Blog J.B.

Archiwum dla Maj, 2015

Czas znowu pokoncertować

Autor: admin o 24. maja 2015

W niedzielę, 14.06.2015 roku, po mszy św. o godz. 10:00, odbędzie się koncert podsumowujący pierwszy rok działalności Parafialnej Scholi „Dzieciaki z Bożej Paki”. Tradycyjnie zapraszamy do wspólnej „modlitwy przez śpiew” Gości. Zainteresowane osoby i grupy prosimy o zgłoszenie – do 07.05.2015 roku – drogą mailową na adres: janbarx@gmail.com.
W zgłoszeniu proszę podać:
*** Dane osoby/nazwę grupy
*** Tytuły utworów w kolejności wykonania (będziemy wdzięczni za podanie orientacyjnego czasu wykonania)
*** Ilość potrzebnych mikrofonów
Prezentacja obejmuje maksymalnie 3 utwory (w przypadku większej ilości wykonawców Organizatorzy zapewniają sobie możliwość zmniejszenia ilości przedstawianych utworów do dwóch).
Gwarantujemy:
— Nagłośnienie wokalu (mikrofony) – przewodowe i bezprzewodowe
— Nagłośnienie gitar (2 wzmacniacze)
— Jak zwykle wspaniałą atmosferę spotkania
Po koncercie zapraszamy na poczęstunek w altanie.

W imieniu Organizatorów ks. Janusz Barski

Napisany w moja praca | Brak komentarzy »

DZISIAJ EKSTREMALNIE czyli…

Autor: admin o 18. maja 2015

GPS koniecznie potrzebny…

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu wypadu. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Wczorajszy wypad zaowocował inicjatywą powtórzenia szlaku, w nieco odmiennym składzie – tym razem miał mi towarzyszyć Boguś, zaś zamysłem było „wydłużenie” trasy, która… pozostawiała u dotychczasowych uczestników „pewien niedosyt”. Zamysł zamysłem, a życie… to skutecznie koryguje. Dzisiaj byłem tego naocznym świadkiem.
Wyruszyliśmy oczywiście z parkingu przy „ogrodzie japońskim”. Początek trasy był jak wczoraj, więc nie warto specjalnie go opisywać. „Przygoda” zaczęła się z chwilą minięcia zejścia na szlak żółty. Sądziłem, że dalszy ciąg trasy doprowadzi nas (z pewnym nadrobieniem kilometrażu) do miejsca zejścia ze wspomnianego szlaku. Niestety, tym razem nie poszło tak łatwo. Przede wszystkim zaczęły się rozjazdy i trzeba było wybierać te, które prowadziły (według mojego „wewnętrznego kompasu”) w stronę Wodospadu. Niestety, w tym terenie chyba grawitacja trochę się huśtała”, bo zamiast trafić na oczekiwane zejście doszliśmy do jakiegoś, trochę opuszczonego, locum, którego bronił „ostry pies” (o czym ostrzegała tabliczka).
Mimo chęci poznawczej nie zaryzykowaliśmy i poszliśmy trasą, którą wskazał Boguś [to Jego wina], a którą kiedyś (pewnie w epoce kamienia łupanego) ktoś przejeżdżał, ale… w końcu doszliśmy do potoku Podgórnej i szlak po prostu się skończył. Tu właśnie pojawiło się pytanie: „Gdzie właściwie jesteśmy” i duchowa prośba: „GPS pilnie potrzebny”. Pozostała alternatywa: albo wracamy (a nie da się ukryć, czekała nas wtedy nielicha wspinaczka), albo… idziemy wzdłuż potoku licząc trochę na łut szczęścia.
Początek „śledzenia nurtu potoku” był całkiem zabawny, ale w pewnym momencie doszliśmy do miejsca, gdzie pójście dalej stało się niemożliwe. I wtedy mój „całkiem poważny kolega” Boguś zaproponował: „Przejdźmy na drugą stronę”. OK, kamienie przez potok były, ale… jak mam to zrobić ja, który lubię chodzić, ale z kozicami wziąłem rozbrat w ubiegłym stuleciu. Jak było, tak było – fotek nie ma (więc „obciachu” też). Jakoś przeszedłem na drugi brzeg i podjęliśmy „marsz przetrwania”.
Nie było źle, tylko, że w pewnym momencie znowu stanęliśmy przed „okrutną alternatywą” – idziemy jakimś starym szlakiem w lewo (co nie zgadzało się z moją lokalizacją Wodospadu), albo… znowu dyslokujemy się na drugą stronę potoku (tym razem po zerwanym mostku). Muszę być obiektywny, Boguś z wielkim zaangażowanie sprawdził stabilność mostka i po Jego zapewnieniach postanowiłem… znowu zsunąć się ze skał (proszę bez śmiechu – to nie takie proste, kiedy się ma 18 lat +… i parę kilo nadwagi).
Stary, trochę zarośnięty szlak, był naprawdę piękny. Wprawdzie moje trawniki (regularnie koszone) są moją chlubą, ale towarzysząca nam zieleń po prostu… zapychała dech w piersiach. Boguś stwierdził, że Małżonka (Iwonka – ukłony!!!) tu chciałaby trochę dłużej „popasać” [proszę tego nie kojarzyć ze „zdrową żywnością”].
W tym momencie dotychczasowa niepewność rozwiała się, jako że wkrótce trafiliśmy na szlak, który już znałem i wkrótce dotarliśmy do Wodospadu. Tu Boguś popróbował tzw. „skoków podskałkowych” (co wyglądało bardzo efektownie – patrz fotki)Jako, że pogoda dzisiaj była rewelacyjna, sam widok Wodospadu skłonił nas do nostalgii, którą po kilku minutach przerwał turysta, który postanowił się przejść, aby… się wykąpać. Brrr… woda lodowata, a ten… nawet nie wrzasnął. Liczyliśmy mu czas, ale po 10 minutach spasowałem i zaproponowałem: „Idźmy dalej”.
Samo dojście do momentu wczorajszej drugiej „aktualizacji” minął spokojnie (choć spotkaliśmy potencjalnych kolejnych adeptów „gorących kąpieli” pod Wodospadem). I tu zaczęło się podejście. Nie będę ukrywał – Boguś chyba z grzeczności trochę zwalniał, a i tak po dojściu do asfaltu postanowiliśmy uciąć sobie kilka minut „opalania” na sławetnej (wczoraj) ławeczce. Kilka minut zamieniło się w ponad dziesiątkę, więc w końcu zebrałem się w sobie i rzuciłem: „Albo wstajemy, albo uśniemy… a co pomyślą o dwóch śpiących facetach na ławeczce turyści… o zgrozo!!!”.
Dojście do parkingu (mimo dosyć stromego odcinka) był spokojny – przynajmniej dla mnie [wiedziałem, że kres „udręki” już blisko]. Jako, że pogoda była rewelacyjna, postanowiliśmy w nagrodę za dojście tutaj zażyć „słonecznej kąpieli” i przez prawie 20 minut wołaliśmy do słoneczka: „Kiss me”. Ale nawet to musiało znaleźć swój kres. „Albo wstajemy, albo wrócimy… około północy” – to przemówiło do nas obu. I tak właśnie zakończył się ten „ekstremalny wypad”.
Dzięki Bogusiowi zaznałem, już prawie zapomnianej, frajdy zdobywania „tras kozic”. Za to i za fajna atmosferę wędrówki SERDECZNE DZIĘKI. Jednocześnie spieszę uspokoić – na tę trasę nie pójdziemy z dzieciakami, a jeśli w ogóle… to na wyraźne życzenie „towarzystwa”, po wcześniejszym spisaniu testamentów.

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

Aktualizacja czyli… depnij pan mocniej w ten pedał…

Autor: admin o 17. maja 2015

Z przyjemnością informuję, że w Galerii Foto można znaleźć zapis fotograficzny przebiegu opisanej niżej wędrówki. Aby przekierować się do Galerii, wystarczy wcisnąć TEN NAPIS. Górna ikonka daje możliwość pobrania fotografii, niżej została umieszczona prezentacja. SERDECZNIE ZAPRASZAM.

Tytuł brzmi abstrakcyjnie, ale w tekście wszystko się wyjaśni. Najpierw przedstawienie opisywanej sytuacji…
Wyszło na to, że poprzedni opis „samotnej” wyprawy w rejon Wodospadu Podgórnej „podgrzał” atmosferę i dzięki temu już w sobotę było wiadomo, że popróbujemy go w marszu zespołowym. Oczywiście, pewnym problemem była tu pogoda, która nie mogła się zdecydować – niż czy wyż, deszcz czy słoneczko. Jednak już w niedzielne przedpołudnie (17.05.2015 r.) uformowała się grupa osób, chcących wziąć udział w kolejnym niedzielnym „aktywnym wypoczynku”. Było nas w sumie 7 osób – „weterani” [czyli pan Ryszard i „szeryf”]; „dynamiczni sezonowi piechociarze” [panie: Kasia i Małgosia] oraz „nowicjusze” (oczywiście naszych wspólnych wypadów, a nie w ogóle…) [Natalia Łapko, Krystyna i Rafał Wyspiańscy]. Wypad postanowiliśmy rozpocząć o godz. 13:30 – przy czym wiele zależało od pogody i od… naszej determinacji.
Już początek trasy był wskazówką, że będzie ciekawie. Najpierw jazda „żółwim tempem” do Jeleniej (gdzie pogoda poprawiła się zdecydowanie), potem trochę „samochodowego slalomu” ulicami miasta i oto jesteśmy w Podgórnej. Trudno mi opisać teksty i reakcje w „czerwonym rydwanie”, ale znamienne stały się słowa na postoju w CPN: „Kurczę, od tej wolnej jazdy to mi lakier zwiało…”. Co do „srebrnej strzały” jechaliśmy w bardzo „pedagogicznych” nastrojach – przez cała drogę „omawialiśmy” naszą Scholę [ale się naszym biednym dziewuszkom czkało].
W Podgórnej trafiliśmy na rajd, którego trasa kolidowała z naszą. Prowadzący „szeryf” zlekceważył „umundurowaną postać” (dobrze, że to nie kosmita – bo to teraz takie modne), traktując ją jako „stopowicza na przepustce”. Jednak postawa „stróża rajdowego porządku” była na tyle emocjonalna, że… o mało co dwa nasze „krążowniki szos” byłyby się nieco „wycałowały”. Ale, Bogu dzięki, pani Kasia miała refleks (no, i doniosły klakson) – w ten sposób pozostaliśmy w pewnym dystansie od siebie [a’propos… okazało się, że strażnik pilnował nie zakłócania trasy rajdu, ale okazało się, że do zjazdu mamy tak blisko, że zdążymy przed cyklistami].
Piszący te słowa pamiętał, jaki był poprzedni podjazd do „Ogrodu japońskiego” [rodem z Ursusa – i to z lat 60-tych]. Tym razem jednak „srebrna strzała” dała z siebie wszystko i nie było „siary”.
Zaczynamy nasze podejście. Początek trasy miał nas nieco zmiękczyć – nie żeby stromizna, ale jednak cały czas pod górkę. Nikomu to chyba jednak nie przeszkadzało, bo teren był tak urokliwy, że trudno było zajmować się takim „drobiazgiem”, jak kilka stopni podnoszenia terenu. Poza tym… co tu będziemy kryć… byliśmy nakarmieni i wypoczęci…
Tak więc początek był raczej spokojny; nie niepokoił nas nawet zbytnio „wypadowy paparazzi”. Do tego pogoda poprawiła się zdecydowanie – słońce operowało tak intensywnie, że tylko nieliczni cieszyli się z tego faktu.
Było kilka „górek” i sporo „zejść” – co „szeryf” kwitował krótkim: „Wiecie, co to oznacza?… że zaraz będzie pod górkę”. I faktycznie było. Nie to nas jednak martwiło – „szeryf” zaczął napomykać o „aktualizacji”, a weterani doskonale wiedzieli, co to oznacza. Ale nadal było bardzo lightowo.
Dojście do wodospadu i przejście szlakiem tuż nad nim był rewelacją – faktycznie, nasz poprzedni wypad w to miejsce był jednak dużo skromniejszy, jeśli chodzi o doznania estetyczne. Ciekawe widoczki, oczywiście sporo fotek i dzielna postawa wszystkim uczestników – to spowodowało, że u podnóża wodospadu stanęliśmy w doskonałych nastrojach. I nie zmieniła tego dalsza część szlaku [tylko ten niepokojący wyraz twarzy „szeryfa”…].
Już od samego początku grupa podzieliła się na dwie części – na osoby, które szły raczej spacerowo oraz na tzw. „czołówkę”. Jako, że momentami dzieliła nas dosyć spora odległość, „peleton” nie był świadomy, że w momencie dochodzenia do końca podejścia pod wodospad w „czołówce” nastąpił świadomy „zamach stanu” na wolność naszych wyborów. Oto (bez konsultacji czy referendum!!!) „szeryf” skierował nas w lewo, na drogę dojazdową. W „peletonie” nikt się nawet nie domyślił, że to była dzisiejsza pierwsza „aktualizacja”, z której słynie nasz przewodnik. Ale że i nastroje i kondycja dopisywały, więc… tym razem wybaczamy… ale żeby to było przedostatni raz…
Odstępy między „peletonem” a „czołówką” oczywiście nie powodowały braku komunikacji – co pewien czas „szeryf” komunikował, że ma dwie wiadomości… „dobrą i złą’. I właśnie po dojściu do mostka pani Kasia usłyszała, że tą dobrą wiadomością jest to, że zaraz zrobi się nizinnie; złą natomiast stało się zaproszenie do „włączenia biegów górskich” (a co to my, „górale” jesteśmy?). Niestety, faktycznie okazało się, że wejście na całkiem lightowy szlak wymagał dosyć ostrego podejścia, ale… wciąż byliśmy w świetnej kondycji (nawet niektórzy zaczęli sugerować, że „albo szlak jest zbyt łatwy, albo ich kondycja jest za dobra”… „no, gdzie to zmęczenie?!?!?”). Upublicznienie tych obaw spowodowało natychmiastową odpowiedź „szeryfa”: „Spokojnie, zaraz poczujecie…” – czyżby jakaś fabryka perfum na trasie???
Niestety, owo „poczujecie” nie dotyczyło zmysłu węchu, a kończyn dolnych, które zostały narażone na solidne przeciążenia. Nikt nie doznał wprawdzie trwałego uszczerbku, ale… pojawił się znajomy oddech „naszej szkapy” (z ostatniego rozdziału). Chwila odpoczynku, jeszcze jeden „świeży oddech” pani Kasi i – zapewnieni, że teraz „to już z górki” – ruszyliśmy przed siebie. Miało być lightowo i „z górki” – przewodnikowi pomyliły się chyba jednak określenia, bo ta lightowa trasa zaowocowała… ciśnieniem, grożącym u niektórych wylewem. Ale trzeba przyznać, że wszyscy doszli w dobrym tempie i po krótkim oddechu przy ogrodzie japońskim wrócił także świetny humor (nie mylić jednak z „głupawą”). I to właśnie tu, na (jak planowaliśmy) końcowym postoju ponownie objawiła się ona… „apokalipsa naszych tras”… AKTUALIZACJA!!!!
W sumie byliśmy z niej zadowoleni, bo trasę zrobiliśmy w dobrym czasie i większość czuła pewien niedosyt. Poinformowany o tym „szeryf” zgodził się, że trzeba coś z tym zrobić i zaproponował… dyslokację do Karpacza. OK… my się zgadzamy…
I właśnie w tym momencie czytelnik tej relacji zrozumie, co oznacza drugi człon tytułu wpisu. Okazało się bowiem, że jadąc do Karpacza trafiliśmy na kolejny etap rajdu, co spowodowało, że przez kilka kilometrów jechaliśmy zaledwie 12 km/h. To właśnie w tym momencie pojawiły się u „szeryfa” pierwsze przebłyski „głupawy” i teksty typu: „No, posuwaj bracie szybciej”. Nie było dobrze, ale nie było też tragicznie – dzielni kolarze pod górkę wprawdzie pełzali, ale za to z górki… próba nadążenia groziła zerwaniem lakieru. I tak, trochę pełzając, trochę z „prędkością światła” dojechaliśmy do Karpacza.
Mimo, że w Karpaczu trudno o bezpłatny parking, znaleźliśmy go bez trudu i padło hasło: „No to w drogę”. Ciekawe, czegóż tutaj doświadczymy…
Początek był frajdą i łatwizną – z górki, dosyć łagodnie i do tego miejsce anomalii magnetycznych. Nogi same chciały pracować. Potem weszliśmy na szlak, który w czasie jednego z poprzednich wypadów został nazwany „odcinkiem głupawy” – to tu pan Ryszard chciał nam pokazać, jak szusować po śniegu. Teraz śniegu nie było, więc nie było też głupawy. Pojawiły się jednak obawy: my jednak wciąż idziemy w dół, a to oznacza, że…
Przy CPN-ie tradycyjny postój na odrobinę kofeiny, tradycyjnego hot-doga i… maleńką wizytę w „miejscu relaksującym”… i ruszamy dalej. „Szeryf” poprowadził nas najpierw do zapory. Fakt, widoczki niezłe, tylko że ważniejszym stały się obawy… „kiedy nastąpi to pod górkę”??? Nie musieliśmy długo czekać. Najpierw krótkie, choć nieco ostre podejście do Centrum Pulmunologii. Tu chwila kontemplowania panoramy Śnieżki i zaproszenie: „Proszę Państwa!!! Ruszamy dalej!!!”. To „dalej” okazało się „morderczą trasą” rodem ze „szkoły przetrwania” – nie dosyć, że cały czas pod górkę, to jeszcze wredne słońce przeniosło się nad Jelenią Górę, zaczęło wiać, a do tego pojawiające się „mobilki” zmuszały nas do szukania ratunku na krawężnikach (co to my, „krawężniki” jesteśmy?!?!?). „Droga przez mękę” trwała prawie 30 minut, ale w końcu zobaczyliśmy „Gołębiewskiego” – niestety, nie wzięliśmy ze sobą strojów, więc nie będzie sauny i tego typu atrakcji.
W tym miejscu nastąpiło pewne zwolnienie tempa i – po konsultacji – trójka „niezwyciężonych” postanowiła samodzielnie zdobyć „karpacki Mount Everest” czyli… podejście do parkingu i stąd zjechać po resztę „wędrowniczej braci”. Piszący te słowa nie miał wprawdzie przy sobie pulsometru, ale tętno przy dojściu do samochodu przypominało… młot pneumatyczny.
Zgodnie z planami zabraliśmy pozostałych pasażerów i… zgodnie z tradycją ruszyliśmy „na rybkę”. Choć apetyty dopisywały okazało się, że „U Rybaka” trzeba zamawiać porcje „mikroskopijne”, żeby dać radę je skonsumować bez brania czegoś na wynos. No, ale większość dała sobie jakoś radę z pyszniutką rybką i – po ponownej „wentylacji płuc” pani Kasi – ruszyliśmy do domu.
Znowu, trudno mi opisać, co się działo w „czerwonym rydwanie”, ale w „srebrnej strzale” atmosfera była bardzo kreatywna. W sumie przez czas podróży zdążyli ułożyć naszej Scholi harmonogram śpiewów i poznawanych tekstów na co najmniej dekadę. Było kreatywnie, ale i nieco sennie – w końcu „rybka działała”… ale uwaga… kierowco… nie ziewamy… nie śpimy…

Czas na podsumowanie. „Aktualizacje” stały się swoistą tradycją naszych wypadów. Dzięki znajomości szlaków tego rejonu mogę je w ostatniej chwili zmieniać i wydaje mi się, że dodaje to naszym wypadom atrakcyjności. Cieszę się, że na dzisiejszy wypad zdecydowało się tyle osób, a tym, którzy „zwątpili” powiem jedno… ŻAŁUJCIE!!! Dziękują za wspaniałą, pełną humoru i dobrego luzu atmosferę i oczywiście… zapraszam za tydzień – tym razem na Równię.

Pozdrawiam   ks. Janusz

Napisany w wycieczki | 2 komentarze »

JAK OŻYWIĆ „LENIWCA” czyli… nowa trasa przetarta!!!

Autor: admin o 10. maja 2015

Kolejny wypad był wprawdzie jednoosobowy, ale tytułu… proszę nie wiązać z osobami, które dotąd towarzyszyły mi w górskich wypadach. Dzień dzisiejszy miał szczególny wymiar, więc… tym razem im daruję. Przysłowiowy „leniwiec” to mój stan ducha pod koniec „niedzielnego dnia uświęcającej pracy”. Nie będę ukrywał… wyjazd wcale mnie nie „rajcował” – z drugiej jednak strony wciąż nie rozwiązanym pozostał szlak koło wodospadu Podgórnej [jak to zrobić, by znów nie wyjść na czyjejś posiadłości].
Po obfitym obiadku [Gosiu!!!… dzięki za pyszny rosołek!!!] postanowiłem jednak wyruszyć w trasę. Nie będę ukrywał – momentami „załamki” były: ul. Leśna [wyjazd ode mnie] oraz Gryfów. Jednak po jego przejechaniu decyzja stawała się z każdym kilometrem coraz bardziej stabilna.
Dojazd do Podgórnej był już tylko konsekwencją wcześniejszej decyzji [tym bardziej, że tu – w odróżnieniu od Lubania – pogoda była całkiem, całkiem. Pojawił się tylko dylemat – albo ruszyć starą trasą, albo… szukać nowej…
Groziło to „kraksą”, ale dzięki zrozumieniu „braci zmotoryzowanej” udało się nakręcić na zjazd do „ogrodu japońskiego” i… po kilku minutach znalazłem miejsce na całkiem niezłym parkingu. Tu krótki dylemat… szukać „newsów” czy wracać?… i decyzja… idę do przodu.
Najpierw trafiłem na szlak czarny, ale bardzo szybko zmieniłem „kolorystykę” na bardziej kontrastową – szlak żółty wydawał się bardziej przyjazny. Po kilku udanych i nieudanych wejściach na ścieżki trafiłem na ten właściwy szlak… i od tej pory wszystko już szło we właściwej kolejności. Przede wszystkim – prawie cała trasa „z górki” [to informacja dla tych, którzy zdecydują o powtórzeniu trasy]; poza tym „ekstremalne” widoczki na wodospad, no i zejście do Podgórnej. Tu jednak kończyła się „łatwizna”.
Po dojściu do naszego dotychczasowego miejsca parkowania trzeba było zebrać się w sobie i zrobić „ostatnie podejście” [które u mnie zmieniło puls z 44 na 69] – nie żebym straszył. Podejście do „ogrodu japońskiego” jest dosyć proste – ma tylko jeden mankament: cały czas po górkę. No, ale patrząc na moje „Dzieciaki” wierzę, że to dla nich „mały pryszcz”.
Po dojściu do parkingu postanowiłem rozejrzeć się za cennikiem „ogrodu japońskiego” – drodzy przyszli „wędrowcy”… cena dla dorosłego to 15 zł, a dla dzieciaków… 10 zł…
Zapraszam więc… i proszę… bez „mydlenia oczu” tekstami „Niepewna pogoda” – „twardym trzeba być…”.

Napisany w wycieczki | 3 komentarze »