Blog J.B.

Archiwum: 'wycieczki' Kategorie

Urlop 2018

Autor: admin o 14. lipca 2018

Przed samym wyjazdem, w niedzielę, jedna z moich Parafianek życzyła mi „mokrego urlopu” – chyba ma w sobie „moc”, bo faktycznie pierwsza część urlopu przebiegła pod znakiem deszczu. Nie, żeby narzekał – odpoczywać można nawet wtedy, kiedy „niebo płacze”, ale ten „bałtycki mahoń” – to już problem. Nie zamierzam opisywać każdego dnia, bo są podobne do siebie – chciałbym natomiast zainteresować zdjęciami tych, którzy uwielbiają morze.

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu urlopu. Zdjęć nie będzie może zbyt wiele (w końcu ile można fotografować morze), ale mam nadzieję, że wzbudzą Wasze zainteresowanie. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS, aktywując przekierowanie. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Aaaa… dzisiaj (14.07) spotkałem na plaży ciekawy widoczek. Godzina 5:25, a tu przy morzu staje para młoda. Tak, tak – sesja przed… albo poślubna. Ustawienia były interesujące. Dobrze, że fotograf nie kazał pannie młodej się topić, a jej menowi – ratować ją. Pozdrawiam.

Tu od wielu lat spędzam urlopowy czas.

Urlop powoli dobiega końca. Nie powiem, żebym był usatysfakcjonowany pogodą (ale na to nie miałem raczej wpływu) – pod tym względem przypomina mi to urlop sprzed 6. lat, kiedy również pobyt na plaży był liczony w godzinach, a nie dniach. Wychodzi na to, że dopiero dzisiaj (20.07), jakby na osłodę, zapowiada się w pełni słoneczny (choć wietrzny) dzień. Tak więc trzeba dziś znaleźć moce, aby na plaży wytrzymać jak najdłużej. Pozdrawiam po porannym spacerze.

Takie efekty to oczywiście skutek robienia fotki „pod słońce”.

Napisany w wycieczki | 1 Komentarz »

Wymiękające kozice czyli… smartftest

Autor: admin o 11. lutego 2018

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanego niżej wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto (gdzie są umieszczone fotki nie prezentowane w tekście poniżej), wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Jak zwykle, na początku tytuł wydaje się czystą abstrakcją, ale spokojnie – dojdziemy i do jego wyjaśnienia.

Ostatnie 3 miesiące to dosyć poważny kryzys w naszej scholi – nie tylko odeszło kilka osób, ale także te, które pozostały podzieliły się na… „kozice-seniorki” i „adeptów górskiego stepowania”. Pierwsza grupa reprezentuje „styl kanapowy”, druga – aktywną rekreację i poznawanie siebie w „górskiej szkole przetrwania im. Lubańskiego szeryfa”.

Sobota, 10.02.2018 roku, stała się okazją do zorganizowania pierwszego w tym roku wypadu integracyjnego. Był on o tyle ważny, że propozycja wędrówki podczas ferii niestety nie została zrealizowana – „w każdym z nas siedzi zwierzak… leniwiec” (tak to skomentował „szeryf”). Na udział w nim zdecydowała się 3-osobowa grupa „Dzieciaków” [Nadia Pilińska, Kasia Dobrowolska oraz nasz „szarpidrut” Adrian Jaskólski] i Gosia, reprezentantka Służby Liturgicznej. Wyjazd zaplanowaliśmy na godz. 10:00.

Wychodziło na to, że może być kiepsko, bo pogoda od rana nadawała się tylko do… leżakowania. Ale okazało się, że nasza „czwóreczka” jest twarda i nie daje się nawet niesprzyjającej aurze. Wprawdzie wpłynęła ona na początkowe minuty jazdy, ale… im bliżej celu, tym bardziej rozwijała się „srebrnostrzałowa konwersacja”. Niestety, była dosyć monotematyczna – Adrian sprawdzał swoją auto-wiedzę określając znaczenie poszczególnych części kokpitu, zaś nasze dziewuszki próbowały zagadać kierowcę, aby (przez przypadek oczywiście) nie zauważył właściwego zjazdu na Karpacz. Szczytem zaś okazała się spontaniczna reakcja na wiadomość: „Drogie panie i panowie! Wjeżdżamy właśnie do Karpacza!” – „Nieeeeeeeeeeeeeee!!! /…/ Chcemy jeszcze 3. godzin jazdy, a potem od razu do M’c Dolnald’sa”.  Jedyną milczącą „mniejszością” okazała się Gosia (no i oczywiście „szeryf”).

Pierwsze minuty wypadu upłynęły pracowicie – Adrian i spółka chcieli koniecznie sprawdzić, czy śnieg jest zimny i czy się lepi [czyżby jakieś mordercze zamiary?!?!?]. Okazało się, że średnio, ale… naszemu „koziołkowi” wydawało się to nie przeszkadzać.

Trasę rozpoczęliśmy od parkingu przy DW „Wodomierzanka”. Stąd czekała nas może nie ekstremalna, ale jednak wymagająca kondycji, wspinaczka. „Zmęczył się nawet ksiądz” – stwierdziła Kasia, słysząc „sapanie parowozu” tuż za sobą. Trasa doprowadziła nas do „metalowego mostku” [już odbudowanego] – i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie kilka wydarzeń: po pierwsze – Adrian próbował wejść do KPN „skokiem przez przeszkodę” (czyli zamiast obejść barierkę, po prostu przez nią się przetoczył – patrz fotka wyżej); po drugie – już w tym momencie Kasia stwierdziła, że dzwoni do mamy po pomoc; po trzecie – rozpoczęła się „zimowa wojna śnieżynek” [w której Adrian próbował zasypać nasze dziewuszki śniegiem aż po same uszy – nie udało się, ale widok „bałwanic” był całkiem całkiem… no i te krzyki: „Coś mi wpadło pod koszulę!!!”]; i wreszcie po czwarte – Adrian na widok szczytów górskich zapragnął je zdobyć „z buta” [no, ale potem to „odszczekał”]. Tę część „trasy podstawowej” [to określenie „szeryfa” od razu wzbudziło nasz niepokój co do jego intencji] zakończyła „zorganizowana obraza norm dietetycznych” czyli „pączkowe obżarstwo” w pobliskim punkcie postojowym (nie będziemy nikomu wypominać kalorii, ale… „szeryf” zaczął coś intensywnie przeliczać – kalorie na kilometry… Ot taka TŁUSTA SOBOTA).

„Zorganizowana obraza” trwała gdzieś około kwadransa, po czym padło [nie powitane zbyt przyjaźnie] hasło: „No to idziemy dalej”. Wprawdzie pod górkę nasz księciunio trochę zwolnił, ale teraz wyrwał jak „pendolino na dopingu”. Było trochę problemów z nadążeniem, ale… nie chodziło wcale o naszą kondycję, tylko nadal trwały „śnieżne zmagania” (a materiału do zabawy było aż nadto – i to najwyższego gatunku: zimny i lepiący się śnieg). Starała się to uwiecznić „pierwszoplanowa ofiara zmagań”, Gosia (która doskonale przygotowała się do planowanych sesji słit foci).

W języku sportów zimowych trafiamy czasem na określenie „kombinacja norweska”. To ja chciałbym zapytać sprawozdawców – czy wiecie, co to znaczy „kombinacja polska”? Nie?… a to dlatego, że was nie było z nami. „Kombinację polską” bowiem zaczęły uprawiać nasze dzieciaki, zainspirowane widokiem „mikrolodowisk” na trasie wypadu. Oczywiście, jeśli wokół jest śnieg i mała przemarznięta kałuża, to nasz dzieciak gdzie musi stanąć? – tak tak… właśnie na tym „poletku lodowym”. A że chęci nie zawsze są równe umiejętnościom, rozpoczęła się bardzo bolesna „kombinacja” – kto zaliczy najwięcej „bliskich spotkań 3. stopnia z glebą”. W sumie ta „rywalizacja” trwała do samego końca – ilościowo zwyciężył Adrian (sprawdzając odporność lodu 6-krotnie), wyprzedzając Kasię (2-krotna „gleba lodowa”) i Nadię (która „straciła pion” tylko raz). Osobną historię napisała Gosia, która wprawdzie doświadczyła „odmiennego stanu grawitacyjnego” tylko raz, ale za to w jakim stylu (podobno niedaleko nas zeszła zaraz po tym lawina) i po rewelacyjnej zapowiedzi: „Nie chwal dnia przed zachodem słońca… Jeszcze się nie wywaliłam…” – no i zaraz… ooops… doszło do „katastrofy”. Było z tym sporo zabawy – tylko coś „szeryf” nie chciał się dołączyć, zachowując pion do samego końca trasy [czy to nie nudne, „szeryfie”?].

„Lodowe dramaty” towarzyszyły nam przez cały czas wędrówki, ale wciąż (mimo ich liczby) czekaliśmy na „moment traumy” w postaci okrzyku: „Aktualizacja!!!” (to nam obiecał „szeryf” w samochodzie). I oczywiście padł, ale po podstępnym pytaniu poprzedzającym: „Jak się czujemy?”. Chcąc zachować uczciwość odpowiedzieliśmy: „Dobrze” i oczywiście wtedy dowiedzieliśmy się, że „aktualizacja została pobrana”. Sytuację próbował jeszcze „odkręcić” Adrian [jakiś prorok czy co?], ale my (nieświadome „zagrożenia”) zdecydowałyśmy się iść dalej – TRASĄ ZMIENIONĄ PO RAZ PIERWSZY!!!

Początek nie był zły. Fakt, pod górkę, ale spokojnie. Potem zrobiło się jeszcze lepiej – bo z górki. No i dosyć gęsty, ośnieżony las. Robiło się zabawnie – no, może poza Nadią [która zaczęła doświadczać objawów „złośliwości nowych botków”]. Ale chichoty nam przeszły, kiedy zaczęło się pierwsze „prawdziwe” podejście. Tu już „wymiękł” nawet Adrian. Pojawiły się „teksty grożące buntem”: „Ja wracam do samochodu… a da ksiądz kluczyki?… ja dalej nie idę!!!” – ale cóż robić… „life is brutal”… tylko nasz przewodnik miał świadomość, gdzie ten nasz „hotel na kółkach” się znajduje. No dobrze, pójdziemy dalej… ale my już to sobie zapamiętamy…

Okazało się, że „aktualizacja” wyprowadziła nas bardzo wysoko, tuż pod skocznię – trochę nas to podłamało (bo do „srebrnej strzały 2” daleko), ale i pocieszyło, bo „teraz to z górki”. Zastanawiał nas tylko powtarzany kilkakrotnie tekst o „pierwszej zasadzie gór” [w wolnym tłumaczeniu brzmi to tak: „Jeśli się schodzi, to oznacza to, że zaraz czeka nas podejście” – i to w stopniu proporcjonalnym]. Zrozumieliśmy to za późno. Przy okazji okazało się, że nasze dziewczynki muszą popracować nad kolanami – nie chodzi o wygląd, ale fakt, że kilka minut zejścia kosztowało je solidną dawkę „bólów przeciążeniowych”. No to co będzie, jak zaczniemy podchodzić???

„Równanie w dół” trwało dosyć długo (przy czym Gosia stwierdziła, że czuje się już jak w domu… nie dlatego, że kocha góry, ale mieszka na ul. Leśnej – a ta ulica była trasą najostrzejszego zejścia). Tu też „szeryf” przypomniał sobie o sytuacji z „prehistorii” (coś datowanego na epokę lodowcową czy mezozoik) – słowa naszych poprzedniczek, Magdy i Martyny: „Te bolące kolana u księdza to jednak mega-ściema”… i my się z tym w całości zgadzamy.

No dobrze, w końcu „doszliśmy do dna” (tylko nie dosłownie) – teraz czas na wznoszenie. Żaden język pisany nie odda intonacji naszego: „Cooo?!?!?” na widok „skosu do zdobycia”. Nadię, Kasię i Adriana opanowała „biała rozpacz” – do takiego stopnia, że na dźwięk helikoptera zaczęli wołać „pomocy!!!” oraz próbowali zatrzymać „na stopa” wóz Straży Leśnej. Zaczęły się pojawiać konkretne pytania: „Daleko jeszcze?!?!” Nadii (i radosne… ha ha ha… odpowiedzi: „Nie chcesz tego wiedzieć”); opinie lekarskie: „Bolą mnie nogi… i nie tylko…” (Kasia); „traumatyczne deklaracje”: „Ja już nie chcę na szczyty” (Adrian) czy „Nie chcę być już waszą mamą” (Gosia). I ciągła odpowiedź przewodnika: „Twardym trzeba być, a nie miętkim”. Normalnie „horror”.

Zauważył to chyba „szeryf”, bo od tego momentu zaczął pocieszać, że „wóz coraz bliżej, /…/ jeszcze tylko… kilka tysięcy tip-topów”, etc. Próbował nas jeszcze podpuścić do pójścia pod mega-górkę, ale już się nauczyliśmy, że jak pada komenda „w prawo”, to na 99% trzeba skręcić w lewo. I faktycznie, zamiast podejścia „szeryf” zafundował nam traskę stosunkowo równą, na której nasza Gosia zaliczyło „salto mortadele” (opisane wyżej). Trasa „lodowego męczeństwa” doprowadziła nas do zejścia na Wilczą Polanę, które było… hmmm… zejściem nieco ekstremalnym. U niektórych pojawiła się w tym momencie nawet modlitwa: „Panie, daj zachować pion…” oraz ożywienie ruchowe [Gosia i Adrian „drobili jak gejsze”].

Można powiedzieć, że poważniejszy akcent pojawił się chyba pod koniec naszego „lightowego spacerku” – tu już wymiękali prawie wszyscy i zaczęło się… „doładowywanie”. Tak tak – do tego właśnie nawiązuje drugi człon tytułu wpisu „smatrftest”. Zaczęliśmy bowiem testowanie, ile energii da ściskanie „komóreczki” i czy minie ból nóg, jeśli zaczniemy „maniacko stukać w wirtualną klawiaturę”. Chyba trochę pomogło, bo jakoś doczłapaliśmy do… OSTATNIEGO PODEJŚCIA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! No nie, to już szczyt sadyzmu!!! Żądamy kontaktu z obrońcą praw dziecka i praw człowieka!!! Żądamy także wyciągu albo windy (no, w ostateczności mogą być schody ruchome)!!! Przecież pod takie coś nie da się podejść!!! [Piszący te słowa potwierdza – ostatnie podejście było właściwie „doczłapaniem”, a załączone zdjęcia potwierdzają „świetną formę” naszych wędrowców w opisanym momencie]. I tu nastąpiła by „totalna podłamka”, gdyby nie fakt, że samochód czekał na nas tuż za zakrętem (no, może dwoma) i do tego było już (aż do parkingu) „z górki”.

I znowu, język pisany nie odda naszej ulgi na widok „srebrnej strzały 2” oraz rozkoszy przyjęcia w niej pozycji siedzącej. Musiało jednak minąć kilka minut, zanim znowu poczuliśmy się „jak ludzie”. Bolało nas wszystko, ale ten stan łagodziła świadomość, że teraz czekają nas już same przyjemności – M’c Donald’s i lody. Hurraaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

O wizycie „u Donalda” można powiedzieć tylko dwie rzeczy – jak zwykle niezdrowo (to opinia „szeryfa”) i strrrasznie długo (to potwierdzamy wszyscy). Na realizację zamówienia trzeba było poczekać kilka długich minut, ale nagrodą była „zdrowotna uczta Baltazara”. Mniam mniam!!!!!!!!!!!!!

Na koniec „szeryf” zaprosił nas do Galerii na lody – czemu nie, niech chociaż w ten sposób „odkupi swoje winy”. Lody były całkiem całkiem, co w połączeniu z „donaldowym obżarstwem” nakręciło nas do stopnia „heroicznego” – efektem tego była decyzja Kasi o wzięciu udziału w konkursie walentynkowym i prawie zrealizowany przez Adriana podobny zamiar.

Można powiedzieć, że na trasie powrotnej zaszła dziwna sytuacja – oto nasza aktywna Gosia po prostu „przysnęła’, a nas zaczęło „totalnie ścinać”. Dobrze, że nie poddał się temu nasz kierowca, bo jednak samochody sterowane komputerowo to dopiero przyszłość.

   Zdaję sobie sprawę, że tak opisana trasa sprawia wrażenie „szkoły przetrwania”, ale to tylko pozór. Wprawdzie Nadia, Kasia i Adrian pytani podczas powrotu o powtórzenie wypadku za 3-4 tygodnie zdecydowanie odpowiadali: „O nie!!!”, ale wiadomo… z tym „trzeba się przespać”. Mimo różnego rodzaju uwag pragnę podkreślić determinację i świetną formę towarzyszącej mi „czwóreczki” oraz duże poczucie humoru, okazywane podczas naszej wędrówki. Dziękuję za fajną atmosferę wypadu i liczę na powtórkę. Ostatnia uwaga (na boku): podczas układania tytułu wpisu padła propozycja: „Wymiękające kozice i… koziołek”. Adrianowi to raczej nie przypadło do gustu. Muszę więc zapytać – Adrian, czy wolisz brzmienie: „Wymiękające kozice i… rogacz”???  

 

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Oj, sypie nam się Schola czyli… pytania retoryczne

Autor: admin o 20. października 2017

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanego niżej wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. SERDECZNIE ZAPRASZAM.


Spokojnie, za chwilę oba człony tytułu zostaną wyjaśnione. Sprawa dotyczy wypadu do Jeleniej Góry [14.10.2017 roku], na który została zaproszona przez „szeryfa” cała Schola. Wyszło „średnio na jeża” – na 15-osobowy skład Scholi kolejny „lightowy spacer górski” zaryzykowała zaledwie 1/3 składu: Werka, Nadia „mała-wielka”, Kasia, Gabrysia i Nadia „juniorka”. Do przewiezienia tej licznej grupy potrzebowaliśmy 2 samochodów – stąd w składzie „ekstremalnych wyczynowców” zaleźli się także kierowcy: niezawodna pani Ania i „szeryf”. Można by więc domniemywać, że wyjazd „nie wypalił”, ale… nie liczy się ilość, tylko jakość. Nasze „wędrowniczki” w obu „krążownikach szos” bardzo szybko wpadły na właściwą orbitę nastrojów i kiedy dojechaliśmy do Jeleniej Góry były „gotowe na wszystko” [choć „wędrówkowe seniorki” (Werka i Nadia) z obawą czekały na komunikat: „Złapałem aktualizację”].

Z tą „gotowością” to może nie tak zupełnie na 100% – kiedy tylko zaczęliśmy podejście pod wieżę widokową Werka stwierdziła, że „wysokości jej nie służą”, ale… dzielnie szła do przodu wraz z innymi. Podczas zwiedzania wieży i podziwiania widoków gdzieś nam się zapodział „szeryf” – głos niby było słychać, ale sylwetki nie dało się zlokalizować („szeryf” poszedł do podziemia, czy jak?). Okazało się, że w czasie naszego pobytu „bliżej Szefa” próbował znaleźć dalszy ciąg trasy „szczytami”.

W końcu, idąc za głosem odnaleźliśmy „szeryfa” dużo niżej – „i my mamy tam zejść?” zapytała pani Ania; „a szeryf dotarł tam na nogach czy innej części ciała?” dodała po chwili. Fakt, zejście było strome, ale bez przesady… cóż to dla naszych „kozic”. Pod nieobecność „szeryfa” coś musiało się na górze zadziać, bo po zejściu doszło do gorszących scen „przemocy rodzinnej” – w rękach pani Ani znalazł się kij, przed którym uchylała się dzielnie Werka [ach tak, to nie „przemoc” tylko słynny kijek w naszych wypraw górskich: „Mój ci on!!!”].

Jak wspomniałem, „weteranki górskich spacerów” niepokoiła tylko możliwość „aktualizacji” – tymczasem komunikat „szeryfa” zabrzmiał na dole zupełnie inaczej: „Dziewczyny, tą trasą idziemy po raz pierwszy /…/ WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ!!!”. „Czy nie lepiej więc od razu wrócić do naszych wygodnych samochodów?” – zapytała Werka. Na odpowiedź zarzućmy miłosierną zasłonę milczenia. Po chwili okazało się, że szlak faktycznie nie został „przetarty” – „szeryf” zafundował nam „trasę przetrwania” (a co, by Obrona Terytorialna jesteśmy?!?!?): wokół chaszcze, ścieżka ledwie widoczna, chwastów co niemiara, i co najgorsze – trasa biegła wokół wieży. Tak więc po kilkuminutowym  „błądzeniu w leśnych ostępach” znaleźliśmy się znowu w punkcie wyjścia. No, ale tu nasz „szeryf” podjął decyzję: „Teraz pójdziemy szlakiem oznakowanym” [Chwała Ci, Najwyższy!!!].

Szlak zielony (bo na ten trafiliśmy) okazał się na początku łatwy i urokliwy. Kolory jesieni, przebieg szlaku między skałami, no i ta cisza… potrafiły człowieka zachwycić. Wkrótce jednak okazało się, że szlak schodzi się (na wysokości mostu kolejowego) ze szlakiem „asfaltowym”. Pomyśleliśmy: „I to już koniec???… ueeeeeee!!!!… a miało być tak ekstremalnie!!!” – i uczyniliśmy to chyba w złą godzinę, bo po kilku minutach pojawił się znacznik zielonego szlaku skierowany… ku górze!!!. „Mamy wędrować do nieba?!?!?!”. Oczywiście, że nie – znacznik po prostu zapraszał do wejścia „lightowymi” schodami leśnymi dosyć ostro do góry. „No nie… na to się nie pisaliśmy!!!”. Ale cóż, sadysta „szeryf” nie zostawił nam „wyjścia alternatywnego” – „Idziemy”… i trzeba było zacząć wspinaczkę [żeby nie było – gdzieś w połowie doszedł nas dziwny dźwięk. Patrzymy na most – żadnego pociągu… no to kto tak sapie?… czyżby nasz „szeryf” lekko się zmęczył???].

Faktem jest, ten odcinek szlaku „dał nam ostro w kość” – peleton rozbił się na dwie części: czołową (no, może nie liderską) z „szeryfem” i „wieńczącą peleton” (dostojnie kroczące do przodu: pani Ania z Nadią i Werką). Znowu pojawiły się teksty typu: „To mi nie służy” oraz coraz częstsze pytania: „Daleko jeszcze?”; zaczęto także snuć fantasmagorie o „wezwaniu rodziców na pomoc”. W stanie daleko posuniętego wyczerpania nasze dzieciaki „łykały wszystko bez mydła” – nawet żarty o powrocie planowanym na 22:30. Ale nie pozostawały dłużne – jak to stwierdził „szeryf”, na tej trasie było „zero anonimowości”… Nasze wykrzykiwane „Proszę księdza!!!” oznajmiało wszem i wobec, kim jest nasz przewodnik.

Prawdziwy kryzys pojawił się na krzyżówce szlaku ze „szlakiem poetów” – ten drugi biegł w dół, nasz zaś nadal prowadził do góry. Nasze dzieciaki, którym „drukowane często szkodzi” wręcz błagały o pójście „drogą literatury pięknej”. Niestety, starszyzna (pani Ania i trochę wahający się „szeryf”) zdecydowali: „Nie ma lekko, idziemy dalej… kiedyś musi się w końcu zrobić z górki…”. Decyzja była słuszna, bo już po kilku minutach teren się wyrównał i zaczęliśmy iść po równym, a zaraz potem po skosie w dół. Niestety, okazało się, że „zmęczenie materiału” nie pozwoliło niektórym z nas docenić frajdy „jazdy w dół”. Gabrysia i Nadia „juniorka” zaliczyły glebę, do czego dołączyła także Kasia na liściach. Jedyną fajną rzeczą tego odcinka trasy był taras widokowy, z którego mogliśmy podziwiać piękno panoramy Jeleniej Góry i okalających ją lasów „w jesiennej szacie”.

Po kilku „glebach” doszliśmy do elektrowni, przy której weszliśmy z powrotem na szlak prowadzący do „Perły Zachodu”. Było wprawdzie kilka krótkich odcinków „pod górkę”, ale cóż to po tym wszystkim, czego już doświadczyliśmy. W końcu „szeryf” pokazał nam dach „Perły” i dodał: „No to połowę trasy mamy za sobą”… Coooo?!?!?!?!… Dopiero połowa?!?!?!? Zanim jednak wpadłyśmy w traumę pojawiły się stoliki i ławy oraz zaproszenie starszyzny: „Teraz dłuższy postój”.

Odpoczynek był nam potrzebny, ale i groźny. Wiedziałyśmy, że celem finalnym dzisiejszego wypadu miał być jeleniogórski M’c Donald’s – ale kiedy doszły do nas wspaniałe zapachy z „Perły”… po prostu nie mogłyśmy się oprzeć pokusie (przynajmniej niektóre z nas). Fryteczki były rewelacyjne, kawusia także – choć o obie te pozycje trzeba było „zawalczyć jak lwice” [bo ta pani przy ladzie coś nie za bardzo kumała]. Kiedy już trochę się rozleniwiłyśmy padło hasło: „Czas iść dalej” – nie to, żebyśmy były zmęczone, ale… tutaj jest asfalt i droga… nie mógłby „szeryf” po nas podjechać???

Zanim jednak ruszyliśmy dalej, część z nas postanowiła wejść na wieżę „Perły Zachodu” skąd także zobaczyłyśmy fajne widoczki [notabene tych kilka minut wykorzystała pani Ania, która zaanektowała  dla siebie… huśtawkę – oj tak, tak, pani Aniu… przypomniały się „smarkate lata”, prawda?]. Szybko dołączyłyśmy do naszej „szefowej” licząc na jeszcze kilka minut błogostanu. Niestety, trwał on baaaaardzo krótko – „szeryf” zaprosił nas bowiem do „zejścia nieco niżej” w drodze do samochodów. „Nieco niżej” oznaczało kilkadziesiąt stromych schodów, które musiałyśmy zaliczyć… „Czy tu nikt nie słyszał o windzie?!?!? /…/ Po co te schody i to aż w takie ilości?!?!?”.

Po lekkim „skoku kozic” nad „przepaścią” weszłyśmy w las – w sumie fajnie, tylko… kondycja coś nam zaczęła siadać. „Daleko jeszcze?!?” wybrzmiewało coraz częściej – i w tym właśnie pojawiła się myśl Werki, że to pytanie „jest retoryczne”. Dopóki pytały dzieci, to faktycznie takim było, ale kiedy dołączyła do tego pani Ania („ja chyba też trochę pomarudzę”) zrobiło się „groźnie”.

Co więcej, „zmęczenie materiału” wprawdzie wyciszyło najgłośniejsze „kozice”, ale jednocześnie obudziło w nich (szczególnie w Gabrysi) ducha Sherlocka Holmesa: „A ile ksiądz ma lat? /…/ A czemu ksiądz został księdzem? /…/ A dlaczego ksiądz lubi chodzić po górach? /…/, etc”. I tak aż do mostu kolejowego.

Tu, ze szlaku leśnego weszliśmy w szlak „bagienny”. Było trochę grząsko i ślisko; no i morze chwastów (te polubiła szczególnie „mała-wielka” Nadia i Kasia), które stwierdziły, że „bardzo lubią mega-pokrzywy”. Nie da się ukryć, że tu już nasze tempo spadło ostro [nawet u „szeryfa”], choć byliśmy zmotywowani: „Do samochodów jeszcze tylko 2345… 2287… 2045,5… 1656… kroków” [wyliczał nam to „szeryf”]. Nasze wędrowanie trwało w sumie nie za długo, ale… widok asfaltu podziałał na nas mobilizująco – parking chyba rzeczywiście już niedaleko. A po kilku minutach podniósł się harmider: „Są, są, są…!!!”.

Oczywiście, tym obrazem zakończyła się pierwsza odsłona dzisiejszego wypadu. Drugą [zgodnie z tradycją jeszcze z „Edenu”] była wizyta w M’c Donald’s i „wielka zdrowa wyżerka”. Nasze dzieciaki oczywiście „zaszalały na maksa” (gdzie to się pomieściło?); Werka popróbowała „ekwilibrystyki tacowej” (zakończonej „tragedią”) – a wszyscy zaczęli się zastanawiać, jaką to niespodziankę przygotował „szeryf” [bo takową zapowiedział]. Skala opinii na ten temat była bardzo szeroka – od podejrzenia chęci powtórzenia trasy do „Perły”, przez basen, po lody. Ta ostatnia opinia okazała się zgodna z prawdą – zostałyśmy zaproszone do Galerii na mega-lody. To „mega” to może przesada, bo po „zdrowej wyżerce” zostało niewiele miejsca na „lodowe łakocie”, ale nie zawiodłyśmy oczekiwań sponsora i zamówiłyśmy po gałce [i każda zupełnie inny smak]. Aby konsumpcja nam się nie dłużyła zatrzymałyśmy się przy scenie konkursu na „najbardziej efektowne indywidua hallowenowskie”. Było zabawnie, choć starszyzna jakoś nie wykazywała podczas oglądania fragmentów specjalnego entuzjazmu.

Trasa powrotna (przynajmniej w „srebrnej strzale 2”) przebiegła w nastroju aktywnego zasypiania. Co chwila dochodziło do „scen łóżkowych” – dziewczyny spały na sobie (dosłownie) i budziły się wzajemnie na zakrętach. Oczywiście towarzyszyły temu salwy śmiechu, co było najlepszym dowodem, że mimo zmęczenia fizycznego kondycja humoru pozostała nienaruszona. W takiej właśnie atmosferze dojechaliśmy do Lubania, kończąc pierwszy od dłuższego czasu wypad scholkowy.

 

Piszący te słowa „szeryf” pragnie podziękować niezawodnej pani Ani (która użyczyła swojego czasu i „bryki”) oraz grupie „dzielnych wędrowniczek” za fajną atmosferę „lightowego spaceru”. Mam jednocześnie nadzieję, że teksty typu „To już ostatni raz” i „Nigdy więcej” były tylko „turystyczną humoreską”.

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

Wakacyjne motywy

Autor: admin o 15. lipca 2016

Tym razem (w odróżnieniu od lat ubiegłych) nie będzie opisu urlopowego czasu. Postanowiłem natomiast pokazać go na fotografiach – już nie tych, powtarzających się co roku, ale wykorzystujących techniki i sposoby, które poznałem w minionym roku szkolnym (tu ukłon w stronę moich „nauczycieli”: Piotra i p.Norberta). Fotki są prezentowane w stanie surowym, ale – mimo pewnych niedociągnięć – powinny się spodobać. Zapraszam więc…

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu urlopu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »

GÓRSKA SZKOŁA PRZETRWANIA czyli…

Autor: admin o 5. lutego 2016

… GÓRSKI PIONO-MECZYK 4:1

Zaraz wszystko się wyjaśni (jeśli chodzi o tytuł). Jako, że mamy ferie, a po raz kolejny przeżywamy je bez „zadymy zimowiskowej”, więc nic dziwnego, że czwartek (04.02.2016 r.) postanowiliśmy przeżyć aktywnie – czyli w górkach. Tym razem nasz wypad miał charakter kameralny (zaledwie 2 osoby) i „bardzo męski” (p.Ryszard Skowron i piszący te słowa). Skoro tak, postanowiliśmy tym razem zwiedzić karkonoskie wyżyny.
Wiem, że to niezgodne z „regułami trapera”, ale na Kopę… wjechaliśmy wyciągiem (cóż, latka robią swoje – jednym ze skutków jest „wygodnictwo”). Sam wjazd, a raczej oczekiwanie na jego rozpoczęcie było dosyć oryginalne – przypomnieliśmy sobie „stare, nie-dobre czasy kolejek” [do kasy musieliśmy postać z 20 minut, w towarzystwie „międzynarodowym” – z przewagą naszych zachodnich sąsiadów]. No, ale jak się chce wygodnie, to czasem trzeba poczekać.
Sam wjazd był sprawdzianem jakości naszych ciuchów – pojawił się śnieg, do tego porywisty wiatr. Tak więc prawie 20 minut wjazdu kosztowało nas trochę „schłodzonego cierpienia”. Pewnie dlatego zaraz po wjeździe na Kopę „ruszyliśmy z kopyta” – hmmm… planowaliśmy tak ruszyć, bo już pierwsze metry pokazały, że wypad będzie nie tylko interesujący, ale także „ekstremalny” – pod śniegiem bowiem [którego nawiało tak z 30 cm] krył się… czysty lód. No, ale cóż to dla nas…
Wprawdzie pan Ryszard tęsknie zerkał na Śnieżkę, ale na rozwidleniu poszliśmy w stronę „Strzechy Akademickiej” – i chyba dobrze zrobiliśmy [co potwierdził ciąg dalszy trasy]. Na Równi bowiem dorwał nas prawdziwy „halny” [momentami musieliśmy się odwracać do niego tyłem, aby złapać oddech], co w połączeniu z narastającymi opadami śniegu dało efekt „szkoły przetrwania” [stąd pierwsza część tytułu] – tym bardziej więc podziwialiśmy samozaparcie kilku par „biegaczy”, którzy postanowili zdobyć Śnieżkę „w biegu”. Przy drugiej parze padły sakramentalne słowa: „Podziwiam, ale… naśladować nie zamierzam” (a minęły nas jeszcze dwa „biegające duety”).
Po prawdzie, dopóki szliśmy Równią, jedynym elementem utrudniającym marsz był porywisty wiatr. Sytuacja trochę się pokomplikowała z chwilą rozpoczęcia zejścia do „Strzechy”. Początki były rewelacyjne – od wiatru dosyć szybko osłonił nas stok i krzaki; opady śniegu stały się przyjemną odmianą (w porównaniu ze stanem w jakim żegnaliśmy rano Lubań) i nawet gruba warstwa nawianego śniegu nie przeszkadzała (no, może trochę „szeryfowi”, który stwierdził, że w tych warunkach musi zrezygnować z okularów [zaczęły przypominać „szkła spawacza”]. Tempo marszu zdecydowanie wzrosło i po jakichś 30 minutach doszliśmy do „Strzechy”.
„Doszliśmy” – to może przesada. Ostatnie bowiem metry okazały się dla nas prawdziwym wyzwaniem – jak tu utrzymać pion, kiedy pod śniegiem czaiła się czysta tafla lodu. „Górski piono-meczyk” rozpoczął p.Ryszard. „Koziołek” był bardzo okazały i podniósł ciśnienie każdemu z nas. Ale „Strzecha” była w zasięgu wzroku, więc specjalnie tą przygodą się nie przejęliśmy. I to okazało się błędem – tym razem swoją cenę zapłacił „szeryf”, który – dosłownie prawie u drzwi schroniska – zrobił piękne „salto mortadele”. Trzęsienia nie było, ale widok „pokutnego kroku górskiego” [czyli dojście na kolanach do miejsca ze stabilnym podłożem] był… dosyć oryginalny.
Nastroje trochę poprawiła herbata (choć cena lekko zszokowała – 6 zł za sztukę), ale na krótko, bo w minutę po wyjściu stan „meczyku” zmienił się na 2:1 [znowu „pozycję horyzontalną” przyjął „szeryf” – i tym razem wyglądało to groźnie]. Na rozwidleniu szlaków odbyła się krótka narada – w jej efekcie postanowiliśmy pójść szlakiem żółtym. Nie dowiemy się, czy „turystyczny” faktycznie był jeszcze gorzej oblodzony – jest to teraz nieważne, bo i żółtemu nic nie brakowało do miana „szlaku śmierci”. Wystarczy dodać, że „szeryf” podniósł meczowy wynik na 4:1, a p.Ryszard podjął niewdzięczną funkcję „rozminowującego teren”.
Zejście nie było łatwe – praktycznie dopiero niedaleko wyciągu mogliśmy podkręcić tempo; wcześniej wszelkie próby skutecznie hamował lód. Niewiele dawało nawet kierowanie się śladami poprzedników – właśnie w takiej sytuacji „szeryf” dwukrotnie „zglebił”. Tak więc prawdziwy marsz rozpoczął się dopiero… po zejściu koło wodospadu. A że „asekuracyjne schodzenie” kosztowało nas sporo wysiłku, więc ostatnie podejście do samochodu było… hmmm… mało zabawnym doświadczeniem.
Nastroje odtajały trochę przy rybce, ale… świadomość „klęski pionu w górach” rzuciła się cieniem na trasę powrotną.
Jak podsumować dzisiejszy wypad. Był na pewno fajny, choć i „bolesny” [myślę, że w swoim żywiole znalazłyby się tutaj Julka („specjalistka od jazdy na pupie” czy Werka (nasz „pingwin”). Dziewczyny – dzisiaj dołączyłem do Waszego „kółka zjazdów ekstremalnych”]. Po raz kolejny okazało się, że nawet wizualnie niezłe warunki są w górach mylące – po prostu trzeba uważać i… kupić sobie raki. Fakt, „dupniaki” zabolały (i nie chodzi tylko o fizis) – nie znaczy to jednak, że dzisiaj zakończyła się „górska przygoda”. Jak wszystko dobrze pójdzie w niedzielę znowu ruszamy w teren.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »