Blog J.B.

Archiwum dla Październik, 2017

Oj, sypie nam się Schola czyli… pytania retoryczne

Autor: admin o 20. października 2017

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanego niżej wypadu. Aby przekierować się do Galerii Foto, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. SERDECZNIE ZAPRASZAM.


Spokojnie, za chwilę oba człony tytułu zostaną wyjaśnione. Sprawa dotyczy wypadu do Jeleniej Góry [14.10.2017 roku], na który została zaproszona przez „szeryfa” cała Schola. Wyszło „średnio na jeża” – na 15-osobowy skład Scholi kolejny „lightowy spacer górski” zaryzykowała zaledwie 1/3 składu: Werka, Nadia „mała-wielka”, Kasia, Gabrysia i Nadia „juniorka”. Do przewiezienia tej licznej grupy potrzebowaliśmy 2 samochodów – stąd w składzie „ekstremalnych wyczynowców” zaleźli się także kierowcy: niezawodna pani Ania i „szeryf”. Można by więc domniemywać, że wyjazd „nie wypalił”, ale… nie liczy się ilość, tylko jakość. Nasze „wędrowniczki” w obu „krążownikach szos” bardzo szybko wpadły na właściwą orbitę nastrojów i kiedy dojechaliśmy do Jeleniej Góry były „gotowe na wszystko” [choć „wędrówkowe seniorki” (Werka i Nadia) z obawą czekały na komunikat: „Złapałem aktualizację”].

Z tą „gotowością” to może nie tak zupełnie na 100% – kiedy tylko zaczęliśmy podejście pod wieżę widokową Werka stwierdziła, że „wysokości jej nie służą”, ale… dzielnie szła do przodu wraz z innymi. Podczas zwiedzania wieży i podziwiania widoków gdzieś nam się zapodział „szeryf” – głos niby było słychać, ale sylwetki nie dało się zlokalizować („szeryf” poszedł do podziemia, czy jak?). Okazało się, że w czasie naszego pobytu „bliżej Szefa” próbował znaleźć dalszy ciąg trasy „szczytami”.

W końcu, idąc za głosem odnaleźliśmy „szeryfa” dużo niżej – „i my mamy tam zejść?” zapytała pani Ania; „a szeryf dotarł tam na nogach czy innej części ciała?” dodała po chwili. Fakt, zejście było strome, ale bez przesady… cóż to dla naszych „kozic”. Pod nieobecność „szeryfa” coś musiało się na górze zadziać, bo po zejściu doszło do gorszących scen „przemocy rodzinnej” – w rękach pani Ani znalazł się kij, przed którym uchylała się dzielnie Werka [ach tak, to nie „przemoc” tylko słynny kijek w naszych wypraw górskich: „Mój ci on!!!”].

Jak wspomniałem, „weteranki górskich spacerów” niepokoiła tylko możliwość „aktualizacji” – tymczasem komunikat „szeryfa” zabrzmiał na dole zupełnie inaczej: „Dziewczyny, tą trasą idziemy po raz pierwszy /…/ WSZYSTKO SIĘ MOŻE ZDARZYĆ!!!”. „Czy nie lepiej więc od razu wrócić do naszych wygodnych samochodów?” – zapytała Werka. Na odpowiedź zarzućmy miłosierną zasłonę milczenia. Po chwili okazało się, że szlak faktycznie nie został „przetarty” – „szeryf” zafundował nam „trasę przetrwania” (a co, by Obrona Terytorialna jesteśmy?!?!?): wokół chaszcze, ścieżka ledwie widoczna, chwastów co niemiara, i co najgorsze – trasa biegła wokół wieży. Tak więc po kilkuminutowym  „błądzeniu w leśnych ostępach” znaleźliśmy się znowu w punkcie wyjścia. No, ale tu nasz „szeryf” podjął decyzję: „Teraz pójdziemy szlakiem oznakowanym” [Chwała Ci, Najwyższy!!!].

Szlak zielony (bo na ten trafiliśmy) okazał się na początku łatwy i urokliwy. Kolory jesieni, przebieg szlaku między skałami, no i ta cisza… potrafiły człowieka zachwycić. Wkrótce jednak okazało się, że szlak schodzi się (na wysokości mostu kolejowego) ze szlakiem „asfaltowym”. Pomyśleliśmy: „I to już koniec???… ueeeeeee!!!!… a miało być tak ekstremalnie!!!” – i uczyniliśmy to chyba w złą godzinę, bo po kilku minutach pojawił się znacznik zielonego szlaku skierowany… ku górze!!!. „Mamy wędrować do nieba?!?!?!”. Oczywiście, że nie – znacznik po prostu zapraszał do wejścia „lightowymi” schodami leśnymi dosyć ostro do góry. „No nie… na to się nie pisaliśmy!!!”. Ale cóż, sadysta „szeryf” nie zostawił nam „wyjścia alternatywnego” – „Idziemy”… i trzeba było zacząć wspinaczkę [żeby nie było – gdzieś w połowie doszedł nas dziwny dźwięk. Patrzymy na most – żadnego pociągu… no to kto tak sapie?… czyżby nasz „szeryf” lekko się zmęczył???].

Faktem jest, ten odcinek szlaku „dał nam ostro w kość” – peleton rozbił się na dwie części: czołową (no, może nie liderską) z „szeryfem” i „wieńczącą peleton” (dostojnie kroczące do przodu: pani Ania z Nadią i Werką). Znowu pojawiły się teksty typu: „To mi nie służy” oraz coraz częstsze pytania: „Daleko jeszcze?”; zaczęto także snuć fantasmagorie o „wezwaniu rodziców na pomoc”. W stanie daleko posuniętego wyczerpania nasze dzieciaki „łykały wszystko bez mydła” – nawet żarty o powrocie planowanym na 22:30. Ale nie pozostawały dłużne – jak to stwierdził „szeryf”, na tej trasie było „zero anonimowości”… Nasze wykrzykiwane „Proszę księdza!!!” oznajmiało wszem i wobec, kim jest nasz przewodnik.

Prawdziwy kryzys pojawił się na krzyżówce szlaku ze „szlakiem poetów” – ten drugi biegł w dół, nasz zaś nadal prowadził do góry. Nasze dzieciaki, którym „drukowane często szkodzi” wręcz błagały o pójście „drogą literatury pięknej”. Niestety, starszyzna (pani Ania i trochę wahający się „szeryf”) zdecydowali: „Nie ma lekko, idziemy dalej… kiedyś musi się w końcu zrobić z górki…”. Decyzja była słuszna, bo już po kilku minutach teren się wyrównał i zaczęliśmy iść po równym, a zaraz potem po skosie w dół. Niestety, okazało się, że „zmęczenie materiału” nie pozwoliło niektórym z nas docenić frajdy „jazdy w dół”. Gabrysia i Nadia „juniorka” zaliczyły glebę, do czego dołączyła także Kasia na liściach. Jedyną fajną rzeczą tego odcinka trasy był taras widokowy, z którego mogliśmy podziwiać piękno panoramy Jeleniej Góry i okalających ją lasów „w jesiennej szacie”.

Po kilku „glebach” doszliśmy do elektrowni, przy której weszliśmy z powrotem na szlak prowadzący do „Perły Zachodu”. Było wprawdzie kilka krótkich odcinków „pod górkę”, ale cóż to po tym wszystkim, czego już doświadczyliśmy. W końcu „szeryf” pokazał nam dach „Perły” i dodał: „No to połowę trasy mamy za sobą”… Coooo?!?!?!?!… Dopiero połowa?!?!?!? Zanim jednak wpadłyśmy w traumę pojawiły się stoliki i ławy oraz zaproszenie starszyzny: „Teraz dłuższy postój”.

Odpoczynek był nam potrzebny, ale i groźny. Wiedziałyśmy, że celem finalnym dzisiejszego wypadu miał być jeleniogórski M’c Donald’s – ale kiedy doszły do nas wspaniałe zapachy z „Perły”… po prostu nie mogłyśmy się oprzeć pokusie (przynajmniej niektóre z nas). Fryteczki były rewelacyjne, kawusia także – choć o obie te pozycje trzeba było „zawalczyć jak lwice” [bo ta pani przy ladzie coś nie za bardzo kumała]. Kiedy już trochę się rozleniwiłyśmy padło hasło: „Czas iść dalej” – nie to, żebyśmy były zmęczone, ale… tutaj jest asfalt i droga… nie mógłby „szeryf” po nas podjechać???

Zanim jednak ruszyliśmy dalej, część z nas postanowiła wejść na wieżę „Perły Zachodu” skąd także zobaczyłyśmy fajne widoczki [notabene tych kilka minut wykorzystała pani Ania, która zaanektowała  dla siebie… huśtawkę – oj tak, tak, pani Aniu… przypomniały się „smarkate lata”, prawda?]. Szybko dołączyłyśmy do naszej „szefowej” licząc na jeszcze kilka minut błogostanu. Niestety, trwał on baaaaardzo krótko – „szeryf” zaprosił nas bowiem do „zejścia nieco niżej” w drodze do samochodów. „Nieco niżej” oznaczało kilkadziesiąt stromych schodów, które musiałyśmy zaliczyć… „Czy tu nikt nie słyszał o windzie?!?!? /…/ Po co te schody i to aż w takie ilości?!?!?”.

Po lekkim „skoku kozic” nad „przepaścią” weszłyśmy w las – w sumie fajnie, tylko… kondycja coś nam zaczęła siadać. „Daleko jeszcze?!?” wybrzmiewało coraz częściej – i w tym właśnie pojawiła się myśl Werki, że to pytanie „jest retoryczne”. Dopóki pytały dzieci, to faktycznie takim było, ale kiedy dołączyła do tego pani Ania („ja chyba też trochę pomarudzę”) zrobiło się „groźnie”.

Co więcej, „zmęczenie materiału” wprawdzie wyciszyło najgłośniejsze „kozice”, ale jednocześnie obudziło w nich (szczególnie w Gabrysi) ducha Sherlocka Holmesa: „A ile ksiądz ma lat? /…/ A czemu ksiądz został księdzem? /…/ A dlaczego ksiądz lubi chodzić po górach? /…/, etc”. I tak aż do mostu kolejowego.

Tu, ze szlaku leśnego weszliśmy w szlak „bagienny”. Było trochę grząsko i ślisko; no i morze chwastów (te polubiła szczególnie „mała-wielka” Nadia i Kasia), które stwierdziły, że „bardzo lubią mega-pokrzywy”. Nie da się ukryć, że tu już nasze tempo spadło ostro [nawet u „szeryfa”], choć byliśmy zmotywowani: „Do samochodów jeszcze tylko 2345… 2287… 2045,5… 1656… kroków” [wyliczał nam to „szeryf”]. Nasze wędrowanie trwało w sumie nie za długo, ale… widok asfaltu podziałał na nas mobilizująco – parking chyba rzeczywiście już niedaleko. A po kilku minutach podniósł się harmider: „Są, są, są…!!!”.

Oczywiście, tym obrazem zakończyła się pierwsza odsłona dzisiejszego wypadu. Drugą [zgodnie z tradycją jeszcze z „Edenu”] była wizyta w M’c Donald’s i „wielka zdrowa wyżerka”. Nasze dzieciaki oczywiście „zaszalały na maksa” (gdzie to się pomieściło?); Werka popróbowała „ekwilibrystyki tacowej” (zakończonej „tragedią”) – a wszyscy zaczęli się zastanawiać, jaką to niespodziankę przygotował „szeryf” [bo takową zapowiedział]. Skala opinii na ten temat była bardzo szeroka – od podejrzenia chęci powtórzenia trasy do „Perły”, przez basen, po lody. Ta ostatnia opinia okazała się zgodna z prawdą – zostałyśmy zaproszone do Galerii na mega-lody. To „mega” to może przesada, bo po „zdrowej wyżerce” zostało niewiele miejsca na „lodowe łakocie”, ale nie zawiodłyśmy oczekiwań sponsora i zamówiłyśmy po gałce [i każda zupełnie inny smak]. Aby konsumpcja nam się nie dłużyła zatrzymałyśmy się przy scenie konkursu na „najbardziej efektowne indywidua hallowenowskie”. Było zabawnie, choć starszyzna jakoś nie wykazywała podczas oglądania fragmentów specjalnego entuzjazmu.

Trasa powrotna (przynajmniej w „srebrnej strzale 2”) przebiegła w nastroju aktywnego zasypiania. Co chwila dochodziło do „scen łóżkowych” – dziewczyny spały na sobie (dosłownie) i budziły się wzajemnie na zakrętach. Oczywiście towarzyszyły temu salwy śmiechu, co było najlepszym dowodem, że mimo zmęczenia fizycznego kondycja humoru pozostała nienaruszona. W takiej właśnie atmosferze dojechaliśmy do Lubania, kończąc pierwszy od dłuższego czasu wypad scholkowy.

 

Piszący te słowa „szeryf” pragnie podziękować niezawodnej pani Ani (która użyczyła swojego czasu i „bryki”) oraz grupie „dzielnych wędrowniczek” za fajną atmosferę „lightowego spaceru”. Mam jednocześnie nadzieję, że teksty typu „To już ostatni raz” i „Nigdy więcej” były tylko „turystyczną humoreską”.

Napisany w wycieczki | Brak komentarzy »