE ZASKÓRNIAKI!!! No i co z tym teraz zrobić??? Ano cóż – ściegieńskie sklepy są czynne dosyć długo, więc… ruszamy na ostatni „handlowy atak” na wspomniane obiekty. Było to przemyślane – do tego stopnia, że z „handlowych łowów” wróciliśmy bardzo szybko. Cóż więc zrobić z wolnym czasem? Okazało się, że Kadra była na to przygotowana. Po zgromadzeniu nas w – już czyściutkiej – jadalni zostaliśmy poproszeni o wykonanie… SYMPATYCZNEJ KARYKATURY KADRY. No… to już ciężka sprawa… bo jak to połączyć – sympatycznie i karykaturalnie??? Ale udało się. Nasze arcydzieła zawisły na korytarzu, a cała Kadra i pół-Kadra robiła sobie przy nich pamiątkowe fotki (tylko dlaczego brzuszek naszego „szeryfa-szczypiorka” wygląda jak… kaloryfer?!?!?).

Przez te 7 dni nie mieliśmy właściwie czasu na jakieś podsumowanie – a warto, bo działo się wiele. Temu właśnie – wspomnieniom i podsumowaniu służyło spotkanie nazwane „Pożegnalny płomień przyjaźni”. Było cieplutko i serdecznie; tu i ówdzie pojawiły się pierwszy sygnały „pocących się oczu” [czekajcie tylko!!! Jutro dopiero się zacznie!!!].

Zasadą naszych zimowisk jest to, że pierwsza i ostatnia zabawa trwają dłużej. Tak więc został nam dany czas do północy (o ile będzie się nas bawić wystarczająco wielu). Warunek był konkretny i bezdyskusyjny, ale… my mamy swoje sposoby – nasze „czujki” donosiły nam o każdym „przesileniu” i wtedy… na parkiet wbiegała nas cała chmara. Nietrudno było zauważyć podejrzliwość DJ w czerni, ale… umowa to umowa. Niestety, umów nie honorował sprzęt, który w pewnym momencie po prostu… „świnia nie sprzęt”… się zawiesił. Skończyliśmy przez to nasze „balety” nieco ponad 5 minut przed czasem, ale… tu się liczy każda sekunda…

Kiedy w końcu umyci i pełni żalu, że to już prawie koniec ułożyliśmy się na naszych legowiskach, z parteru zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy. „Nocne spacery” nie są może zbyt bezpieczne (z punktu widzenia regulaminu), więc utrzymaliśmy na wodzy naszą ciekawość, ale… co tam się dzieje??? [Okazało się, że to nasz kierowniczek pakował salę disco – nieeeee!!!!! My się jeszcze chcemy bawić!!!!!!].

DZIEŃ 8 29.01.2012 roku {niedziela}

Mimo, iż dzisiaj mogliśmy pospać do 9:00, większość z nas była na nogach już o 8:00 [sprawa jest prosta – ZABAWA BYŁA ZA KRÓTKA!!!!!!.... replay please!!!!!]. Snuliśmy się sennie po korytarzach, słabo reagując nawet na zachęty o przygotowanie bagaży [to też wiadomo… TAK BEZ PRZEBUDZANKI?!?!?]. No i czuliśmy rozczarowanie – a gdzie „poranna sesja foto” – czyżby nasz „szeryf” w końcu „padł na deski”??? Niestety, nie. Kiedy my wstawaliśmy, on już był w trasie (z salą disco) do Lubania (tam też czekali na mszę).

Po śniadaniu ruszyliśmy (niestety, po raz ostatni) do gościnnego kościoła św. Józefa Robotnika w Ściegnach, gdzie wzięliśmy udział w sumie parafialnej. Było może trochę inaczej niż przez miniony tydzień, ale… też było fajnie (w każdym razie nie powtórzyliśmy „numeru” grupy sprzed 3 lat, kiedy to połowa składu o mało co nie usnęła podczas homilii). Czuliśmy się nieźle czując, że jesteśmy akceptowani z tym, co zaprezentowaliśmy mieszkańcom Ściegien.

Po powrocie zostaliśmy zaprzężeni do kieratu porządków. Nasze Opiekunki bezlitośnie sprawdzały wszystko i w końcu… „gdzie się podział ten tygodniowy dynamiczny porządek???” – szczególnie załamał by się twórca tego określenia, nasz „szef” (dla którego ład i porządek to rzecz święta).

W końcu, kiedy czekanie na obiad stało się już trochę nieznośne, pojawiła się „srebrna strzała” z nieco zasapanym kierowcą – a za nią… AUTOKAR!!! … No nie… tak na głodniaka?!?!?… nie jedziemy!!! Pojawiła się między kierowcami jakaś kwestia – ale tylko w rozmowie. Uff… Nasz „szeryf” znowu wybył – po obiady, a my… nadal czekaliśmy. Trochę to trwało {okazało się, że po drodze księciu trafił na blokadę z powodu pożaru i na dwa pojazdy musiał jakoś zawrócić}, ale w końcu z fasonem nadjechał. Szybki rozładunek i… do roboty. Oj, dzisiaj „wiosłowaliśmy” ile sił (nie, żeby nam się spieszyło) – po prostu, czekał nas jeszcze apel końcowy i (ale o tym cicho sza) NAGRODY. Zanim jednak się rozpoczął zostaliśmy poproszeni o pomoc w załadunku przyczepki – oczywiście nikt nie odmówił. Dzięki temu nasz kierownik (choć nie był obecny na apelu od początku) pojawił się pod koniec – było to o tyle wskazane, że ktoś musiał poprowadzić „część oficjalną”. Najpierw serdeczne podziękowaliśmy Panu Dyrektorowi Leszkowi Basińskiemu {tak dla nas otwartemu} – pięknie ujęła to pół-Kadra: „Chcielibyśmy, żeby wszyscy dyrektorzy byli tacy, jak Pan”. Potem przyszedł czas na Kadrę i naszą „szefową patelni i noża”, panią Teresę. Dostało się też naszej kochanej pół-Kadrze – bez której wiele rzeczy wyglądało by inaczej.

W końcu padło hasło „szatnia” i… zaczęliśmy wyprowadzkę. W ciągu 12 minut zniknęły ostatnie ślady naszej bytności na ziemi ściegieńskiej, ale… pozostały one w naszych sercach i wspomnieniach. W kabinie zaległy „piekielne ciemności” i ruszyliśmy. Co pewien czas sprawdzaliśmy, czy „srebrna strzała” nas pilotuje, ale gdzieś tam na horyzoncie widać było jej światła (i tu dylemat: to my tak pędzimy czy „szeryf” się wlecze?). No, ale to nie mogło „wiecznie trwać”. Po blisko godzinie zaczęło się rozjaśniać – to nie poranek, ale pierwsze światła Lubania. A kiedy zajechaliśmy na miejsce „rozładunku”… spuśćmy na to zasłonę miłosiernego milczenia.

CZAS NA PODSUMOWANIE:

Tradycyjnie, podczas tego opisu używałem różnych form wyrazu (tu mi się pewnie dostanie od „Matki Przełożonej” mojej szkoły) – ale to dlatego, że tak wiele spraw przeżywaliśmy w tak krótkim czasie. Z pewnością są luki i nieścisłości, ale nie wszędzie fizycznie mogłem być. Starałem się jednak oddać jak najwierniej klimat naszego wypoczynku. Myślę, że pomocą będą w tym służyły załączone fotki – zwracam uwagę, że na prawie wszystkich widać naszych kolonistów UŚMIECHNIĘTYCH!!!

To zasługa przede wszystkich ich i wniesionego klimatu „kontrolowanej swobody”. Początkowo deprymowało to trochę osoby, będące z nami pierwszy raz, ale szybko dołączyły do reszty. Tak więc najpierw serdeczne podziękowanie kieruję ku KOLONISTOM, dla którym zorganizowane było to – dla mnie już XVII – zimowisko. Owa „swoboda” nie byłaby bezpieczna, a wypoczynkowi zabrakło by wielu zrealizowanych pomysłów, gdyby nie niezawodna KADRA – pani Jadzia Nowak i Bożenka Kołodziejczak – walczące o swoje dzieciaki jak „lwice” i zawsze pełne serca i dobrych pomysłów. Wreszcie, na te szaleństwa nie wystarczyło by sił, gdyby nie… KUCHNIA. Bez pani Teresy i jej pysznych posiłków nasza energia szybko by się wyczerpała {że nie zapomnimy też o serwowanych „całodobowo” napojach}.

Na wstępie zimowiska dowiedzieliśmy się o pewnym novum – zaproszeniu wypróbowanych Dziewczyn z parafii: Magdy, Martyny i Joasi do pełnienia funkcji PÓŁ-KADRY. To „pół” wydaje się deprecjonować ich pozycję – nic bardziej mylnego. Odnosi się tylko do wieku, bo tak naprawdę Dziewczyny w pełni odpowiedzialnie wspierały nas, Kadrę, oraz – wraz z nami – pełniły funkcje wychowawcze. Dziewczyny! To dla Was na pewno ważna lekcja, zaś z naszej strony zapewniamy, iż widzimy w Was współpracownice i przyszłą Kadrę kolejnych zimowisk.

Podsumowanie i podziękowanie można by ciągnąć jeszcze długo – nie zapomnimy o gościnnym Panu Dyrektorze; o osobach (do soboty nam raczej nieznanych), które podczas przygotowań i w trakcie zimowiska okazały nam tak wiele serca i zrozumienia; pamiętamy także o Rodzicach. Im wszystkim

GORĄCO DZIĘKUJEMY!!!!!!!!!!!!!!!!!

Napisany w wycieczki | 2 Komentarzy »

ŻYJE SIĘ TYLKO RAZ czyli… WARTO BYŁO

Autor: admin o 10. Październik 2011

Stało się już tradycją rozpoczynanie kolejnego roku pracy naszej Scholi EDEN od… radosnego i kreatywnego (choć nasze „Gwiazdy” używają tu zamiennika – „sadystycznego”) wysiłku fizycznego. Wiadomo, że płuca najbardziej odświeża ożywczy podmuch halnego albo bryzy morskiej – do Wybrzeża jest ździebko daleko, więc… pozostają góry.

Po kilku przesunięciach terminu na datę „górskiej próby” wybraliśmy sobotę 08.10.2011 roku. Wprawdzie zostały zaproponowane kontrpropozycje (basen, Książ), ale wiadomo… demokracja zawsze zwycięży, więc plany wyjazdowe zostały zdominowane przedstawioną nam bogatą „ofertą górskich uciech”. Wybraliśmy (oczywiście całkowicie dobrowolnie) Karpacz i jedną z tras – z nadzieją, że nasz „Szeryf” padnie tam, jak rok temu przy Moni i Agacie.

Od czwartku jednak zaczął się kryzys – prognozy straszyły nas chmurami i deszczem, a poza tym my, „gorące sztuki” lubimy „klimaty tropikalne” (iść w góry przy 5 stopniach?!?!?… nie ma takiej opcji!!!). Wydawało by się, że sprawę przesądził sobotni poranek – zachlapany, chłodny, nieprzyjemny. Ożywiło to na chwilę łącza internetowe – tylko w ten sposób bezstresowo można było odwołać rezerwację na „mega-wyjazd”.

Okazało się jednak, że w naszym gronie są „odszczepieńcy” (żeby nie napisać „masochiści”), dla których ta pogoda nie była wcale zła. Przed 9:00 pojawiły się najpierw Agata i Monia, w chwilę później dotarła także Zosia. Punkt dziewiąta zajechali Państwo Rybiccy w pełnym, 4-osobowym komplecie. W końcu pojawił się także kolejny kierowca, Pan Ryszard – i zaczęło się ustalanie programu wypadu.

Od razu odpadły projekty „stacjonarne” typu basen czy Hejnice lub Książ. Pozostały więc góry, ale… (jak się dowiedział nasz „szef”) tam przez cała noc padało, temperatura nie jest za wysoka (3-5 stopni) i obniżyła się granica śniegu – cóż to jednak dla nas. Najlepszym podsumowaniem było chyba stwierdzenie Pana Krystiana: „Przynajmniej spróbujmy”. OK – w końcu „co nas nie złamie, to nas podniesie”.

Początek jazdy upłynął w nastroju nieokreślonym – z jednej strony frajda, z drugiej – nieco horrorystyczne widoczki za szybami. Ale przeważył optymizm, którego poziom wzrastał wraz ze zbliżaniem się do celu – nie żeby pojawiło się słońce, ale okazało się, że pogoda nie jest wcale taka tragiczna.

Jadąc za „srebrnym pancernym z psem” dotarliśmy do znajomej (dla Moni, Agaty, Oli i Sebastiana) trasy – rozpoczynającej podejście żółtym szlakiem z Wilczej Polany przez Szeroki Most do Schroniska nad Łomniczką. Początek (czyli tzw. rozgrzewka) trwał krótko – do mostu, za którym weszliśmy na skalistą ścieżkę szlaku prowadzącą… szok!!!!… wciąż pod górę!!! Tempo w sumie nie było najgorsze – podobnie jak rok temu nie wszyscy go jednak wytrzymywali (nasz „szeryf” dzielnie pilnował, aby nikt nie został w tyle – hmmm… wygodne). W sumie jednak im wyżej, tym „kryzys wysokościowy” ujawniał się u coraz większej liczby uczestników. Dało się to poznać po: „astmatycznie zdrowych oddechach”; „tempie szarżującego żółwia”; „górskiej bladości” na niektórych twarzach oraz [już poważniej] znikomej ilości dokumentujących to fotek (norrrrrmalnie szok!!!). O ile jednak przed pewien czas „oddech naszej szkapy” dobiegał raczej z tyłu, to w połowie podejścia dołączył do niego „szkapi chórek” kilku osób (personalne milczenie niech będzie oznaką miłosierdzia piszącego). Pojawiły się też pierwsze halucynacje myślowe („Daleko jeszcze?!?!?” – a co to??? Jesteśmy w królestwie Shreka???). Mimo to jednak – wpatrując się w coraz słabiej widoczny wzorek kurtki pana Krystiana (który „wydarł” jak Małysz) – posuwaliśmy się naprzód (gdyby Armia Czerwona posuwała się w tym tempie, Wrocław do dziś byłby niemiecki).

  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg
  • Nasz mini-wypad.jpg

Faktem jest, że pogoda nas jednak zaskoczyła – ruszając spodziewaliśmy się, że wkrótce coś nam przerwie wspinaczkę. Tymczasem, mimo dużego zachmurzenia, niebo zmilczało naszą obecność i nikomu „nie chciało się zapłakać nad naszym losem”. Nawet temperatura (w sumie nie za wysoka) pomagała w szukaniu w sobie „rezerw mocy”. Dopiero przed samym dojściem do Schroniska „Nad Łomniczką” najpierw ostro powiało i pochłodniało, a zaraz potem poczuliśmy „górski płacz litości” – początkowy „kapuśniak” szybko zamienił się w nieomal ulewę, więc szybko schowaliśmy się w schronisku (dołączając do kilkunastosobowej grupy „góroli”). Mimo, że było cieplej niż na zewnątrz, uderzyło nas jedno: „Czemu tutaj jest tak ciemno???” – fakt, za wyjątkiem kilku świec pomieszczenie oświetlała tylko szarówka zza okien. Na zewnątrz zaś Duch Gór postanowił zaserwować nam wyjątkową atrakcję – mieliśmy okazję poobserwować pierwszą (dla nas w tym roku) ŚNIEŻYCĘ!!! I to nie byle jaką – przez kilka minut widać było zaledwie na 3-4 metry. „Pokaz” trwał jednak krótko i po prawie godzinnym odpoczynku postanowiliśmy… ruszyć na Śnieżkę!!! (o sorka – tu mi się „włączyła” retrospekcja – tym tekstem o mało co nie doprowadziliśmy do zawału jedną starszą panią przy naszym stole i podnieśliśmy ciśnienie Zosi i Oli [które „łyknęły tekst bez mydła”]).

Wiadomo – podczas zejścia działają silniej prawa grawitacji, więc do uprzywilejowanych należeli ci, których przyciąganie „łapało mocniej”. Nasze dziewuszki i Sebastian „wydarli” w tempie wyścigowym, zostawiając nam, dorosłym, „łamanie ciszy wyborczej” ( ku wiadomości OKW – to oczywiście żart). Przyhamowali dopiero koło grupy pojazdów z „kogutami” – „oj panienki, czyżbyście coś miały na sumieniu???”. Kiedy jednak minęliśmy tę grupę zaczęło się od nowa.

O ile podczas trasy w górę nasz kapłan „pilnował tyłów”, o tyle z chwilą wejścia w „strefę cywilizacji” (czytaj Karpacz) objął funkcję prowadzącego – choć może niezupełnie, gdyż swoistą czołówkę stanowił „samotny górski traper” Sebo i nasze „Gwiazdki” (którym niedaleko skoczni zaczęły się bacznie przypatrywać nawet niemowlaki – hmmm… ciekawe, dlaczego). Ten układ pasował, dopóki schodziliśmy „cywilizowanymi szlakami”. Jednak w pewnym momencie „szeryf” zaproponował zejście w „dziką trasę” i zaczęło się. Najpierw nasze dziewuszki musiały zawrócić i z „wielką ochotą” podejść z powrotem tych kilkanaście kroków. Jeszcze bardziej ciśnienie podniosło się Sebastianowi, który aby wrócić musiał przejść… chyba pół Karpacza. W końcu jednak wszyscy dotarli i zaczął się „odcinek specjalny”.

Pierwszym niebezpieczeństwem stała się możliwość „niekontrolowanego zjazdu horyzontalnego” w przypadku nieuwagi. To spowodowało, że wszyscy raczej trzymali się grupy i jakość… udało się zachować „pion”. Oczywiście zaraz potem Sebo ruszył przecierać szlak, co kosztowało go dwa kolejne powroty (w momencie wyboru niewłaściwego kierunku). Nie da się ukryć, że w trasie tej krył się swoisty urok – sporo lasu, niezbyt pewnie wyglądający mostek (po którym, „na próbę”, przeszedł jako pierwszy najlżejszy z nas – „szeryf”) i niesamowite zejście do potoku. „Wilcza Polana” była czarująca – no, może za wyjątkiem kolejnej fazy deszczu, który przyspieszył nieco tempo naszego marszu.

W końcu doszliśmy do ul. Wilczej, skąd już tylko minuty dzieliły nas od „zasłużonego odpoczynku”. Oczywiście, Sebo doszedł jako pierwszy – po nim grupa Panienek, w końcu „dinozaury”. Odstępu czasowe przydały się dla bezpieczeństwa podróży powrotnej – w końcu trzeba było „przewentylować nasze odnóża dolne”, a to mogło być zagrożeniem dla koncentracji naszych kierowców.

Tajemnicą poliszynela jest to, że każdy wyjazd jest obwarowany swoistą klauzulą – damy z siebie wszystko, ale… MxDonald’s musi być!!! Przed tym warunkiem ustąpili nawet „maniacy zdrowego żywienia”. Tak więc trasa powrotna musiała zahaczyć o Jelenią Górę i jej najważniejszy (dla nas) lokal gastronomiczny. Pobyt tam trwał coś koło godziny – i nie chodzi tu o kalorie, ale o frajdę. Przy okazji, co niektórzy poznali prawdziwą cenę niektórych artykułów – np. „cmok” za łyka Coli.

Powrót był w sumie spokojny – dziewczyny miały swoje „babskie sekrety”, a my, koło kierownicy próbowaliśmy zachować spokój, widząc „jazdę barana” innego kierowcy, który… wytrącił w końcu w równowagi jednego z nas.

Jak zawsze, na koniec pozostaje jedno (ale za to jakie piękne) słowo DZIĘKUJĘ. Słowo to kieruję w stronę tych, którzy wzięli udział w dzisiejszym wypadzie: Państwu Renacie, Krystianowi, Oli i Sebastianowi Rybickim; panu Ryszardowi i Monice Piekarskim, Agacie Mikulskiej i Zosi Undro – za wspaniałą atmosferę wypadu inauguracyjnego. Mam nadzieję, że to dobry początek kolejnego roku – tak naszej współpracy, jak i „terenowych przygód”. A tym, którzy zwątpili dedykuję jedno słowo (ale bez złośliwości): ŻAŁUJCIE!!!

Napisany w wycieczki | 5 Komentarzy »

Nocne zwiedzanie Czochy

Autor: admin o 5. Październik 2011

Cudze chwalicie, swego nie znacie…” – znamy tę maksymę, i choć w zasadzie się z nią zgadzamy, bardzo często pozostaje tylko kwestią teorii. Ekscytujemy się „cudami z zagranicy”, jeździmy tysiące kilometrów, aby COŚ obejrzeć, a tymczasem… „tuż pod samym nosem” leżą prawdziwe „perełki”. Tak właśnie „perłą” naszego regionu jest zamek Czocha, z którym związana jest ciekawa historia i wiele – mniej lub bardziej prawdopodobnych – podań i legend.

Nie wiem, jak inni, ale ja miałem przyjemność odwiedzić zamek kilkakrotnie – z tym, że zawsze w dzień. W minioną sobotę (01.10) dostałem jednak szansę ujrzenia go w „nocnej krasie” – zupełnie inaczej niż zazwyczaj. W gronie przyjaciół, o 21:30, rozpocząłem udział w „Nocnym zwiedzaniu Czochy”, będącym finałem tegorocznego Turnieju Rycerskiego.

  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg
  • Nocne zwiedzanie.jpg

Zostaliśmy ze swadą powitani w Sali balowej przez „wodzireja” zwiedzania, który w ciekawy i humorystyczny sposób nakreślił ogólną historię powstania obiektu. Następnie podzielono nas na grupy, oddając pod opiekę poszczególnych przewodników.

Będąc w grupie 2 miałem nadal przyjemność zwiedzania placu zamkowego w towarzystwie wspomnianego wyżej „wodzireja”, który wspomniał o tragicznym pogrzebie i „pechu grabarzy”, o słynnym (i dosyć dwuznacznym) posągu; wreszcie o przechodzeniu zamku z rąk do rąk w ramach planów i zamierzeń matrymonialnych „wielkich ówczesnego świata”. Podczas spaceru do lochów usłyszeliśmy krótką relację o pobycie w zamku „lisowczyków”, o zdradzie, która zakończyła jedną z batalii zamkowych; wreszcie (choć tu czuję niestety niedosyt) poruszono kwestię tzw. „skarbu zamkowego”, odkrytego (zacytuję – „rzekomo”) podczas ucieczki klucznicy i starosty w 1945 roku. [Tu dodam, że szkoda, iż ta – w sumie najnowsza – historia wciąż pozostaje w „cieniu milczenia”. Jest bardzo interesująca i budzi wiele emocji – może stąd wielka wstrzemięźliwość w poruszaniu kwestii II wojny światowej].

Kiedy już skończyliśmy tę część naszego zwiedzania, dostaliśmy się w ręce „kata” (a raczej jego rzecznika prasowego). Kolejny przewodnik, prowadząc nas piwnicami i lochami dosyć barwnie przedstawiał [„naturalnie radosnym tonem”] „rozkosze” bycia katem, który oczekując na jedyne właściwe zdanie: „Przyznaję się do winy” zyskiwał także locum na koszt miasta i prawo… do prowadzenia „chaty uciech horyzontalnych”. Przy wtórze nastrojowej muzyki przestawił nam także krótką historię jednego z właścicieli, zafascynowanych lokalnym złotem – to właśnie jego los skłonił do wniosku, kończącego tę część naszej trasy: „Złoto szczęścia nie daje, więc… po przejechaniu tak wielu kilometrów ulżyjcie sobie i… zostawcie je tutaj”. Było nieźle – może za wyjątkiem jednego z uczestników, który z jakiegoś powodu chciał zaznaczyć swoją obecność [dla niego było to może śmieszne – ja miałem po jego „występach” raczej poczucie niesmaku].

Po wyjściu z lochów wróciliśmy ponownie do Sali Balowej, gdzie – prowadzeni przez kolejną przewodniczkę – zapoznaliśmy się z historią miejscowych zabaw i tragedii, których „echem” są duchy [pokaz „duchowych spacerów” nie miał może rangi scen z „Pana Samochodzika”, ale… był dosyć sugestywny, budując napięcie, którego kumulacją była „czarna postać klucznika” zaczepiająca w ciemnościach „co nadobniejsze białogłowy”. Było trochę krzyku i sporo śmiechu – pojawiła się nawet „dywersyjna próba uchylenia zasłony tajemnicy czarnej maski”.

Zwiedzając zamkowe korytarze mieliśmy także okazję – przy wtórze „grzmotów” – odwiedzić miejscową bibliotekę i poznać jej tajemne przejście [i znowu osobista refleksja – patrząc po umieszczonych na półkach tytułach zrobiło się żal wojennych losów dawnej bogatej kolekcji zamkowego księgozbioru]. Doprowadziło nas ono (śladami bohaterów „Twierdzy szyfrów”) do winiarni, z której podobno wiodło podziemne przejście do Leśnej (w którym zabłąkał się jeden z dzielnych czerwonoarmistów – błąkał się długo… aż do chwili spotkania z nami podczas tego nocnego spaceru). Przy okazji pobytu w winnicy dowiedzieliśmy się, że pomieszczenie to było wykorzystane także do produkcji innego znanego filmu „Gdzie jest generał?” (to tu Orzeszko „odpoczywał” po trudach patrolowania).

Po zwiedzeniu winiarni wróciliśmy znowu do Sali Balowej, gdzie staliśmy się świadkami rycerskiego pojedynku „o cześć” córki zamku. Walka była ostra i – choć nie towarzyszyły jej „miecze świetlne” -bardzo dynamiczna. W końcu „czarny charakter” poległ, cześć białogłowy została obroniona, a my, zwiedzający – ukontentowani widowiskiem – ruszyliśmy ku ostatniej atrakcji dzisiejszej nocy: tajemniczej studni.

Nasz „wodzirej” najpierw wyszukał „medium”, którym stała się Jagienka. Następnie usłyszeliśmy historię, jak to prawa biologii nie chcą współbrzmieć z zasadami historii („albo-albo” – albo dłuższa ciąża, albo krótsza nieobecność ślubnego) – kiedy już zdążyliśmy się oburzyć niewiernością małżonki pana zamku (która to wina przesłoniła nawet okrutna śmierć w studni) POJAWIŁA SIĘ ONA… BIAŁA PANI Z CZOCHY!!! W świetle buchającego ognia i efektów świetlnych przespacerowała się po blankach dziedzińca zanosząc swoją skargę na okrutny los. Nie da się ukryć – efekt był „piorunujący”. Może dlatego z pokorą my, ta „brzydsza płeć”, przyjęliśmy „wyrównującą proporcje” zamkowych opowieści (w których dominowały w negatywnym klimacie niewiasty) krytykę naszych „męskich wyobrażeń i przypadłości”.

Cały wieczór można by zadedykować zmysłom wzroku i słuchu. Zwieńczeniem stała się jednak „uczta dla ciała” – no, uczta to może zbyt górnolotnie, ale… po pięknym podziękowaniu zostaliśmy zaproszeni do degustacji chleba z zamkowej piekarni. Cóż rzec – był pyszny i naprawdę „szedł jak ciepłe bułeczki”.

  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg
  • Czocha nocą.jpg

Nocne zwiedzanie było bardzo interesującym doświadczeniem. Pragnę podkreślić wielką swobodę i swoisty luz w odkrywaniu przed nami tajemnic Czochy. Dzisiaj, kiedy powagi (w tym także tej sztucznej) jest za dużo, te cechy są bardzo pożądane, skutecznie zachęcając do korzystania z tak cennych inicjatyw i „smakowania” w ich przeżywaniu.

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Urlopowe refleksje

Autor: admin o 10. Lipiec 2011

„Wszystko co piękne, szybko się kończy” – tymi słowami proboszcz parafii w Rewalu podsumował dzisiaj kończące się rekolekcje Grupy Odnowy w Duchu Świętym z Wrocławia, odbywające się w tej urokliwej miejscowości. Padły one podczas mszy św. z udziałem wspomnianej grupy i grupy muzycznej „HALLELUJAH”. Idąc na nią zastanawiałem się, ilu uczestników wstanie tak rano (7:30), ale okazało się, że – wcale pojemna – świątynia była pełna. Najważniejszą była atmosfera – mimo porannego „niedospania” było dużo powagi, ale i spontaniczności. Tradycjonalistów może to trochę szokowało, ale dla mnie – zwłaszcza po udziale we mszach św. o uzdrowienie z O.Bogdanem i O.Andrzejem – tego typu postawy są postrzegane bardzo pozytywnie. Przeżyciu Eucharystii sprzyjała także profesjonalna oprawa muzyczna w wykonaniu formacyjnej grupy muzycznej „HALLELUJAH”. W sumie więc naprawdę warto było się zerwać dzisiaj wcześniej, aby wziąć udział w tak wspaniałym przeżyciu.

Co dziwne (przynajmniej dla niektórych), we mszy św. – mimo porannej godziny – wzięła udział duża grupa dzieci. I to właśnie z nimi (a raczej z jedną ze scenek) będzie mi się kojarzyła ta msza [aż żałowałem, że nie miałem jakiegoś mini-aparatu] – wiadomo, pora wczesna, dzieciaki lubią o takiej przebywać jeszcze w „objęciach Morfeusza”. I taka właśnie małolatka siedziała w pierwszej ławce razem z rodzicami. Kiedy przyszedł „czas kryzysu”, po prostu usnęła… w objęciach taty. Wiem, że opis nie oddaje w pełni tego widoku, ale… normalnie, to było piękne.

Msza św. miała też zaskakujący aspekt – jak to mówią, czasem trzeba wyjechać bardzo daleko, aby spotkać kogoś mieszkającego całkiem niedaleko. Tak właśnie było dzisiaj – współkoncelebransem okazał się bowiem… pierwszy proboszcz mojej parafii, ks. Jerzy. Normalnie… same niespodzianki.

  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg

Dzisiejsza msza była jednym z elementów tegorocznego urlopu, który spędzam – jak już od wielu lat – w Rewalu, u Pani Zofii Ripołowskiej. Nie da się ukryć, że sam dojazd [w tym roku eksperymentalny – dla mnie zupełnie nową trasą] nie był łatwy. Ciągłe remonty dróg (oby zakończone przed Euro) wydłużały skutecznie „czas za kółkiem” – w sumie, zamiast dotychczasowych 6 godzin, tegoroczna podróż pochłonęła godzin…8. No, ale w końcu ujrzałem napis „Rewal” i… letnia laba się rozpoczęła.

Oczywiście, na terenie, gdzie wypoczywam od lat, sposób relaksowania się został już dawno określony. Jednym z jego elementów są – krótsze lub dłuższe – morskie spacery. Tak więc, mimo zmęczenia po dniu jazdy, pierwsze kroki zostały skierowane na plażę i… hajda w stronę Trzęsacza.

Ta pierwsza trasa rekonesansyjna zaowocowała dwoma spostrzeżeniami: po pierwsze – wymyło bardzo dużo plaży (różnice w poziomach części poddanej działaniu morza) to nawet 35 cm; po drugie – plaża została zabezpieczona przed erozją [zbocza okolicznych skarp zostały pokryte ochronną warstwą kamienia]; no i te słupki (jak na autostradzie – tylko w żółtym kolorze). Reszta w sumie bez zmian.

Pozostało więc tylko rozpakować się i… zapaść w „błogi stan lewitowania”. Jako, że nastąpiło to dosyć wcześnie, równie wcześnie przyjąłem „pozycję pionu” we wtorkowy poranek. Już o 5:30 rozpocząłem pierwszy urlopowy spacer – tym razem także do Trzęsacza. Niby to niedaleko (jakieś 2 km), ale jak się uderzy we właściwe tempo, to po powrocie pojawi się odrobina potu [przy okazji zauważyłem, że podobnym do mnie „porankomaniaków” było dużo więcej niż rok temu] – czyżby zasada „Kto rano wstaje…” stała się wypoczynkową normą.

Wtorek – jako de facto pierwszy dzień urlopu – dzięki pięknej pogodzie stał się oczywiście pierwszym „podejście” do „przygody z UV” czyli maniackim opalaniem. Wytrzymałem zaledwie 3 godziny [niestety, woda była zbyt chłodna, by sukcesywnie się chłodzić] i sam już nie wiem: albo słońce stało się ostrzejsze, albo… latka lecą. W każdym razie wracając z plaży zdawałem sobie sprawę z tego, że dzisiejsza noc będzie „pełna atrakcji”. Nie pomyliłem się – była „niezła jazda”, ale nic to… dla „urlopowych barw ochronnych” warto wiele poświęcić. Mimo 3-godzinnego leżakowania nie mogłem niestety pozdrawiać znajomych inaczej jak „niedopieczony Apacz”, ale sam tekst „Apacz pozdrawia blade twarze” brzmiał w sms-ach nie najgorzej.

Jako, że lekkie „nadpalenie ciała” spowodowało wcześniejsze zajęcie „pozycji horyzontalnej”, środowa aktywność rozpoczęła się również wcześniej. Już o 6:00 dołączyłem do pozostałym „porannym ptaszków”, wybierając tym razem trasę w stronę Niechorza. Novum tego poranka było wzięcie ze sobą (jak zwykle nieodłącznego) aparatu oraz pierwsze poranne „nękające” sygnały do znajomych. Nikt może nie przeklinał, ale żebyście usłyszeli „rozbudzony” głos jednej z moich respondentek… hmmm… normalnie „cudo”. Ale wszystko to z pełną kulturą i wyrażoną na głos nadzieją, że… następnym razem może trochę później.

Reszta dnia to było właściwie leniuchowanie – tego mi było potrzeba po całym roku pracy: poleżeć, dospać, bez obawy, że zostanie to zaraz przerwane dzwonkiem lub telefonem. Tak więc drugi urlopowy dzień można by nazwać „DNIEM LENIWCA” [ale i tak było super].

Czwartek stał się zaproszeniem do podjęcia dalszego ciągu „łapania letnich barw”. Oczywiście, inauguracją stał się letni spacer – dzisiaj na swój sposób rekordowy, gdyż zaliczyłem trasę całej długości Rewala i do Trzęsacza (w sumie niby tylko 5-6 km, ale… przy bardzo dusznej pogodzie poczułem to „w kościach”). Spacer wydawał się potwierdzać obawy, że dzisiaj także czeka mnie „wypoczynek stacjonarny”, ale – podobnie jak w górach – pogoda tutaj zmienia się z minuty na minutę. Już koło 9:00 pojawiło się pełne słońce i cóż… kocyk ruszył za mną na kolejny „czas rożna”.

Z racji doświadczeń wtorku dzisiaj zabawiłem na plaży krócej żałując, że woda nadal (przynajmniej dla mnie) nie nadawała się do kąpieli [nie należę do morsów]. O ile jednak wczoraj dosypiałem zaległości, o tyle dzisiaj zacząłem w końcu angażować komputer (archiwizując fotki) – co zaowocowało wieloma mailami z całkiem interesującymi zdjęciami [oj, na powrót muszę się zaopatrzyć w kask ochronny i kevlarową kamizelkę ochronną, bo niektóre z nich były sprzed 2-3 lat, a wiadomo, że młodsze panienki są na tym punkcie bardzo wyczulone].

Początek piątku przypominał dni poprzednie – no, może z wyjątkiem godziny. Dzisiaj pozwoliłem sobie na „luksus” wyjścia na plażę o 7:30. Pogoda rewelacyjna – morze gładkie „jak stół”, woda cieplutka, na plaży może nie pustka, ale udało się uniknąć obijania się o siebie. Trasa spaceru miała dzisiaj charakter wspomnieniowy – idąc w stronę Niechorza wszedłem do Rewala na wysokości DW „Strażnica” (gdzie nota bene rozpoczęła się moja znajomość z p.Zofią – kurczę, to już 14 lat). Wracając przez miasto stwierdziłem, że z roku na rok Rewal coraz bardziej pięknieje – naprawdę zrobiono bardzo dużo. Wypiękniał także taras widokowy i jeden z głównych placów miejscowości [szczególnie interesującym stał się dla mnie pomysł podłączenia lamp na placu pod dużą baterię interesująco rozmieszczonych baterii słonecznych – muszę kiedyś wybrać się tutaj w nocy].

Nadeszła sobota. Tradycyjny poranny spacer upewnił mnie, że dzisiaj będzie „ostro” [oczywiście na plaży] – i faktycznie, kiedy o 9:00 rozłożyłem swoje manele i lilipucie kształty, zaczęło się „smażenie”. Dzisiaj było trochę łatwiej – powiewy wiatru powodowały napływanie chmur (dających chwilowy oddech), poza tym dzisiaj woda okazała się łaskawsza (dając możliwość zaliczenia pierwszych tegorocznych kąpieli w Bałtyku). Z tych powodów dzisiejsza „sesja słoneczna” trwała ponad 4 godziny (plus prawie godzinne dopalanie popołudniowe) – no, tu i ówdzie przestałem już przypominać Apacza, upodabniając się bardziej do Kunta-Kinte (ale w sytuacji gdy mocno zbladł). Sobotni finał nieoczekiwanie nabrał charakteru sportowego – nie, nie biegałem czy coś w tym stylu… po prostu dopingowałem naszych siatkarzy. Sprzyjała temu wieczorna ulewa zatrzymująca nas w domkach.

No i wreszcie niedziela. Z racji planowanej mszy dzisiejszy spacer rozpoczął się dużo wcześniej. O 5:30 byłem już przy stanowisku rybaków – i muszę przyznać, że zaskoczył mnie dosyć duży ruch kupujących ryby turystów. Samo wędrowanie odróżniało się od poprzednich jednym – dzisiaj po raz pierwszy trochę zmarzłem. Wychodziło na to, że niedziela stanie się kolejnym dniem „stacjonarnego leniuchowania”. Potwierdziła to aura podczas – wspomnianej wyżej – mszy, kiedy się totalnie rozpadało. Tym „dziwniej” zabrzmiały kończące ją słowa proboszcza, zachęcające do wiary, że pogoda będzie. Kurczę… i spełniło się… gdzieś koło godz. 12:00 słońce znowu pokazało „swój pazur”. Dla mnie nie było to może takie istotne, bo skutki wczorajszego „UV-szaleństwa” skłoniły mnie do bardziej kreatywnego przeżycia dzisiejszego popołudnia – postanowiłem zrobić trochę fotografii porównawczych miejsc, które rok temu, o tej porze, były placem budowy [o ile znajdę archiwalia, postaram się zamieścić fotki z obu okresów]. Dobra, na razie kończę – CZAS NA OBIADOWĄ RYBKĘ…

…oczywiście, smakowała – tym bardziej przy tej pogodzie, która [tu ukłon w stronę miejscowego proboszcza] zdecydowanie się poprawiła. Jako, że „rybka” to kalorie, więc naturalnym następstwem skuszenia się na nią był popołudniowy spacer. Było fajnie i relaksacyjnie. I w sumie tym można by zakończyć opis tego dnia – nie omieszkam jednak zaznaczyć, że pod koniec znów się zachmurzyło. Hmmm… ciekawe, co przyniesie poniedziałek.

Poniedziałek – tradycyjnie już na tegorocznym urlopie – zaczął się wcześnie. Punkt 6:00 rozpoczęła się „poranna zaprawa plażowa”. Z jednej strony dużym zdziwkiem był fakt stosunkowo dużej ilości współspacerowiczów (w tym wielu „sportowców”). Z drugiej – trzeba było się „nastroić” na dzisiejszą pogodę. Zapowiadał się bowiem „dzień słońca” – tak więc w planach oczywiście „UV-randka w jasno”. I faktycznie – już po 9:00 (kiedy zszedłem na plażę) wolnego miejsca zaczęło powoli brakować. Oczywiście, dla mnie to nie przeszkoda – w końcu dla „zaparkowania” moich „lilipucich gabarytów” potrzeba mi zaledwie… 10 m kwadratowych (to oczywiście żart – potrzebowałem tyle, by zmieścił się koc… i ja na nim). Szybko znalazłem „dziuplę w plażowej zabudowie” i zaczęło się. Pamiętam taką reklamę o „przerzucaniu boczków” – dzisiaj było podobnie. Regularność procesu „smażenia” była poddana wskazaniom zegarka: godzina na przód, pół godziny – tył i około 20 minut schładzająca kąpiel. W takim rytmie (dzięki kąpielom i całkiem sporemu wiatrowi) dotrwałem do 14:30, kiedy w końcu ta „rozsądniejsza” część mnie stwierdziła, że… przede mną jeszcze noc, którą trzeba jakoś przeżyć.

Ale rozsądek, wiadomo… rzecz nie zawsze dopuszczana do głosu – więc koło 16:30 postanowiłem się jeszcze „dopalić” (tym bardziej, że w TV pojawiły się anonse o przewidywanych opadach). W sumie wytrzymałem godzinę – silny wiatr po prostu mnie stamtąd „wywiał”. Ale było naprawdę SUPER.

Oczywiście, nie tylko poranne spacery stały się dowodem na istnienie „znamion wieku” – podobnym znakiem stała się [malejąca???] odporność na „randki ze słońcem”. Kiedyś słyszałem taki zwrot: „Spuśćmy na ten temat miłosierną zasłonę milczenia” – użyję go w odniesieniu do tego, jaka była ta noc… hmmm… może nie horror, ale na pewno też nie komedia.

Wtorkowy poranek rozpocząłem więc (mam nadzieję, nie budząc sąsiadów) ze świadomością, że dzisiaj będzie „dzień odpoczynku” od „trzaskania się na mahoń”. Oczywiście, spacer się odbył; zbudziłem podczas niego kilku respondentów; na plaży – jak zwykle – było sporo spacerujących i trenujących (ja dałem sobie z tym spokój z racji „ekologicznych” – klif rewalski jest tak nadwyrężony, że mógłby nie wytrzymać „plażowych wstrząsów sejsmicznych”). Wracając stwierdziłem, że ciężko będzie odmówić sobie opalania, choć z drugiej strony…

Jakby w odpowiedzi na dzisiejszą trudną decyzję pogoda, po kilku pierwszych słonecznych godzinach, zmieniła się na tyle, że przestało mi być aż tak szkoda mojej nieobecności na plaży. Pod wieczór trochę pokropiło i zaczęło się zanosić na to, że kończy się „czas słońca”.

Środowy spacer potwierdził prognozy – zanosiło się na deszcz. Zachmurzone niebo, typowa przed burzą duchota, bezruch powietrza – to skłaniało do przygotowań na zmianę pogody. Pogoda utrzymała się do 9:00, kiedy zaczęło – momentami nawet dosyć ostro – chlapać. Cóż więc pozostało – wykorzystałem ten czas na zaległości korespondencyjne (poczta znowu się ucieszy) i wpadłem w taki rytm, że nawet popołudniowe chwilowe przejaśnienie nie zgoniło mnie na plażę [pewnie szkoda, choć z drugiej strony – jak tu się rozłożyć na mokrym piachu???].

Wiem, że atmosferę „nocnego czuwania” ze środy na czwartek najlepiej zrozumieją ci, którzy mają blaszane dachy – w nocy bowiem zaczęło totalnie lać (padać byłoby tu określeniem nieadekwatnym). A że dachy naszego locum dosyć mocno rezonowały pod wpływem kropli deszczu… pobudka nastąpiła dużo wcześniej (już około 5:00). Wychodziło na to, że tym razem będę musiał sobie odpuścić „poranne balety plażowe” – jednak około 7:00 deszcz powoli ustał i nieco później można było wyjść na jeden z ostatnich tegorocznych „plażowych patroli”.

Widok plaży był oczywiście zupełnie inny niż dotąd – zamoknięta, zachlapana, i prawie pusta. Dzisiaj razem ze mną było w sumie jakieś 10 osób. Oczywiście novum spaceru było także samo morze – od czasu mojego przyjazdu po raz pierwszy w „sztormowej odsłonie”. Po zaliczeniu odcinka do „Strażnicy” wróciłem i – dochodząc do przystani rybackiej – zauważyłem, jaką siłę miał nocny żywioł. Najpierw zwróciłem uwagę na łodzie wyciągnięte na plażę dużo dalej niż zazwyczaj. Zaraz potem zobaczyłem „katastroficzny” obraz łodzi, którą siła spływającej z klifu wody po prostu przewróciła na bok. To już był lekki szok – opady owszem, ale żeby aż tak? Do tego wymyte zejście na plażę. Taaaa… tutaj się naprawdę sporo działo.

Do południa jeszcze dwukrotnie popadało, ale już słabiej i z przerwami – na tyle dużymi, że można się było wyrwać na miasto. I to właśnie zapamiętam z dzisiaj najbardziej.

Okazało się bowiem, że niedaleko – w Niechorzu – wypoczywają moi znajomi z Pleszewa: Martyna i Jakub, którzy postanowili złożyć w Rewalu krótką wizytę. Początek był zabawny, bo telefon od Martyny nie figurował w moich danych – zanim się więc spotkaliśmy mój „twardy dysk” (czytaj: pamięć) spróbował znaleźć wszystkie znane mi osoby o tym imieniu. W końcu przyjechali – zaczęło się od „stresu”, kiedy – po porównaniu – okazało się, że moje kolory są zdecydowanie mniej intensywne. Oczywiście stresu w cudzysłowie, bo całe spotkanie – choć krótkie –było wielką frajdą ujrzenia osób, z którymi nie widziałem się już… ho ho ho, a może i dłużej.

Piątkowy poranek rozpoczął się wcześnie – nieprzypadkowo. Już od wczoraj cieniem na atmosferze wypoczynku położyła się [oczywiście w niewielkim stopniu] świadomość, że już niedługo przyjdzie czas zakończenia urlopu A.D.2011 (nie, żebym nie cieszył się na powrót do swoich). Stąd też dzisiejsza „poranna plażowa zaprawa” rozpoczęła się od sms-owego NIEEEEEE!!! [które boleśnie odczuli moi znajomi – to właśnie przez takie „późne” sms-y zyskałem u nich opinię osoby, z którą nie wolno jechać na dłuższy wypoczynek… a przecież „kto rano wstaje…”].

Wczesnemu ruszeniu na plażę sprzyjała pogoda – po raz pierwszy od dwóch dni dzień rozpoczął się słonecznie. Niestety, kiedy już wyszedłem ze swojej „urlopowej kajuty” okazało się, że słońce słońcem, a temperatura nie jest za bardzo wysoka [dobrze choć, że woda – nadal mokra – była znośna]. Wejściu na plażę towarzyszył ciekawy widok – rodem z czasów „kartkowych”. Mimo wczesnej pory cały odcinek plaży był bowiem pełen osób czekających na… powrót kutra z łowiska (i tu dodam – większość to były osoby w sile wieku, a nie emeryci). Cóż… to cena zdobycia „bałtyckiej świeżynki”.

Wydawało się, że ten ostatni pełny dzień da się – przynajmniej częściowo – spędzić na plaży. Niestety, już wkrótce nieśmiało prześwitujące słońce zostało zakryte przez chmury i wkrótce zachmurzenie stało się dominantą tego dnia. Po południu wprawdzie wiatr trochę przerzedził chmury – ale to umożliwiło tylko krótki spacer (nawet nie po plaży, która była mokra). Swoją drogą – podziwiałem determinację części wczasowiczów, którzy w taką pogodę wyszli w plener. Fakt – wykorzystali wszelkie osłony (wiwat parawany!!!), ale mimo to…

„To już jest koniec…” – te słowa, które kończyły codzienne zabawy w położonym niedaleko lokalu, stały się dzisiaj bardzo aktualne. Tak, tak… niestety… TO JUŻ KONIEC!!! Oczywiście, nie mogło zabraknąć porannego spaceru – tym razem pożegnalnego [te słowa pani Zosia skwitowała: „Prezesie! Jaki ostatni?!?!... Za rok będą następne…” – fakt]. Sama pogoda nastrajała refleksyjnie – bardzo wietrzna, Bałtyk w sztormowej aurze, pustki na plaży. Fajnie się szło, choć trzeba tym razem założyć kurtkę. I tak zakończył się mój URLOP’2011.

Czas na podsumowanie. Oczywiście nie jechałem w celach poznawczych – bawiąc w Rewalu od 15 lat znam go na wylot. Celem był wypoczynek i odrobina „błogosławionego urlopowego lenistwa”. To udało się zrealizować w 100% (co nie znaczy, że pewne rzeczy mnie nie zaskoczyły – Rewal z roku na rok pięknieje). Trochę gorzej wyszło „łapanie kolorów” – albo „znamię lat”, albo ostrzej operujące słońce… spowodowały, że oczywiście nie wrócę jak „Apacz”, ale do planowanego mahoniu jeszcze sporo (ale, po powrocie czekają trawniki – więc się „dopalę”). Za czas super-wypoczynku gorąco dziękuję Pani Zofii Ripołowskiej (ul.Parkowa 10), która – jak zawsze – tworząc sympatyczną i bezpośrednią atmosferę, zapewniła wysoki standard pobytu.

  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg
  • Rewal.jpg

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

Gdyby nie Mc Donald’s

Autor: admin o 14. Maj 2011

Ta „gorzka refleksja” pojawiła się w mojej myśli w momencie, kiedy wracając z dzisiejszego „górskiego spaceru” zacząłem otrzymywać pogróżki „długiej i bolesnej śmierci” na wypadek ominięcia tego obiektu pożądania małolatów. Oczywiście świadomie „gorzka” umieściłem w cudzysłowie – atmosfera bowiem dzisiejszego „leniuchowania” była tak fajna, że tej „słodyczy” nie skazi żaden inny smak.

Ale zacznę od początku. W tym roku pierwsze jego miesiące – oprócz zimowiska – nie stwarzały jakoś okazji do wspólnych wypadów – a są one potrzebne. Po każdym – mimo obolałych nóg i obietnic „nigdy więcej” wzrasta jakość naszej scholkowej pracy. Stąd też, wykorzystując prognozy ładnej pogody, zaproponowałem wypad w sobotę (14.05). Po konsultacjach – które koordynowała Magda (dzięki Madziu!!!) akces do wyjazdu zgłosiło 13 osób.

I tu się pojawił problem – mieliśmy bowiem zagwarantowane tylko 3 „krążowniki szos”, co (w sumie – bez kierowców) dało nam możność zabrania tylko 11 osób. Ale… jak to mówią – u nas najlepiej wychodzi improwizacja. Okazało się, że zerwani z pościeli rodzice Karolinki wyrazili chęć „wyjazdu plenerowego” (i to taką maszyną, że… dech zapiera). Oprócz mojego były więc 3 wozy – to aż za dużo (ale lepiej więcej niż mniej).

Tak więc, po usunięciu tej niedogodności, z 3-minutowym poślizgiem, ruszyliśmy na trasę. Nie ukrywam, że „siedzący mi na bagażniku” Opel zmuszał do bardziej zdecydowanej jazdy, ale… prędkości światła i dźwięku nie przekroczyliśmy (już słyszę „uff” Rodziców odważnej czwórki). Nasza trasa po części była standardem (Lubań – Olszyna – Gryfów). Dojeżdżając jednak do Rybnicy zaczęły się dziać „dziwne rzeczy”. Najpierw zrezygnowaliśmy z wygodnej trasy do Jeleniej na rzecz nieco ekstremalnej do Cieplic (krótsza, ale ileż trzeba się było namachać kierownicą – to tylko wie Paweł, nasz najmłodszy „szef kierownicy”) – domyślacie się, kto kierował ruchem (dobra, dobra… bez nazwisk… wystarczy hasło „srebrna strzała”). W normalnym układzie jechalibyśmy przez Podgórzyn do Karpacza, ale z naszym kierującym coś się porobiło… norrrrmalnie się zbiesił…. Pojechał trasą, która była novum nawet dla p.Pawła: wyjazd z Podgórzyna na Borowice – skręt na Sosnówkę – zjazd na Karpacz (w sumie po raz pierwszy wjechaliśmy do Karpacza od tej strony – no i te zakręty…). Chyba jedynymi zadowolonymi z trasy były „wozo-przyciski” czyli Gabrysia i Patrycja, które strasznie bawił każdy ostrzejszy zakręt.

W końcu jednak dojechaliśmy. Po trzech próbach znalezienia wolnego miejsca zaparkowaliśmy w lekkim oddaleniu od miejsca rozpoczęcia dzisiejszego wędrowania. I tu pojawił się problem – nasz „szeryf” jest bardzo kreatywny… z dwóch planowanych wcześniej tras utworzył projekt trzeciej, której finał liczył 6 wariantów… Normalnie, i jak tu być spokojnym.

  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg

Po krótkiej „rozgrzewce” na trasie „anomalii magnetycznej” (nic nas nie ściągało na dół) weszliśmy w końcu na szlak. Kolor niebieski nie kojarzy nam się ze śmiercią, ale… po 15 minutach zaczęły się powtarzać shreckowskie pytania „daleko jeszcze?” i obietnice „już nigdy więcej. Na czele peletonu, nadając nam rytm, stanęli nasi super-mani: Bartek, Kamil i Paweł. Początkowo towarzyszyła im „damska ochrona” (Martyna i Asia), ale z czasem jakoś pozostała w tyle – na pewno, aby „holować” mające problemy wysokościowe dzieci. Po 20 minutach „luźnej wspinaczki” zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki buntu – „to my już wracamy”. Trzeba było wielkiego zdecydowania, aby ugasić je w zarodku – to może „marcheweczki?”. Żadna z naszych Pań nie chciała skorzystać z tego luksusu. Z takim „dobrowolnym” wysiłkiem doszliśmy do pierwszego dłuższego postoju – tarasu widokowego nad strumieniem. Tu brak miłosierdzia okazał nasz „szeryf” – tylko 7 minut… normalnie szok… a cóż można zrobić w tym czasie… chyba tylko usiąść!!!

Niestety, litości nie było – i po określonym czasie padło hasło „Idziemy dalej”. Wahanie okazali nawet chłopcy (w odróżnieniu od 3-osobowej Kadry wypadu) – no, ale jak trzeba to trudno („na władzę nie poradzę”). Okazało się, że w sumie reszta trasy byłą nawet przyjemna – krótkie podejście i oto… w pełnej krasie ukazał nam się szlak turystyczny z niedaleką Polaną. Sami nie wiemy, co nas pchnęło do przypuszczeń, że tam naprawdę odpoczniemy… Nasz „sheriffo” po prostu zignorował to piękne miejsce i zaproponował – „Następny postój w Samotni” („Czy to daleko???”).

  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg

Po krótkiej rezygnacji (bo na bunt nie mieliśmy już siły) okazało się, że trasa zaczyna nam się podobać – przede wszystkim było sporo zejść (a nie, jak dotąd, tylko pod górkę). Niestety – „sheriff-sadistos” wkrótce zaproponował (choć to chyba niezbyt adekwatne określenie) zejście na coś w rodzaju leśnego wyrobiska. Trasa ta została nazwana przez niego „szlakiem koników polnych” oraz „trasą masochistów i samobójców” (a my przecież kochamy WYGODNE ŻYCIE). Początek był niezły. Trzeba było trochę uważniej wpatrywać się pod nogi, ale… szło się nieźle. Niestety, równe kamyki wkrótce się skończyły i trzeba było „drobić jak gejsze” w drobnym górskim tłuczniu. Próbując jakoś powstrzymać ten thriller goniliśmy za „plecami szeryfa” – tak doczołgaliśmy się do Górskiej Chatki, gdzie… jakby z łaski dostaliśmy… 7 minut!!!… odpoczynku. W sumie jednak było nam wszystko jedno… nie damy się… jakoś się dotargamy do punktu schodzenia…

Dalszy ciąg trasy „konika skalnego” rozpoczęli… nie, nie starszyzna, ale nasi super-mani. „Ruszyli jak burza” holując ze sobą (niestety, tylko przez pierwsze 30 metrów) nasze starsze dziewczęta. Wkró™ce uformował się „górski peleton” w porządku: sheriff, Karolina & Gabrysia, obie Karolinki, potem… długo, długo nic… i w końcu reszta. W takim mniej więcej porządku dotarliśmy skalnym szlakiem do „Samotni”. I tu pragniemy się zwrócić do odnośnych władz z doniesieniem – nasz „szeryf” w Samotni nabył coś, co trąci nam „dopalaczem”. Po tym zrobił się już nieznośny – dał nam jednak odpocząć, i to mamy we wdzięcznej pamięci.

Nasza wdzięczność skończyła się jednak, kiedy zobaczyliśmy dalszy ciąg naszej trasy – przecież to nie Himalaje!!! Nie wzięliśmy lin i raków!!!

Podejście do „Strzechy Akademickiej” w pierwszej fazie jest nieco uciążliwe – zwłaszcza, jak się ma za sobą trochę „górskich kilometrów”. Doszliśmy jednak – nie, nie do „Strzechy”, ale do tarasu widokowego, gdzie nasz „księciunio” chciał nas uwiecznić. Zdjęcia wyszły pewnie nieźle, ale… kosztowały nas sporo stresu. Okazało się bowiem, że belka ogrodzenia była zbyt słaba, jak na możliwości naszej grupki. W pewnym momencie poddała się – co kosztowało niektórych z nas trochę strachu (i rozerwane spodnie Bartka – ale jak stwierdził: „Od nadmiaru świeżego powietrza nikt jeszcze nie umarł”). Tak więc w lekkim stresie (i z chęcią szybkiego oddalenia się od „miejsca przestępstwa”) ruszyliśmy czym prędzej dalej. Po kilku minutach pojawiły się kontury dachu „Strzechy”, a w chwilę później – sylwetki „górskich taksówek” (to niby taki żart wiadomo kogo), które miały nas zwieźć w dół.

Dojście do „Strzechy Akademickiej” miało zakończyć naszą wspinaczkę i zapoczątkować schodzenie – niestety, nasze plany nie były kompatybilne z zamierzeniami prowadzącego. Zamiast wygodnie zacząć schodzić, zostaliśmy zmuszeni (co na to Rzecznik Praw Dziecka?!?!?!) do wolty przed Dolinę Łomniczki do czarnego szlaku (oj księciuniu, „będziesz za to umierał długo i boleśnie”). Ciśnienie wzrosło – takie widoki ładnie wyglądają tylko w TV (a co z tymi, którzy mają lęk wysokości???), ale tak „na żywo”??? Dobrze choć, że tym razem było jasno (prawda Moniu?).

  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg

Do tej pory naszym komentarzem do „twórczych górskich wysiłków” organizatora wypadu były utyskiwania, że „wchodzić zawsze gorzej”. Niestety, początki zejścia czarnym szlakiem pokazały, że to nie jest prawda. „Skakanie po kamykach”, nazwane (oczywiście bez złośliwości) „górskim masażem stóp” okazała się „totalną masakrą”. Nie dosyć, że łatwo o potknięcie, to jeszcze nasze „miejskie buciki” nie bardzo chciały chronić naszych dolnych kończyn przed uszkodzeniami (kto wymyślił te kamienie?!?!?!).

Czarny szlak powoduje czasem jeszcze jeden skutek – tzw. „górską głupawę”. W naszym przypadku jej objawem stało się śpiewanie – fajne, ale to echo…, no i repertuar („Hej sokoły”, etc) – pytanie, co na to karkonoska fauna. Podczas schodzenia utraciliśmy także resztę pewności co do zamierzeń – początkowo podejrzewanego o szczątkowe objawy miłosierdzia – „szeryfa”. Stwierdziliśmy krótko – nasz ksiądz nie ma litości. Potwierdzeniem tego była nagła zmiana szlaków z czarnego na żółty (który kosztował nas podejście tych kilku metrów pod górę – „a cóż z tego, że tak wyrwaliśmy do przodu”) i propozycja fotki przy wodospadzie (znowu schodzenie…).

No, ale jako, że widzieliśmy już asfalt, daliśmy naszemu przewodnikowi trochę forów – posłusznie ustawiliśmy się do fotki i połaziliśmy trochę w „wodospadowych oparach”. Stąd (już bez zachęty) ruszyliśmy do zaparkowanych około kilometra dalej naszych „krążowników szos”.

I to wtedy właśnie zaczęły się podchody, aby uszanować główny motyw naszego dzisiejszego poświęcenia – „Musi być Mc Donald’s!!!”. Tym razem nie było większych sprzeciwów, więc – usatysfakcjonowani – zapakowaliśmy się do samochodów, oczekując ostatniego etapu dzisiejszej przygody. Było z tym trochę perypetii – kierujący nami ksiądz postanowił przypomnieć nam czas zimowiska, i pojechał nieco okrężnie, sugerując, że teraz jedziemy na – proponowany wcześniej – szlak czerwony. O nie, tego już za dużo – „my tu sobie poczekamy, a…” (chyba nie trzeba dopowiadać reszty). Dalszy ciąg trasy był pewnym wyzwaniem dla reszty kierowców, którzy musieli ostrzej działać kierownicą na ściegieńskich serpentynach – dla nas jednak ważna była możliwość owacyjnego powitania bazy zimowiska (szkoły w Ściegnach). Stąd już, bez żadnych przeszkód dojechaliśmy do jeleniogórskiego Mc Donalda.

  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg
  • Majówka.jpg

Wiemy, że utrata kalorii to – w świecie zdominowanym przez „chemię” – samo zdrowie, ale… jak tu się oprzeć tym „kulinarnym wspaniałościom”. Zdaniem naszej „starszyzny” nadrobiliśmy wszystko, co spaliliśmy na szlaku – a cóż z tego… niech żyje Mc Donald’s!!!

To na tyle relacji – wiem, że jest długa, ale… nasz dzisiejszy „spacer” był jeszcze dłuższy. Dzień możemy uznać za udany – po części dzięki wspaniałej pogodzie; w głównej jednak mierze dzięki atmosferze stworzonej przez uczestników. Im więc: Natalii, Agacie, Monice, Martynie, Joasi, Patrycji, Karolinie, Gabrysi, Karolince, Kamilowi, Bartkowi, Pawłowi, Karolince, p. Pawłowi z osobą towarzyszącą oraz kierowcom, za ten dar „wielkiej górskiej radości” serdecznie dziękuję i liczę, że będziecie zainteresowani kolejnym „luźnym wypadem w góry”.

Napisany w wycieczki | 6 Komentarzy »