Blog J.B.

Archiwum: 'wycieczki' Kategorie

Koncert Kolęd 13.01.2019 roku

Autor: admin o 22. stycznia 2019

„Gore gwiazda Jezusowi”

7. Parafialny Koncert i 1. Przegląd Kolęd i Pastorałek

Lubań (Księginki), 13.01.2019 roku

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu 7. Koncertu Kolęd i Pastorałek, który po raz pierwszy odbył się także w formule Przeglądu. Zdjęcia zostały opublikowane zgodnie z normami Dekretu Konferencji Episkopatu Polski w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim z dnia 13.03.2018 roku. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS, aktywując przekierowanie. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

   Za nami kolejny, już 7. Parafialny Koncert Kolęd i Pastorałek. Będąc stałym punktem w kalendarium wydarzeń i imprez artystycznych naszej wspólnoty zainaugurował kolejny rok współpracy w aktualnym składzie osobowym – w sposób wyjątkowy. Przede wszystkim zmieniliśmy jego dotychczasową formułę – będącą początkowo wewnątrzparafialnym spotkaniem formacji muzycznych, a od kilku lat przyjmując konwencję spotkania regionalnego. W tym roku po raz pierwszy nasze spotkanie nabrało charakteru Przeglądu. Novum tegorocznego koncertu było też przyjęcie honorowego patronatu przez Senatora RP, p. Rafała Ślusarza przy wsparciu dyrektora biura senatorskiego, p. Urszuli Maga. Wreszcie liczba wykonawców – w tym obecność Gościa Honorowego, p. Roberta Moraczyńskiego. To wszystko złożyło się na zorganizowanie spotkania, które na długo zapadnie nam w pamięć.

      Podobnie, jak w latach minionych, nie zawiedli nas zarówno parafianie, jak i grupy spoza parafii. Wykonawcy reprezentowali szerokie spektrum: od uzdolnionych dzieci i młodzieży (Wiktoria i Mateusz Wójcik oraz Justyna Marciniuk), przez rozśpiewane grupy rodzinne (Arkadiusz i Zuzia Słowińscy oraz Dominika i Nadia Szydło) i reprezentacje społeczności szkolnych  (uczniowie Szkoły Podstawowej im. Orła Białego w Kościelniku), aż po parafialne formacje wokalno-instrumentalne (chór Maksymilianki oraz schola Dzieciaki z Bożej Paki). Zwracało uwagę bogactwo warsztatowe wykonawców –  od aranżacji instrumentalnych, przez wykonania zespołowe oraz interesujące i bardzo wymagające technicznie indywidualne wariacje wokalne, aż po śpiew chóralny.

   Jak już wspomniałem, tegoroczne spotkanie było dla nas ważne – nie tylko dlatego, że rozszerzyliśmy jego konwencję. Bardzo znaczącym potwierdzeniem jego rangi było przyjęcie zaproszenia przez: Burmistrza Miasta Lubań, p. Arkadiusza Słowińskiego; Przewodniczącego Rady Miasta Lubań, p. Kamila Glazera; Dyrektora Szkoły Podstawowej im. Orła Białego w Kościelniku, p. Ewę Pietrzyk oraz radnego miejskiego i parafialnego, p. Ryszarda Piekarskiego. O zainteresowaniu świadczyła także liczna grupa wykonawców i bardzo wysoki poziom przedstawianych utworów.

   Zgodnie z tradycją nasze spotkanie przeżyliśmy w niedzielę Chrztu Pańskiego, kończącą liturgicznie okres Narodzenia Pańskiego. Podkreśliła to wprowadzająca nas w kolędowy klimat msza św., podczas której odnowiliśmy przyrzeczenia chrzcielne. Już sama msza zwróciła uwagę, że „będzie gorąco” [o jej oprawę muzyczną zadbał chór „Maksymilianki”, nasze „Dzieciaki z Bożej Paki” oraz p. Robert].

   Sam Koncert/Przegląd również rozpoczął się nietypowo – odegraniem przez naszego parafialnego hejnalistę, Mateusza, hejnału inauguracyjnego. Od tej pory wszystko było w rękach (a właściwie w głosach i uzdolnieniach) zaproszonych gości oraz koncertowych inspicjentów: p. Jadwigi Nowak i p. Dawida „Janusza” Binkowskiego.

   Pierwszymi zaproszonymi do „księgińskiej szopy” stali się p. Arkadiusz Słowiński, Burmistrz naszego miasta, z córką Zuzią, którzy wykonali 2 kolędy: „Oj maluśki, maluśki” i „Z narodzenia Pana” . Bardzo interesujące były teksty typu: „Teraz robię dla Zuzi za statyw”, ale furorę zrobiła przede wszystkim sama prezentacja. Pan Burmistrz obawiał się problemów wynikających z braku „akcesoriów” – tymczasem najważniejszy okazał się śpiew (w który ochoczo włączali się pozostali uczestnicy koncertu). Finałem stały więc rzęsiste brawa, na które pierwsi wykonawcy z pewnością zasłużyli.

   Kolejna uczestniczka koncertu, choć może niewielka wzrostem, zaskakuje bogactwem warsztatu muzycznego (i nie tylko muzycznego). Wiktoria Wójcik, bo o niej mowa, jest młodą i bardzo utalentowaną osobą, która już posmakowała w klimacie parafialnych „rozśpiewanych spotkań” i od kilku lat wnosi w nie bardzo dużo własnej inwencji twórczej. Dzisiaj Wiktoria postanowiła pokazać swoje możliwości instrumentalne i wokalne. Piękne aranżacje kolęd „Jezus malusieńki” i „Mędrcy świata”, wykonane na skrzypcach, zachęcały do współpracy, ale nie… nie będziemy zagłuszać tak wspaniałego instrumentu. Gdy zaś nadszedł czas na „Lulajże Jezuniu”… hmm… nawet najbardziej doświadczeni śpiewacy „wysiedli” przed wielotonacyjną wokalizą małej artystki. Wiktoria została zasłużenie nagrodzona owacją (i jak się później okazało – bardzo przypadła do gustu naszym jurorom).

   Do grupy wieloletnich uczestników parafialnych koncertów należą „rozśpiewane rodziny”, które prezentują swoje „domorosłe talenty”. Wśród nich rozwijającą się stale jest tandem: Dominika & Nadia Szydło. Rok temu „wzięły się za bary” z bardzo trudnym utworem („Mario, czy już wiesz?”); dzisiaj spróbowały swoich sił przy piosence „Pierwsza gwiazda”. Sam wykon był super, ale prawdziwie imponującą była… poprzedzająca go mega-hiper-trema. Wprawdzie koncert poprzedziła msza św., ale nasza pani Dominika dopiero po błogosławieństwie rozpoczęła prawdziwe modły. „Żeby się udało”… i ciach… 50 zdrowasiek. „Boże, jak się boję”… i ciach… koronka do Bożego Miłosierdzia. Do tego ciągły ruch dla… wentylacji??? Kiedy wspomniana „beznerwowa osóbka” odsłuchała swój wykon stwierdziła: „Nawet nie słychać mojego strachu”, ale co pikawa musiała przez ten czas pompować to jej. Droga Dominiko… pamiętaj… co nas nie zabije, to nas wzmocni…

   Wspomniałem już o pastorałce „Mario, czy już wiesz?”. To utwór przepiękny, ale technicznie bardzo trudny. Z tym więc większym podziwem przyjęliśmy taki wybór, dokonany przez kolejną wokalistkę – Justynę Marciniuk. Niektórym wokalistom w miarę postępu lat „rzuca się na uszy” lub „na głos” – tymczasem u Justynki na odwrót. Po 2 latach milczenia Justyna wyśpiewała piękne słowa w pełnej ekspresji prezentacji [warto dodać, że nie korzystała z żadnego podkładu, co już w ogóle dla mnie było nie do pomyślenia], która bardzo spodobała się jurorom… i nam wszystkim. Brawo Justynko!

  Kilka lat temu na deskach „księgińskiej szopy” stanęli wykonawcy, reprezentujący Szkołę Podstawowa im. Orła Białego w Kościelniku. Ówczesne spotkanie miało formułę koncertu – wtedy śpiewali razem z innymi. Dzisiaj stanęli w szranki o którąś z trzech „kolędowych nutek” [głównych trofeów dzisiejszego Przeglądu]. Trzeba przyznać, że mimo mutacji u chłopców i tremy u dziewcząt prezentacja („To już pora na wigilię” i „Chrystus się narodził”) okazała się udana. Nasi goście otrzymali gromkie brawa i mamy nadzieję, że temperatura reakcji widowni będzie motywowała społeczność szkoły z Kościelnika do częstszego udziału w księgińskiej rywalizacji muzycznej.

   A teraz uwaga… do księgińskiej szopy zapraszamy przedstawiciela „muzycznej wagi ciężkiej”. Mateusz Wójcik, parafialny hejnalista, posługuje się instrumentem, który w ogólne nie potrzebuje nagłośnienia. Na swojej trąbce potrafi wygrać piękne i trudne technicznie utwory. Dzisiaj dał nam posmakować współpracy przy aranżacji 3. kolęd: „Lulajże Jezuniu”, „Gdy śliczna Panna” oraz „Pójdźmy wszyscy do stajenki”. O ile w momencie prezentacji Wiktorii nie chcieliśmy zagłuszyć instrumentu, o tyle teraz postanowiliśmy to sobie odbić. Wprawdzie Mateusza nie zagłuszyliśmy, ale… nasz akompaniament był słyszalny. Mateuszu! Wielki szacun w Twoją stronę…

   Rok temu rozpoczynały koncert. Dzisiaj prawie go kończyły. Chodzi oczywiście o scholę „Dzieciaki z Bożej Paki”, wkraczającą w 6. rok istnienia. Grupa ilościowo może nie „powala”, ale jest z pewnością bardzo kreatywna. Stosunkowo liczna sekcja instrumentalna (4. gitarzystów) oraz 8-osobowa grupa „gwiazdek” daje nam co niedzielę posmakować piękna dziecięcego śpiewu. Dzisiaj schola postanowiła nas zachwycić trzema utworami. Pierwszym była mało znana pastorałka  „Pomaluśku Józefie” (wynaleziona przez „szeryfa” gdzieś na You Tube). Jest to utwór bardzo charakterystyczny – stopniowo przyspieszając tempo w kolejnych zwrotkach od kilku lat dochodzimy do przedostatniej, której zakończenie traktowane jest przez widownię jako finał (i tak od 3. lat ostatnią zwrotkę rozpoczynamy przy wtórze oklasków). Druga pastorałka „W Betlejem się wydarzyło” (autorstwa Magdy Anioł) to „ulubiony kawałek” gitarowego tercetu: Martyny „Grażynki”, Sandry i Adriana. O ile same akordy są proste, to już nie należy do łatwych partii „szaleństwo na strunach” w kolejnych przejściach. Sami nie wiemy, czy gitara „szeryfa” była zbyt głośna, czy my nieco zdeprymowani – wyszło nam troszeczkę za cicho. No i wreszcie trzecia pastorałka „Cieszmy się i pod niebiosy” – wykonana fajnie, choć (trochę poniewczasie) żałowaliśmy, że zrezygnowaliśmy z tamburyna i grzechotek w refrenie [choć tu dzielnie wspierał nas jeden z jurorów, p. Ryszard]. W sumie jednak jesteśmy zadowoleni z występu – „na wielkanocnym dopiero damy czadu”.

   W naszej parafii trwa oczywiście „bezkrwawa, acz zacięta rywalizacja” między nami a drugą formacją muzyczną – chórem „Maksymilianki”. 7-osobowa grupa pań rzeczywiście dysponuje wieloma walorami, a ciągła praca owocuje rozwojem warsztatu. Nic więc dziwnego, że to właśnie wspomniany chór wieńczył swoją prezentacją tegoroczny koncert. „Maksymilianki” przygotowały spory program, obejmujący kolędy i pastorałki: „Jezusa narodzonego”, „Śpij, dziecino mała”, „Cicha noc” i „Lulajże Jezuniu” [warto dodać, że kolęda „Cicha noc” obchodziła w tym roku 200. rocznicę powstania]. Trzeba przyznać, że czuło się „magię kolęd” – dwugłosowe wykonania, świetnie dobrane głosy, właściwe ustawienie wokół mikrofonów… to dało w efekcie bardzo udany występ. Drogie Panie! Mega-gratulacje…

   Wielość form i rodzajów artystycznego wyrazu, różne gatunki muzyki, rozpiętość wiekowa wykonawców była chyba dla jurorów problemem, bo narada jury 1. Przeglądu Kolęd i Pastorałek trwała dosyć długo [co niektórzy już podejrzewali, że jurorzy dorwali się do kawusi i wrzątku – prawda Dawidzie?]. Ale nam to nie przeszkadzało, bo cały czas oczekiwania na ogłoszenie wyników wypełnił „koncert w koncercie” – pozaprzeglądowy występ p. Roberta Moraczyńskiego, którego silny głos i bardzo nietypowy styl gry na gitarze był skuteczną zachętą do podjęcia wspólnego kolędowania [p. Robert to dawny współpracownik naszego „szeryfa” podczas jego posługi w Węglińcu – mimo, iż od tego czasu minęło 18 lat trzymają ze sobą kontakt]. O jego jakości najlepiej świadczy chyba refleksja Dawida: „Dobrze, że to poza koncertem, bo by Was wszystkich wyciął…” i fakt, że kolędowaniem tak naprawdę wszyscy dobrze się bawili. Pan Robert poprowadził „wspólnotowy koncert”, na który założyły się kolędy i pastorałki: „Dlaczego dzisiaj wśród nocy dnieje?”, „Zaśpiewajmy kolędę Jezusowi dziś”, „Gdy się Chrystus rodzi”, „Przybieżeli do Betlejem”, „Skrzypi wóz, wielki mróz” i „Mizerna cicha”.  Panie Robercie! Dziękujemy i serdecznie zapraszamy do częstszych odwiedzin z gitarą.

   Czas jednak szedł nieubłaganie do przodu i w końcu pojawili się pierwsi jurorzy [bez jakichś widocznych śladów walki]. Zanim podano wyniki, głos zabrał gość honorowy, pod którego patronatem odbywał się dzisiejszy przegląd – Senator RP, p. Rafał Ślusarz. Gratulując wszystkim wykonawcom wysokiej jakości przedstawionych prezentacji podkreślił także wielką rolę kolęd i pastorałek w całokształcie procesu wychowawczego i formowaniu postawy patriotyzmu.

   A zaraz potem napięcie sięgnęło zenitu. Pani Jadwiga, wybrana na „główną winowajczynię” wyborów jury, odczytała sentencję jury. Koncertową rywalizację zwyciężyła bardzo młoda i uzdolniona Wiktoria Wójcik, zajmując 1. miejsce za prezentację obejmującą instrumentalne aranżacje na flecie oraz świetną wokalizę; drugie zostało przyznane Justynie Marciniuk (za piękne wykonanie utworu „Mario, czy już wiesz?”); trzecie zajęła grupa uczniów ze Szkoły Podstawowej im. Orła Białego w Kościelniku. Zostało również przyznane wyróżnienie, które otrzymał chór parafialny „Maksymilianki”. Wszyscy wykonawcy otrzymali także – ufundowane przez p. Senatora – pamiątkowe książki o tematyce patriotycznej (tu wielką pomocą służyła p. Urszula Maga, dyrektor biura senatorskiego).

   Po zakończeniu tej – jakże ważnej – części Koncertu/Przeglądu Dawid zapowiedział rozpoczęcie WIELKIEGO FINAŁU. Do historii naszych spotkań przejdzie wygłoszony przez niego komentarz uzupełniający: „Prosimy nie kłaść się na sianku”. Podobnie, jak rok temu Finał miał podwójny charakter – najpierw nieco nostalgiczny, nawiązujący do wigilijnych wzruszeń. Zaśpiewana przez proboszcza podczas pasterski „Kolęda dla nieobecnych” także dzisiaj zabrzmiała pięknie i (szczególnie w refrenie) imponująco. No, a zaraz po niej rozpoczęło się „kolędowe szaleństwo” – pasterka „Gore gwiazda Jezusowi”. Możecie to sobie wyobrazić – połączone siły wszystkich wykonawców; świadomość, że to już koniec… norrrmalnie coś niesamowitego. Nikt nie żałował płuc – w efekcie „szeryf” zaczął się obawiać, czy jego „dziewczyna” (spoko – chodzi o gitarę) jest w stanie się przebić przez „akompaniament z szopy”. Wyszło super – jednak ktoś zawalił sprawę (nie uwiecznił nas na fotkach). Dla nas to „wsia ryba”, ale „szeryf” po chwili namysłu zaordynował… powtórkę zakończenia pastorałki. Nie musiał nas prosić – daliśmy czadu.

   No, a potem przyszedł czas na „zorganizowaną obrazę Bożą” czyli konsumpcję przygotowanych słodkości. Na widok tego, co znaleźliśmy na stołach dietetycy dostali by chyba zawału lub wylewu. Same „zdrowe kalorie” – no, ale nie mogliśmy zlekceważyć „groźby szeryfa”: „Wypuszczę dopiero, jak na stołach będzie pusto”. A więc do roboty – spalimy to w czasie ferii.

   Ten opis jest trochę bardziej osobisty, stąd wiele tekstów zrozumiałych dla osób, których dotyczą. Pragnę gorąco podziękować wszystkim wykonawcom i uczestnikom oraz osobom wspierającym organizację. 1. Przegląd możemy uznać za sukces – teraz czas rozpocząć przygotowania do Koncertu Wielkanocnego.

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Urlop 2018

Autor: admin o 14. lipca 2018

Przed samym wyjazdem, w niedzielę, jedna z moich Parafianek życzyła mi „mokrego urlopu” – chyba ma w sobie „moc”, bo faktycznie pierwsza część urlopu przebiegła pod znakiem deszczu. Nie, żeby narzekał – odpoczywać można nawet wtedy, kiedy „niebo płacze”, ale ten „bałtycki mahoń” – to już problem. Nie zamierzam opisywać każdego dnia, bo są podobne do siebie – chciałbym natomiast zainteresować zdjęciami tych, którzy uwielbiają morze.

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu urlopu. Zdjęć nie będzie może zbyt wiele (w końcu ile można fotografować morze), ale mam nadzieję, że wzbudzą Wasze zainteresowanie. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS, aktywując przekierowanie. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Aaaa… dzisiaj (14.07) spotkałem na plaży ciekawy widoczek. Godzina 5:25, a tu przy morzu staje para młoda. Tak, tak – sesja przed… albo poślubna. Ustawienia były interesujące. Dobrze, że fotograf nie kazał pannie młodej się topić, a jej menowi – ratować ją. Pozdrawiam.

Tu od wielu lat spędzam urlopowy czas.

Urlop powoli dobiega końca. Nie powiem, żebym był usatysfakcjonowany pogodą (ale na to nie miałem raczej wpływu) – pod tym względem przypomina mi to urlop sprzed 6. lat, kiedy również pobyt na plaży był liczony w godzinach, a nie dniach. Wychodzi na to, że dopiero dzisiaj (20.07), jakby na osłodę, zapowiada się w pełni słoneczny (choć wietrzny) dzień. Tak więc trzeba dziś znaleźć moce, aby na plaży wytrzymać jak najdłużej. Pozdrawiam po porannym spacerze.

Takie efekty to oczywiście skutek robienia fotki „pod słońce”.

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Wymiękające kozice czyli… smartftest

Autor: admin o 11. lutego 2018

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanego niżej wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto (gdzie są umieszczone fotki nie prezentowane w tekście poniżej), wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Jak zwykle, na początku tytuł wydaje się czystą abstrakcją, ale spokojnie – dojdziemy i do jego wyjaśnienia.

Ostatnie 3 miesiące to dosyć poważny kryzys w naszej scholi – nie tylko odeszło kilka osób, ale także te, które pozostały podzieliły się na… „kozice-seniorki” i „adeptów górskiego stepowania”. Pierwsza grupa reprezentuje „styl kanapowy”, druga – aktywną rekreację i poznawanie siebie w „górskiej szkole przetrwania im. Lubańskiego szeryfa”.

Sobota, 10.02.2018 roku, stała się okazją do zorganizowania pierwszego w tym roku wypadu integracyjnego. Był on o tyle ważny, że propozycja wędrówki podczas ferii niestety nie została zrealizowana – „w każdym z nas siedzi zwierzak… leniwiec” (tak to skomentował „szeryf”). Na udział w nim zdecydowała się 3-osobowa grupa „Dzieciaków” [Nadia Pilińska, Kasia Dobrowolska oraz nasz „szarpidrut” Adrian Jaskólski] i Gosia, reprezentantka Służby Liturgicznej. Wyjazd zaplanowaliśmy na godz. 10:00.

Wychodziło na to, że może być kiepsko, bo pogoda od rana nadawała się tylko do… leżakowania. Ale okazało się, że nasza „czwóreczka” jest twarda i nie daje się nawet niesprzyjającej aurze. Wprawdzie wpłynęła ona na początkowe minuty jazdy, ale… im bliżej celu, tym bardziej rozwijała się „srebrnostrzałowa konwersacja”. Niestety, była dosyć monotematyczna – Adrian sprawdzał swoją auto-wiedzę określając znaczenie poszczególnych części kokpitu, zaś nasze dziewuszki próbowały zagadać kierowcę, aby (przez przypadek oczywiście) nie zauważył właściwego zjazdu na Karpacz. Szczytem zaś okazała się spontaniczna reakcja na wiadomość: „Drogie panie i panowie! Wjeżdżamy właśnie do Karpacza!” – „Nieeeeeeeeeeeeeee!!! /…/ Chcemy jeszcze 3. godzin jazdy, a potem od razu do M’c Dolnald’sa”.  Jedyną milczącą „mniejszością” okazała się Gosia (no i oczywiście „szeryf”).

Pierwsze minuty wypadu upłynęły pracowicie – Adrian i spółka chcieli koniecznie sprawdzić, czy śnieg jest zimny i czy się lepi [czyżby jakieś mordercze zamiary?!?!?]. Okazało się, że średnio, ale… naszemu „koziołkowi” wydawało się to nie przeszkadzać.

Trasę rozpoczęliśmy od parkingu przy DW „Wodomierzanka”. Stąd czekała nas może nie ekstremalna, ale jednak wymagająca kondycji, wspinaczka. „Zmęczył się nawet ksiądz” – stwierdziła Kasia, słysząc „sapanie parowozu” tuż za sobą. Trasa doprowadziła nas do „metalowego mostku” [już odbudowanego] – i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie kilka wydarzeń: po pierwsze – Adrian próbował wejść do KPN „skokiem przez przeszkodę” (czyli zamiast obejść barierkę, po prostu przez nią się przetoczył – patrz fotka wyżej); po drugie – już w tym momencie Kasia stwierdziła, że dzwoni do mamy po pomoc; po trzecie – rozpoczęła się „zimowa wojna śnieżynek” [w której Adrian próbował zasypać nasze dziewuszki śniegiem aż po same uszy – nie udało się, ale widok „bałwanic” był całkiem całkiem… no i te krzyki: „Coś mi wpadło pod koszulę!!!”]; i wreszcie po czwarte – Adrian na widok szczytów górskich zapragnął je zdobyć „z buta” [no, ale potem to „odszczekał”]. Tę część „trasy podstawowej” [to określenie „szeryfa” od razu wzbudziło nasz niepokój co do jego intencji] zakończyła „zorganizowana obraza norm dietetycznych” czyli „pączkowe obżarstwo” w pobliskim punkcie postojowym (nie będziemy nikomu wypominać kalorii, ale… „szeryf” zaczął coś intensywnie przeliczać – kalorie na kilometry… Ot taka TŁUSTA SOBOTA).

„Zorganizowana obraza” trwała gdzieś około kwadransa, po czym padło [nie powitane zbyt przyjaźnie] hasło: „No to idziemy dalej”. Wprawdzie pod górkę nasz księciunio trochę zwolnił, ale teraz wyrwał jak „pendolino na dopingu”. Było trochę problemów z nadążeniem, ale… nie chodziło wcale o naszą kondycję, tylko nadal trwały „śnieżne zmagania” (a materiału do zabawy było aż nadto – i to najwyższego gatunku: zimny i lepiący się śnieg). Starała się to uwiecznić „pierwszoplanowa ofiara zmagań”, Gosia (która doskonale przygotowała się do planowanych sesji słit foci).

W języku sportów zimowych trafiamy czasem na określenie „kombinacja norweska”. To ja chciałbym zapytać sprawozdawców – czy wiecie, co to znaczy „kombinacja polska”? Nie?… a to dlatego, że was nie było z nami. „Kombinację polską” bowiem zaczęły uprawiać nasze dzieciaki, zainspirowane widokiem „mikrolodowisk” na trasie wypadu. Oczywiście, jeśli wokół jest śnieg i mała przemarznięta kałuża, to nasz dzieciak gdzie musi stanąć? – tak tak… właśnie na tym „poletku lodowym”. A że chęci nie zawsze są równe umiejętnościom, rozpoczęła się bardzo bolesna „kombinacja” – kto zaliczy najwięcej „bliskich spotkań 3. stopnia z glebą”. W sumie ta „rywalizacja” trwała do samego końca – ilościowo zwyciężył Adrian (sprawdzając odporność lodu 6-krotnie), wyprzedzając Kasię (2-krotna „gleba lodowa”) i Nadię (która „straciła pion” tylko raz). Osobną historię napisała Gosia, która wprawdzie doświadczyła „odmiennego stanu grawitacyjnego” tylko raz, ale za to w jakim stylu (podobno niedaleko nas zeszła zaraz po tym lawina) i po rewelacyjnej zapowiedzi: „Nie chwal dnia przed zachodem słońca… Jeszcze się nie wywaliłam…” – no i zaraz… ooops… doszło do „katastrofy”. Było z tym sporo zabawy – tylko coś „szeryf” nie chciał się dołączyć, zachowując pion do samego końca trasy [czy to nie nudne, „szeryfie”?].

„Lodowe dramaty” towarzyszyły nam przez cały czas wędrówki, ale wciąż (mimo ich liczby) czekaliśmy na „moment traumy” w postaci okrzyku: „Aktualizacja!!!” (to nam obiecał „szeryf” w samochodzie). I oczywiście padł, ale po podstępnym pytaniu poprzedzającym: „Jak się czujemy?”. Chcąc zachować uczciwość odpowiedzieliśmy: „Dobrze” i oczywiście wtedy dowiedzieliśmy się, że „aktualizacja została pobrana”. Sytuację próbował jeszcze „odkręcić” Adrian [jakiś prorok czy co?], ale my (nieświadome „zagrożenia”) zdecydowałyśmy się iść dalej – TRASĄ ZMIENIONĄ PO RAZ PIERWSZY!!!

Początek nie był zły. Fakt, pod górkę, ale spokojnie. Potem zrobiło się jeszcze lepiej – bo z górki. No i dosyć gęsty, ośnieżony las. Robiło się zabawnie – no, może poza Nadią [która zaczęła doświadczać objawów „złośliwości nowych botków”]. Ale chichoty nam przeszły, kiedy zaczęło się pierwsze „prawdziwe” podejście. Tu już „wymiękł” nawet Adrian. Pojawiły się „teksty grożące buntem”: „Ja wracam do samochodu… a da ksiądz kluczyki?… ja dalej nie idę!!!” – ale cóż robić… „life is brutal”… tylko nasz przewodnik miał świadomość, gdzie ten nasz „hotel na kółkach” się znajduje. No dobrze, pójdziemy dalej… ale my już to sobie zapamiętamy…

Okazało się, że „aktualizacja” wyprowadziła nas bardzo wysoko, tuż pod skocznię – trochę nas to podłamało (bo do „srebrnej strzały 2” daleko), ale i pocieszyło, bo „teraz to z górki”. Zastanawiał nas tylko powtarzany kilkakrotnie tekst o „pierwszej zasadzie gór” [w wolnym tłumaczeniu brzmi to tak: „Jeśli się schodzi, to oznacza to, że zaraz czeka nas podejście” – i to w stopniu proporcjonalnym]. Zrozumieliśmy to za późno. Przy okazji okazało się, że nasze dziewczynki muszą popracować nad kolanami – nie chodzi o wygląd, ale fakt, że kilka minut zejścia kosztowało je solidną dawkę „bólów przeciążeniowych”. No to co będzie, jak zaczniemy podchodzić???

„Równanie w dół” trwało dosyć długo (przy czym Gosia stwierdziła, że czuje się już jak w domu… nie dlatego, że kocha góry, ale mieszka na ul. Leśnej – a ta ulica była trasą najostrzejszego zejścia). Tu też „szeryf” przypomniał sobie o sytuacji z „prehistorii” (coś datowanego na epokę lodowcową czy mezozoik) – słowa naszych poprzedniczek, Magdy i Martyny: „Te bolące kolana u księdza to jednak mega-ściema”… i my się z tym w całości zgadzamy.

No dobrze, w końcu „doszliśmy do dna” (tylko nie dosłownie) – teraz czas na wznoszenie. Żaden język pisany nie odda intonacji naszego: „Cooo?!?!?” na widok „skosu do zdobycia”. Nadię, Kasię i Adriana opanowała „biała rozpacz” – do takiego stopnia, że na dźwięk helikoptera zaczęli wołać „pomocy!!!” oraz próbowali zatrzymać „na stopa” wóz Straży Leśnej. Zaczęły się pojawiać konkretne pytania: „Daleko jeszcze?!?!” Nadii (i radosne… ha ha ha… odpowiedzi: „Nie chcesz tego wiedzieć”); opinie lekarskie: „Bolą mnie nogi… i nie tylko…” (Kasia); „traumatyczne deklaracje”: „Ja już nie chcę na szczyty” (Adrian) czy „Nie chcę być już waszą mamą” (Gosia). I ciągła odpowiedź przewodnika: „Twardym trzeba być, a nie miętkim”. Normalnie „horror”.

Zauważył to chyba „szeryf”, bo od tego momentu zaczął pocieszać, że „wóz coraz bliżej, /…/ jeszcze tylko… kilka tysięcy tip-topów”, etc. Próbował nas jeszcze podpuścić do pójścia pod mega-górkę, ale już się nauczyliśmy, że jak pada komenda „w prawo”, to na 99% trzeba skręcić w lewo. I faktycznie, zamiast podejścia „szeryf” zafundował nam traskę stosunkowo równą, na której nasza Gosia zaliczyło „salto mortadele” (opisane wyżej). Trasa „lodowego męczeństwa” doprowadziła nas do zejścia na Wilczą Polanę, które było… hmmm… zejściem nieco ekstremalnym. U niektórych pojawiła się w tym momencie nawet modlitwa: „Panie, daj zachować pion…” oraz ożywienie ruchowe [Gosia i Adrian „drobili jak gejsze”].

Można powiedzieć, że poważniejszy akcent pojawił się chyba pod koniec naszego „lightowego spacerku” – tu już wymiękali prawie wszyscy i zaczęło się… „doładowywanie”. Tak tak – do tego właśnie nawiązuje drugi człon tytułu wpisu „smatrftest”. Zaczęliśmy bowiem testowanie, ile energii da ściskanie „komóreczki” i czy minie ból nóg, jeśli zaczniemy „maniacko stukać w wirtualną klawiaturę”. Chyba trochę pomogło, bo jakoś doczłapaliśmy do… OSTATNIEGO PODEJŚCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! No nie, to już szczyt sadyzmu!!! Żądamy kontaktu z obrońcą praw dziecka i praw człowieka!!! Żądamy także wyciągu albo windy (no, w ostateczności mogą być schody ruchome)!!! Przecież pod takie coś nie da się podejść!!! [Piszący te słowa potwierdza – ostatnie podejście było właściwie „doczłapaniem”, a załączone zdjęcia potwierdzają „świetną formę” naszych wędrowców w opisanym momencie]. I tu nastąpiła by „totalna podłamka”, gdyby nie fakt, że samochód czekał na nas tuż za zakrętem (no, może dwoma) i do tego było już (aż do parkingu) „z górki”.

I znowu, język pisany nie odda naszej ulgi na widok „srebrnej strzały 2” oraz rozkoszy przyjęcia w niej pozycji siedzącej. Musiało jednak minąć kilka minut, zanim znowu poczuliśmy się „jak ludzie”. Bolało nas wszystko, ale ten stan łagodziła świadomość, że teraz czekają nas już same przyjemności – M’c Donald’s i lody. Hurraaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

O wizycie „u Donalda” można powiedzieć tylko dwie rzeczy – jak zwykle niezdrowo (to opinia „szeryfa”) i strrrasznie długo (to potwierdzamy wszyscy). Na realizację zamówienia trzeba było poczekać kilka długich minut, ale nagrodą była „zdrowotna uczta Baltazara”. Mniam mniam!!!!!!!!!!!!!

Na koniec „szeryf” zaprosił nas do Galerii na lody – czemu nie, niech chociaż w ten sposób „odkupi swoje winy”. Lody były całkiem całkiem, co w połączeniu z „donaldowym obżarstwem” nakręciło nas do stopnia „heroicznego” – efektem tego była decyzja Kasi o wzięciu udziału w konkursie walentynkowym i prawie zrealizowany przez Adriana podobny zamiar.

Można powiedzieć, że na trasie powrotnej zaszła dziwna sytuacja – oto nasza aktywna Gosia po prostu „przysnęła’, a nas zaczęło „totalnie ścinać”. Dobrze, że nie poddał się temu nasz kierowca, bo jednak samochody sterowane komputerowo to dopiero przyszłość.

   Zdaję sobie sprawę, że tak opisana trasa sprawia wrażenie „szkoły przetrwania”, ale to tylko pozór. Wprawdzie Nadia, Kasia i Adrian pytani podczas powrotu o powtórzenie wypadku za 3-4 tygodnie zdecydowanie odpowiadali: „O nie!!!”, ale wiadomo… z tym „trzeba się przespać”. Mimo różnego rodzaju uwag pragnę podkreślić determinację i świetną formę towarzyszącej mi „czwóreczki” oraz duże poczucie humoru, okazywane podczas naszej wędrówki. Dziękuję za fajną atmosferę wypadu i liczę na powtórkę. Ostatnia uwaga (na boku): podczas układania tytułu wpisu padła propozycja: „Wymiękające kozice i… koziołek”. Adrianowi to raczej nie przypadło do gustu. Muszę więc zapytać – Adrian, czy wolisz brzmienie: „Wymiękające kozice i… rogacz”???  

 

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Oj, sypie nam się Schola czyli… pytania retoryczne

Autor: admin o 20. października 2017

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanego niżej wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. SERDECZNIE ZAPRASZAM.


Spokojnie, za chwilę oba człony tytułu zostaną wyjaśnione. Sprawa dotyczy wypadu do Jeleniej Góry [14.10.2017 roku], na który została zaproszona przez „szeryfa” cała Schola. Wyszło „średnio na jeża” – na 15-osobowy skład Scholi kolejny „lightowy spacer górski” zaryzykowała zaledwie 1/3 składu: Werka, Nadia „mała-wielka”, Kasia, Gabrysia i Nadia „juniorka”. Do przewiezienia tej licznej grupy potrzebowaliśmy 2 samochodów – stąd w składzie „ekstremalnych wyczynowców” zaleźli się także kierowcy: niezawodna pani Ania i „szeryf”. Można by więc domniemywać, że wyjazd „nie wypalił”, ale… nie liczy się ilość, tylko jakość. Nasze „wędrowniczki” w obu „krążownikach szos” bardzo szybko wpadły na właściwą orbitę nastrojów i kiedy dojechaliśmy do Jeleniej Góry były „gotowe na wszystko” [choć „wędrówkowe seniorki” (Werka i Nadia) z obawą czekały na komunikat: „Złapałem aktualizację”].

Z tą „gotowością” to może nie tak zupełnie na 100% – kiedy tylko zaczęliśmy podejście pod wieżę widokową Werka stwierdziła, że „wysokości jej nie służą”, ale… dzielnie szła do przodu wraz z innymi. Podczas zwiedzania wieży i podziwiania widoków gdzieś nam się zapodział „szeryf” – głos niby było słychać, ale sylwetki nie dało się zlokalizować („szeryf” poszedł do podziemia, czy jak?). Okazało się, że w czasie naszego pobytu „bliżej Szefa” próbował znaleźć dalszy ciąg trasy „szczytami”.

W końcu, idąc za głosem odnaleźliśmy „szeryfa” dużo niżej – „i my mamy tam zejść?” zapytała pani Ania; „a szeryf dotarł tam na nogach czy innej części ciała?” dodała po chwili. Fakt, zejście było strome, ale bez przesady… cóż to dla naszych „kozic”. Pod nieobecność „szeryfa” coś musiało się na górze zadziać, bo po zejściu doszło do gorszących scen „przemocy rodzinnej” – w rękach pani Ani znalazł się kij, przed którym uchylała się dzielnie Werka [ach tak, to nie „przemoc” tylko słynny kijek w naszych wypraw górskich: „Mój ci on!!!”].

Jak wspomniałem, „weteranki górskich spacerów” niepokoiła tylko możliwość „aktualizacji” – tymczasem komunikat „szeryfa” zabrzmiał na dole zupełnie inaczej: „Dziewczyny, tą trasą idziemy po raz pierwszy /…/ WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ!!!”. „Czy nie lepiej więc od razu wrócić do naszych wygodnych samochodów?” – zapytała Werka. Na odpowiedź zarzućmy miłosierną zasłonę milczenia. Po chwili okazało się, że szlak faktycznie nie został „przetarty” – „szeryf” zafundował nam „trasę przetrwania” (a co, by Obrona Terytorialna jesteśmy?!?!?): wokół chaszcze, ścieżka ledwie widoczna, chwastów co niemiara, i co najgorsze – trasa biegła wokół wieży. Tak więc po kilkuminutowym  „błądzeniu w leśnych ostępach” znaleźliśmy się znowu w punkcie wyjścia. No, ale tu nasz „szeryf” podjął decyzję: „Teraz pójdziemy szlakiem oznakowanym” [Chwała Ci, Najwyższy!!!].

Szlak zielony (bo na ten trafiliśmy) okazał się na początku łatwy i urokliwy. Kolory jesieni, przebieg szlaku między skałami, no i ta cisza… potrafiły człowieka zachwycić. Wkrótce jednak okazało się, że szlak schodzi się (na wysokości mostu kolejowego) ze szlakiem „asfaltowym”. Pomyśleliśmy: „I to już koniec???… ueeeeeee!!!!… a miało być tak ekstremalnie!!!” – i uczyniliśmy to chyba w złą godzinę, bo po kilku minutach pojawił się znacznik zielonego szlaku skierowany… ku górze!!!. „Mamy wędrować do nieba?!?!?!”. Oczywiście, że nie – znacznik po prostu zapraszał do wejścia „lightowymi” schodami leśnymi dosyć ostro do góry. „No nie… na to się nie pisaliśmy!!!”. Ale cóż, sadysta „szeryf” nie zostawił nam „wyjścia alternatywnego” – „Idziemy”… i trzeba było zacząć wspinaczkę [żeby nie było – gdzieś w połowie doszedł nas dziwny dźwięk. Patrzymy na most – żadnego pociągu… no to kto tak sapie?… czyżby nasz „szeryf” lekko się zmęczył???].

Faktem jest, ten odcinek szlaku „dał nam ostro w kość” – peleton rozbił się na dwie części: czołową (no, może nie liderską) z „szeryfem” i „wieńczącą peleton” (dostojnie kroczące do przodu: pani Ania z Nadią i Werką). Znowu pojawiły się teksty typu: „To mi nie służy” oraz coraz częstsze pytania: „Daleko jeszcze?”; zaczęto także snuć fantasmagorie o „wezwaniu rodziców na pomoc”. W stanie daleko posuniętego wyczerpania nasze dzieciaki „łykały wszystko bez mydła” – nawet żarty o powrocie planowanym na 22:30. Ale nie pozostawały dłużne – jak to stwierdził „szeryf”, na tej trasie było „zero anonimowości”… Nasze wykrzykiwane „Proszę księdza!!!” oznajmiało wszem i wobec, kim jest nasz przewodnik.

Prawdziwy kryzys pojawił się na krzyżówce szlaku ze „szlakiem poetów” – ten drugi biegł w dół, nasz zaś nadal prowadził do góry. Nasze dzieciaki, którym „drukowane często szkodzi” wręcz błagały o pójście „drogą literatury pięknej”. Niestety, starszyzna (pani Ania i trochę wahający się „szeryf”) zdecydowali: „Nie ma lekko, idziemy dalej… kiedyś musi się w końcu zrobić z górki…”. Decyzja była słuszna, bo już po kilku minutach teren się wyrównał i zaczęliśmy iść po równym, a zaraz potem po skosie w dół. Niestety, okazało się, że „zmęczenie materiału” nie pozwoliło niektórym z nas docenić frajdy „jazdy w dół”. Gabrysia i Nadia „juniorka” zaliczyły glebę, do czego dołączyła także Kasia na liściach. Jedyną fajną rzeczą tego odcinka trasy był taras widokowy, z którego mogliśmy podziwiać piękno panoramy Jeleniej Góry i okalających ją lasów „w jesiennej szacie”.

Po kilku „glebach” doszliśmy do elektrowni, przy której weszliśmy z powrotem na szlak prowadzący do „Perły Zachodu”. Było wprawdzie kilka krótkich odcinków „pod górkę”, ale cóż to po tym wszystkim, czego już doświadczyliśmy. W końcu „szeryf” pokazał nam dach „Perły” i dodał: „No to połowę trasy mamy za sobą”… Coooo?!?!?!?!… Dopiero połowa?!?!?!? Zanim jednak wpadłyśmy w traumę pojawiły się stoliki i ławy oraz zaproszenie starszyzny: „Teraz dłuższy postój”.

Odpoczynek był nam potrzebny, ale i groźny. Wiedziałyśmy, że celem finalnym dzisiejszego wypadu miał być jeleniogórski M’c Donald’s – ale kiedy doszły do nas wspaniałe zapachy z „Perły”… po prostu nie mogłyśmy się oprzeć pokusie (przynajmniej niektóre z nas). Fryteczki były rewelacyjne, kawusia także – choć o obie te pozycje trzeba było „zawalczyć jak lwice” [bo ta pani przy ladzie coś nie za bardzo kumała]. Kiedy już trochę się rozleniwiłyśmy padło hasło: „Czas iść dalej” – nie to, żebyśmy były zmęczone, ale… tutaj jest asfalt i droga… nie mógłby „szeryf” po nas podjechać???

Zanim jednak ruszyliśmy dalej, część z nas postanowiła wejść na wieżę „Perły Zachodu” skąd także zobaczyłyśmy fajne widoczki [notabene tych kilka minut wykorzystała pani Ania, która zaanektowała  dla siebie… huśtawkę – oj tak, tak, pani Aniu… przypomniały się „smarkate lata”, prawda?]. Szybko dołączyłyśmy do naszej „szefowej” licząc na jeszcze kilka minut błogostanu. Niestety, trwał on baaaaardzo krótko – „szeryf” zaprosił nas bowiem do „zejścia nieco niżej” w drodze do samochodów. „Nieco niżej” oznaczało kilkadziesiąt stromych schodów, które musiałyśmy zaliczyć… „Czy tu nikt nie słyszał o windzie?!?!? /…/ Po co te schody i to aż w takie ilości?!?!?”.

Po lekkim „skoku kozic” nad „przepaścią” weszłyśmy w las – w sumie fajnie, tylko… kondycja coś nam zaczęła siadać. „Daleko jeszcze?!?” wybrzmiewało coraz częściej – i w tym właśnie pojawiła się myśl Werki, że to pytanie „jest retoryczne”. Dopóki pytały dzieci, to faktycznie takim było, ale kiedy dołączyła do tego pani Ania („ja chyba też trochę pomarudzę”) zrobiło się „groźnie”.

Co więcej, „zmęczenie materiału” wprawdzie wyciszyło najgłośniejsze „kozice”, ale jednocześnie obudziło w nich (szczególnie w Gabrysi) ducha Sherlocka Holmesa: „A ile ksiądz ma lat? /…/ A czemu ksiądz został księdzem? /…/ A dlaczego ksiądz lubi chodzić po górach? /…/, etc”. I tak aż do mostu kolejowego.

Tu, ze szlaku leśnego weszliśmy w szlak „bagienny”. Było trochę grząsko i ślisko; no i morze chwastów (te polubiła szczególnie „mała-wielka” Nadia i Kasia), które stwierdziły, że „bardzo lubią mega-pokrzywy”. Nie da się ukryć, że tu już nasze tempo spadło ostro [nawet u „szeryfa”], choć byliśmy zmotywowani: „Do samochodów jeszcze tylko 2345… 2287… 2045,5… 1656… kroków” [wyliczał nam to „szeryf”]. Nasze wędrowanie trwało w sumie nie za długo, ale… widok asfaltu podziałał na nas mobilizująco – parking chyba rzeczywiście już niedaleko. A po kilku minutach podniósł się harmider: „Są, są, są…!!!”.

Oczywiście, tym obrazem zakończyła się pierwsza odsłona dzisiejszego wypadu. Drugą [zgodnie z tradycją jeszcze z „Edenu”] była wizyta w M’c Donald’s i „wielka zdrowa wyżerka”. Nasze dzieciaki oczywiście „zaszalały na maksa” (gdzie to się pomieściło?); Werka popróbowała „ekwilibrystyki tacowej” (zakończonej „tragedią”) – a wszyscy zaczęli się zastanawiać, jaką to niespodziankę przygotował „szeryf” [bo takową zapowiedział]. Skala opinii na ten temat była bardzo szeroka – od podejrzenia chęci powtórzenia trasy do „Perły”, przez basen, po lody. Ta ostatnia opinia okazała się zgodna z prawdą – zostałyśmy zaproszone do Galerii na mega-lody. To „mega” to może przesada, bo po „zdrowej wyżerce” zostało niewiele miejsca na „lodowe łakocie”, ale nie zawiodłyśmy oczekiwań sponsora i zamówiłyśmy po gałce [i każda zupełnie inny smak]. Aby konsumpcja nam się nie dłużyła zatrzymałyśmy się przy scenie konkursu na „najbardziej efektowne indywidua hallowenowskie”. Było zabawnie, choć starszyzna jakoś nie wykazywała podczas oglądania fragmentów specjalnego entuzjazmu.

Trasa powrotna (przynajmniej w „srebrnej strzale 2”) przebiegła w nastroju aktywnego zasypiania. Co chwila dochodziło do „scen łóżkowych” – dziewczyny spały na sobie (dosłownie) i budziły się wzajemnie na zakrętach. Oczywiście towarzyszyły temu salwy śmiechu, co było najlepszym dowodem, że mimo zmęczenia fizycznego kondycja humoru pozostała nienaruszona. W takiej właśnie atmosferze dojechaliśmy do Lubania, kończąc pierwszy od dłuższego czasu wypad scholkowy.

 

Piszący te słowa „szeryf” pragnie podziękować niezawodnej pani Ani (która użyczyła swojego czasu i „bryki”) oraz grupie „dzielnych wędrowniczek” za fajną atmosferę „lightowego spaceru”. Mam jednocześnie nadzieję, że teksty typu „To już ostatni raz” i „Nigdy więcej” były tylko „turystyczną humoreską”.

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

Wakacyjne motywy

Autor: admin o 15. lipca 2016

Tym razem (w odróżnieniu od lat ubiegłych) nie będzie opisu urlopowego czasu. Postanowiłem natomiast pokazać go na fotografiach – już nie tych, powtarzających się co roku, ale wykorzystujących techniki i sposoby, które poznałem w minionym roku szkolnym (tu ukłon w stronę moich „nauczycieli”: Piotra i p.Norberta). Fotki są prezentowane w stanie surowym, ale – mimo pewnych niedociągnięć – powinny się spodobać. Zapraszam więc…

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu urlopu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »